871 – syndrom oczekiwania na sesję i na ostateczny koniec

Jutro rano sesja. Jak zwykle w piątki o 9:15 usiądę w fotelu i zacznę mówić. Jednak dziś… towarzyszy mi ogromny lęk. Taki, jaki pojawiał się przed spotkaniami, na których miałam opowiadać, że znów się niszczyłam. Lęk przed odrzuceniem.

Oprócz tego jest we mnie ocean smutku. Bezbrzeżna rozpacz. Całkowita rezygnacja. Poczucie bezsensu. Chciałabym się zwinąć w kulkę, nakryć kołdrą łącznie z głową i płakać. Płakać długo i żałośnie.

Wiem, że nałożył się na to PMS i fakt, że od czterech dni jestem bez antydepresanta. A mimo wszystko, te emocje są tak prawdziwe. Tak dojmujące.

Normalnie wzięłabym benzo. Ale tabletek brak od dłuższego czasu, a doktor nie odpisuje.

Czuję się naprawdę źle. Cierpienie daje się we znaki. Rozczulam się nad sobą i mam wrażenie, że wszystko wróciło. Jakbym nigdy się nie leczyła. Mogłabym zapić garść tabletek alkoholem. Albo chwycić żyletkę i urządzić sobie krwawy maraton. Póki co, powstrzymuję się. Jednak jestem coraz bliższa zrobienia sobie drinka z pozostałej po Sylwestrze wódki.

Nie chcę się tak czuć. To się zmieniło definitywnie. Kiedyś podsycałabym ten stan i próbowała wywołać myśli samobójcze. A dziś siedzę w pracy i próbuję skupić się na kodzie.

Po lewej stronie dopala się świeczka zapachowa. A ja… chciałabym jak ona, wkrótce zniknąć.Jej płomień jest tak spokojny. Hipnotyzuje. Jego gorąco potrafiłoby uszkodzić skórę. A mimo wszystko trzymam ręce z dala. Chyba cierpię wystarczająco, nie potrzeba mi dodatkowych bodźców bólowych.

Za oknem delikatnie prószy śnieg. Płatki spadają, jakby od niechcenia. Jeszcze nieświadome, że ich lot zakończy się roztopieniem w płytkich kałużach.

Już nie mam ochoty krzyczeć „panie M., uratuj mnie!”, a błagać „panie M., nie opuszczaj mnie”…

Muszę w końcu poruszyć temat zakończenia terapii. A na samą myśl robi mi się niedobrze. Ale muszę w końcu zadać pytanie „dlaczego?”. Panie M., dlaczego musimy kończyć już teraz? Skoro jest we mnie jeszcze tyle chaosu, tyle nierozwiązanych konfliktów wewnętrznych. Przecież nie dam sobie rady sama, szybko wrócę do tego, co było. I nie będzie to żadna pokazówka. Po prostu nie mam w sobie jeszcze na tyle siły, by się temu samej przeciwstawić. Potrzebuję wsparcia, motywowania i nieustannego wzmacniania. Jestem jak kilkulatka, której mama mówi „idź w świat, jesteś już duża, poradzisz sobie sama”. I momentalnie coś we mnie zaczyna wołać, że to gówno prawda!

670 Ogółem 26 Dziś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.