889 – nie porwali mnie kosmici

Po ostatnich niepokojących wpisach na blogu i FB, które pisałam nie będąc sobą i nie do końca te fakty pamiętając, należą Wam się wyjaśnienia. Dlaczego muszę je pisać skoro świt? Dobre pytanie.

Biorąc pod uwagę fakt, że zasnęłam grubo po pierwszej, obudziłam się w środku nocy, bo przed piątą. Cóż, mój organizm wciąż bawi się ze snem w ciuciubabkę. Zapaliłam, załatwiłam potrzeby fizjologiczne i stwierdziłam, że to dobry czas na kawę z mlekiem bez laktozy, które ciocia kupiła nieopatrznie myląc je z jego pełnowartościowym odpowiednikiem.

Ale po kolei.

W środę ból egzystencjalny nasilił się do rozmiarów nie mającego wyobrażenia cierpienia. Nie chciałam, nie potrafiłam już dłużej żyć. Zaplanowałam zakończenie tego wszystkiego, choć to niezbyt w moim stylu. W materii zabijania siebie działam raczej spontanicznie i impulsywnie, i być może właśnie dlatego jeszcze żyję.

Kupiłam pół litra Żubrówki, sok jabłkowy i czekałam na kolejny ranek, gdy Mrówek będzie słodko i twardo spał, po całonocnym maratonie grania na konsoli.
Gdy się obudziłam w czwartek z samiutkiego rana, od razu zaczęłam pić. Zaplanowałam połknięcie garści tabletek, upicie się i, klasycznie po mojemu, powieszenie. W głowie już szumiało, a klamka wciąż była pusta, więc poszłam do sypialni i po dłuższej chwili poszukiwań, wygrzebałam rzemienną skakankę, z czasów świetności mojej figury i kondycji. Nożem do tapet odcięłam drewniane rączki i zaczęłam walczyć z zawiązaniem odpowiedniego supła. Irytowałam się, bo każda próba kończyła się fiaskiem. Nie mogłam zrozumieć, jak ktoś z moim doświadczeniem w tej materii może zwyczajnie nie pamiętać, jak wiąże się pętlę.
Kiedy skończyłam walczyć z rzemieniem, omotałam go kilka razy wokół klamki, upewniając się, że się nie zsunie i tym podobne sprawy.
Kiedy w piątek terapeuta pytał, czy zakładałam pętlę na szyję, musiałam przytaknąć. Tak, wypróbowałam ją.
– Ale to nie była próba samobójcza! – Zastrzegłam od razu, uprzedzając jego pytanie. – Właśnie… właśnie wtedy do mnie dotarło… że nie mogę tego zrobić…. nie mogę tego zrobić Mrówkowi i pozostałym bliskim… – dukałam, płacząc, że nie chcę zabierać ojca z sobą.
To w ogóle była okropnie trudna sesja. Obraz zza szkieł okularów przeciwsłonecznych, kaptur naciągnięty niemal na oczy i chustka pełniąca rolę maseczki na brodzie tworzyły swego rodzaju schron, skutecznie oddzielając mnie od świata zewnętrznego. Przynajmniej w moim odczuciu. Łzy jeszcze przed zaproszeniem przez pana M. do gabinetu, zajęcie miejsca na skraju fotelu, jakby w gotowości do ucieczki. Przyspieszony oddech.
– Trudno jest pani mówić? – Terapeuta, po dłuższej chwili od rozpoczęcia sesji, przerwał ciszę pytaniem retorycznym, które właściwie brzmiało bardziej jak stwierdzenie. Tylko pokiwałam głową, próbując siłą woli osłabić siłę zaciśnięcia gardła.

Ale wracając do głównego tematu…

Kiedy już przetestowałam swoją pętlę z rzemiennej skakanki, doszłam do wniosków z poprzedniego wpisu oraz zadecydowałam, że zabić się nie mogę, bo oprócz bycia samobójczynią stałabym się też pośrednio morderczynią, poczułam tak wielką senność, że wprost musiałam się na chwilkę położyć. Zdrzemnąć pół godzinki. Wciąż było wcześnie, więc bez obaw, że Mrówek się obudzi, położyłam się na kanapie i zapadłam w głęboki sen. Chyba nie muszę dodawać, że spałam zbyt długo, Mrówek zdążył wstać…
– I zobaczył tę pętlę? – Pan M. domyślił się bezbłędnie, więc znów przytaknęłam ruchem głowy.
Otwierając oczy, szybko uświadomiłam sobie sytuację. Naprędce odwiązałam rzemień z klamki i, naiwnie wierząc, że partner niczego nie zauważył, poszłam spać do sypialni.
Obudziły mnie ostre słowa Mrówka:
– Masz gości.
Wtedy jeszcze do mnie nie do końca docierała powaga sytuacji.
– Zobaczył na stoliku puste, kartonowe pudełko po tym nowym antydepresancie – relacjonowałam terapeucie wydarzenia z poprzedniego dnia. – Chyba pomyślał, że połknęłam wszystkie tabletki, bo nie zauważył, że na półce stoi pełen słoiczek.
– Widział pętlę i wystraszył się, że podjęła pani próbę samobójczą, przedawkowując leki… – pan M. doskonale rozumiał, co działo się u mnie w domu niecałą dobę wcześniej.
– Właśnie…

No i zaczęło się. Rozmowy, płacze, tłumaczenia. Ale Mrówek był nieugięty: nie będzie brał odpowiedzialności i nie zamierza znaleźć w mieszkaniu trupa.
Wbrew mojej woli, acz nie siłą, zostałam zaprowadzona do samochodu i przywieziona tu, na wieś, do rodziców i cioci.

Mrówek uparł się, że mam iść do szpitala. Ciocia, spełniając jego wymóg, nawet dzwoniła do psychiatryka z zapytaniem o możliwość przyjęcia mnie. Wyjaśniwszy o co chodzi i kogo sprawa dotyczy, dowiedziała się, że w tej sprawie należy zadzwonić do lekarza dyżurnego, który zadecyduje, czy hospitalizacja jest konieczna. Uparłam się, że nigdzie nie pójdę. Nie i już. Dlatego nie dzwoniła do dyżurnego i nie zawiozła mnie tam.

Czuję, nie wiem tego na pewno, ale tak czuję, że dam sobie radę sama. Że jeszcze trochę, nowy antydepresant zacznie działać, a ja się jakoś ogarnę. Może muszę tu trochę pobyć, nabrać dystansu, dać Mrówkowi trochę od siebie odpocząć. Choć nigdy nie mogę być pewna na sto procent. Nie siebie.

Także, świecie zza krat – czekaj, nie upominaj się jeszcze o mnie.

736 Ogółem 2 Dziś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.