894 – terapia borderline: definitywny koniec, czyli ostatnia sesja

Nigdy nie przypuszczałam, że tak to się skończy, ale cóż… życie pisze nieprzewidywalne scenariusze.

We wtorek ostatnia sesja. Co prawda, do końca terapii zostały trzy miesiące, ale już dłużej tego nie zniosę. Zamierzam powiedzieć panu M., że to koniec. Definitywny koniec i więcej nie przyjdę. Zbyt dużo mnie to kosztuje. Każda sesja jest jak tortury przed wykonaniem kary śmierci. Każda coraz bliżej końca. Każda raniąca coraz bardziej. Uświadamiająca, co za chwilę stracę. Nie chcę tego. Nie mam siły tego dłużej ciągnąć, więc pożegnamy się za dwa dni. Na zawsze.

Chyba odcięłam emocje. W końcu mi się udało. Nie chcę nic czuć. I tak właśnie jest – pustka. Tylko co jakiś czas poziom cierpienia osiąga apogeum i przedziera się przez zaporę, zalewając mnie łzami i bólem nie do opisania.

Kiedyś gdzieś wyczytałam, że terapia powinna kończyć się naturalnie, w momencie, gdy pacjent przestaje potrzebować terapeuty. Z takim przeświadczeniem podejmowałam terapię u pana M. Naiwnie wierzyłam, że dostanę to, czego potrzebuję. Wciąż w głowie słyszę jego słowa z konsultacji:
– Nie wiem, ile potrwa terapia. Może trzy lata, a może osiem. To zależy od wielu czynników.
I te słowa utwierdziły mnie w przekonaniu, że będzie przy mnie tak długo, jak będę tego potrzebować. Jakaż ja byłam głupia, jaka naiwna… Gdybym wtedy wiedziała, jak to się skończy, nie zdecydowałabym się na leczenie.
Żałuję, że podjęłam tę terapię. Nie żałuję tych sześciu lat, ale samego faktu nawiązania relacji, którą teraz tak boleśnie tracę. Dalej uważam pana M. za świetnego specjalistę, ale dla mnie jego decyzja jest ogromnym błędem. Nigdy się z nią nie pogodzę ani jej nie zaakceptuję.

Wychodzę z terapii z nowymi ranami, emocjonalnie pokiereszowana. Już nigdy, przenigdy nie zaangażuję się w taką relację. Miałam rację – nie można ufać ludziom, a tym bardziej się do nich zbliżać, bo prędzej czy później cię zranią i opuszczą. Pan M. opuszcza mnie jak każda ważna osoba w moim życiu. Zawsze, prędzej czy później, każdy odchodził, pozostawiając mnie osamotnioną i bardzo zranioną. Tak samo jest i w tym przypadku.
Możecie powiedzieć, że przecież terapia nie może trwać całe życie. Owszem, zgadzam się z tym. Tyle że naiwnie wierzyłam, że pan M. będzie przy mnie tak długo, jak będę tego potrzebować…

Relacja z nim była do pewnego stopnia doświadczeniem korektywnym, to na pewno. Doświadczyłam z nim ogromnej bliskości, pełnej zaufania i poczucia bezpieczeństwa. Wytrzymywał każdy mój kryzys, nawałnice emocji, dziesiątki wysyłanych wiadomości, gdy nie potrafiłam sobie z czymś poradzić sama. I jestem mu za to wdzięczna. Jednak ostatecznie ta relacja utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że nikomu nie można ufać. Że bliskość z innymi ludźmi rani i jest zagrażająca.

Pan M. uważa, że powinnam podjąć kolejną terapię, tym razem jakąś behawioralną. O nie, nie ma mowy. Już nigdy nie zaangażuję się w taką relację. Już wiem, jakie to pociąga za sobą cierpienie. Nie ma opcji, żebym dobrowolnie naraziła się na coś takiego ponownie. Po moim trupie!

725 Ogółem 2 Dziś

6 myśli w temacie “894 – terapia borderline: definitywny koniec, czyli ostatnia sesja

  1. co do pana M – nie skończycie w tym tygodniu. Powie Ci że cała terapia miała za zadanie Cię przygotować na pierwsze normalne rozstanie w twoim życiu i to doświadczenie będzie Ci niezbędne dalej, bo faktycznie bez tego nie pójdziesz dalej. posłuchaj tego a będzie dobrze.

    Pozdrawiam

  2. Ja tez mam duze watpliwosci co do decyzji Twojego terapeuty. Sadzac po Twoich wpisach ta trwajaca szesc lat terapia nie przyniosla wiekszych rezultatow (moze takie zaburzenie w ogole nie jest korygowalne), ale jesli spotkania z terapeuta pozwalaja Ci sie utrzymywac na powierzchni, to chyba najsensowniej byloby je kontynuowac traktujac jako terapie podtrzymujaca, a nie cos, co ma doprowadzic do Twojej pelnej niezaleznosci . Zwlaszcza, ze nic nie piszesz o tym, zeby pan M planowal w najblizszym czasie emeryture, emigracje lubzmiane profilu dzialalnosci zawodowej, wiec rownie dobrze moglby sie z Toba dalej spotykac. Ostatecznie nie robi tego za darmo. Mam wrazenie, ze w tym momencie dobro pacjenta jest stawiane nizej niz jakies zalozenia teoretyczne dotyczace czasu trwania terapii. Nie podoba mi sie, ze terapeuci w praktyce nie odpowiadaja za rezultaty swojej pracy, ze mozna przez szesc lat brac pieniadze za sesje, a potem rozlozyc rece I powiedziec „sorry, jednak jestem bezradny I nie pomoge”.

    • Na czym więc w tym przypadku polega dobro pacjentki?
      I czy etyczne ze strony terapeuty byłoby kontynuowanie terapii pomimo jej zakończenia (z punktu widzenia korzyści, jakie miała przynosić)?
      „Podtrzymująca” co? Dobry nastrój pacjentki? To jest dobro samo w sobie, czy chodzi o efekty terapeutyczne?

      Jeśli pacjent chce dalej brać lek, który mu nie pomaga – bo lubi ten lek i pomagał mu kiedyś, to czy takie „chcenie” powinno skłonić lekarza do przepisywania go tyle, ile pacjent chce?

      Dużo zależy od celów, jakie stawia się terapii. Jeśli cele są osiągnięte, albo nieosiągalne, to owszem, można się umówić na coś nowego, innego. Tylko właśnie trzeba się na to UMÓWIĆ, czyli zaznaczyć o co w tym wszystkim chodzi, do czego dążymy. I paradoksalnie, wcale nie chodzi tutaj o doświadczenia bliskości. To jest klimat, który sprzyja zmianom i leczeniu, ale po pierwsze nie jest konieczny, po drugie nie jest celem samym w sobie.

      Pozdrawiam!

      • Z mojej (czytelniczki tego bloga i ksiazek o pobycie w psychiatryku i pierwszej terapii) perspektywy dobro pacjentki mogloby polegac na tym, ze bedzie w na tyle stabilnym nastroju, ze nie bedzie podejmowac kolejnych prob samobojczych. Jesli cena za utrzymywanie jej w takim nastroju mialyby byc regularne spotkania z tym konkretnym terapeuta (ktory podjal sie prowadzenia tej terapii, nawiazal z nia relacje i zrobil duzo, zeby sie do niego przywiazala), to mysle, ze dopoki ten pan nie ma innych planow zawodowych, warto taka cene zaplacic (zwlaszcza, ze w tym przypadku placi ja pacjentka, terapeuta musialby jedynie zrezygnowac z wlasnych wyobrazen na temat tego, jak ma wygladac wlasciwa terapia). Pomysl, zeby zaczynala teraz z kims innym, wydaje mi sie zupelnie oderwany od rzeczywistosci. Przeciez wiadomo, ze zostanie to potraktowane jak porzucenie. Jesli pan M uwaza, ze istnieja jakies inne metody/techniki, ktore moglyby byc pomocne w tym przypadku, to nic nie stoi na przeszkodzie, zeby je zastosowal (to przeciez nie jest jakas wiedza tajemna; techniki stosowane w terapii poz-beh nie sa na tyle skomplikowane, zeby w miare kumaty czlowiek wyszkolony w pokrewnej dziedzinie nie byl w stanie ich ogarnac). Nie musi przeciez ograniczac sie do jednego nurtu, skoro po 6 latach odkryl, ze ten nurt sie tutaj jednak nie sprawdza.

  3. To Twój wybór Ania, jeśli nie zdecydujesz się na dalsze leczenie. Jesteś dorosła i odpowiedzialność spoczywa na Tobie, będziesz miała takie życie jakie wybierzesz i na jakie sobie zapracujesz.
    To błąd, że chcesz tam iść ostatni raz we wtorek i nie zamknąć tego jak trzeba, tylko sobie robisz krzywdę tym.
    A wiedząc, że Mrówek i rodzina mogą to czytać, mają dostęp – nazywanie ich publicznie pierdolonymi zdrajcami i innymi przykrymi określeniami jest po prostu okrutne.
    Nawet jeśli czujesz się i zachowujesz jak kilkuletnie dziecko, to nie jesteś nim, masz 34 lata, można od Ciebie wymagać trochę samokontroli w tych destrukcyjnych, uderzających nie tylko w Ciebie, ale też innych, zachowaniach.
    Poodychaj i opanuj się, zanim zniszczysz wszystko na co pracowałaś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.