895 – terapia borderline: ostateczne pożegnanie

Przed sesją wypiłam mocnego drinka. Myślałam, że alkohol pomoże mi nieco złagodzić skutki decyzji, którą podjęłam. Myliłam się.

Kiedy usiadłam w fotelu po raz ostatni, zapadłam się w czarną dziurę. Włosy, które miałam na twarzy stworzyły barierę oddzielającą mnie od świata. I od pana M. Oddychałam ciężko, płytko i szybko. Nie byłam w stanie nic powiedzieć ani się poruszyć.
– Trudno pani dzisiaj zacząć mówić – terapeuta przerwał ciszę po wielu długich minutach milczenia. Ale ja nie potrafiłam nic na to odpowiedzieć. Siedziałam sparaliżowana poziomem cierpienia i lęku. Cisza trwała co najmniej drugie tyle.
W końcu, jakoś udało mi się z siebie wydusić, że dużo myślałam w ciągu ostatnich dni.
– Nad czym? – Zapytał, jeszcze nie zdając sobie sprawy z tego, co miałam mu ogłosić chwilę później.
Tak bardzo chciałam powiedzieć wszystko, co miałam zamiar, ale ściśnięte do granic możliwości gardło uniemożliwiało mi to, więc znów trwaliśmy w zawieszeniu.
W myślach wciąż w kółko informowałam go o swojej decyzji, ale w rzeczywistości panowała głucha cisza. Minęło sporo czasu, zanim wyszeptałam, że przyszłam dziś po raz ostatni.
– Co skłoniło panią do takiej decyzji? – Chciał wiedzieć i tym razem nieco krócej czekał na odpowiedź.
– Każde spotkanie sprawia mi takie cierpienie, że nie jestem później w stanie funkcjonować. Nie mogę tego wytrzymać – mówiłam ledwie słyszalnie.
– A co sprawia to cierpienie?
– Świadomość, że z każdym spotkaniem zbliżamy się do końca. A ja nie potrafię i chyba nawet nie chcę zaakceptować tej decyzji.
– Dlaczego?
– Bo nie czuję się gotowa.
– A czy byłaby taka chwila, że czułaby się pani gotowa?
– Nie wiem… – przyznałam szczerze, bo być może miał rację, mówiąc, że nigdy nie nastąpiłby taki moment.
– Odkąd ustaliliśmy termin zakończenia, kilka razy chciała pani przerwać terapię. To pokazuje, jak bardzo to jest dla pani trudne. Właśnie dlatego daliśmy sobie tyle czasu, żeby mogła to pani przeżyć.
– To jest dla mnie nie do zniesienia. Nie przeżywam tej decyzji jako naturalnego końca relacji, tylko jako najgorsze i najboleśniejsze opuszczenie w moim życiu.
Znów nastała cisza. Miałam nieodparte wrażenie, że ta sesja jest trudna nie tylko dla mnie, ale i dla pana M.
– Po prostu… nie umiem sobie sama radzić – musiałam to z siebie wyrzucić. – Nie potrafię się sobą zaopiekować ani zapewnić sobie poczucia bezpieczeństwa – mówiłam, mając wrażenie, że te słowa nie płyną z moich ust, a z drugiej strony czując, że artykułuję to, co siedzi gdzieś tam głęboko we mnie. I wtedy powiedział coś, co sprawiło, że miałam ochotę rzucić mu się do nóg i błagać, żeby tak myślał.
– Czyli terapia nic pani nie dała.
Po tym stwierdzeniu naprawdę chciałam krzyczeć, że nie ma racji. Że się myli. Ale moje usta niezmiennie pozostawały zamknięte. Za to on mówił dalej.
– Być może trudne jest dla pani zaakceptowanie tego, że panią rozczarowałem. Że mimo tylu lat, nie pomogłem pani.
Łzy stanęły mi w oczach. Nie mogłam znieść jego samokrytyki, którą uważałam za nie mającą racji bytu. A mimo to, nie odzywałam się.
– Być może potrzebuje pani czegoś innego?
W końcu nie wytrzymałam.
– Dzięki tej terapii wiele sobie uświadomiłam, wiele zrozumiałam. Obiektywnie patrząc, dużo się zmieniło od początku – próbowałam go bronić przed nim samym, ale większość myśli pozostawała w mojej głowie. A tak bardzo pragnęłam mu powiedzieć, ile dla mnie znaczyły spotkania z nim. I że już nigdy, przenigdy nie zbuduję drugiej takiej relacji. Jednak dotrwaliśmy do końca sesji w ciszy.
– Gdyby jednak zmieniła pani decyzję, będę na panią czekał w piątek – zakończył spotkanie inaczej niż zawsze.
Siedziałam nieruchoma, wpatrzona w jeden punkt jeszcze dobre kilkadziesiąt sekund, nim wyciągnęłam pieniądze z portfela i mu podałam.
Powoli wstałam i zabrałam swoje rzeczy. Otworzył mi drzwi, jak zwykle i powiedział „do widzenia”. Chciałam odpowiedzieć „żegnam”, ale nie przeszło mi to przez gardło, więc ciuchuteńko, łamiącym się głosem, odparłam „do widzenia”.
Mimo faktu, że było to nasze ostatnie spotkanie, nie spojrzałam na niego ani razu. Nie byłam w stanie. Chłonęłam tylko jego głos, starając się go zapamiętać.
Kiedy wyszłam z gabinetu, wybuchnęłam gwałtownym płaczem. Nie wiem, czy trwał minutę i znów zupełnie odcięłam się od emocji. Do domu wracałam niemal nieprzytomna z bólu wewnętrznego. Pożegnałam się z nim i to samo mam ochotę zrobić z życiem.
Wciąż nie mogę uwierzyć, że to koniec. Definitywny koniec. Że nigdy więcej go nie spotkam. Nie zobaczę, nie usłyszę. Że więcej nie otoczy mnie opieką i poczuciem bezpieczeństwa. Że mi więcej nie pomoże i nie ochroni przed samą sobą.
Pisząc to, piję jeszcze mocniejszego drinka, mając nadzieję, że w tym stanie alkohol będzie jednak jakimś ukojeniem. Choć raczej płonne są moje nadzieje.
Nie czuję nic. Nie potrafię uronić ani jednej łzy. Patrzę przed siebie nieprzytomnym wzrokiem. Ogarnęła mnie totalna pustka. Tak jest chyba lepiej. Bezpieczniej.


1195 Ogółem 1 Dziś

3 myśli w temacie “895 – terapia borderline: ostateczne pożegnanie

  1. Trochę to brzmi jakby był ważniejszy od chłopaka i przeżywasz jak zerwanie związku miłosnego. Może terapia z kobietą Ci posłuży bardziej. Trzymaj się. Pozdrawiam.

    • Głupoty piszesz Xanax, widać że niewiele wiesz o mechanizmach i przeniesieniu. Anka to przeżywa jak utratę rodzica. I zastosowała klasyczny borderowy mechanizm – z lęku, że zostanie porzucona, sama porzuciła.

    • W tym przypadku to nie ma znaczenie czy to mężczyzna czy kobieta, bo przy jednym i drugim można się tak poczuć, bez względu na jakąkolwiek orientację.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.