O Anka Mrówczyńska

Jestem Słowem. Jestem Wolnością. Jestem Ciszą. Anka Mrówczyńska. Lub po prostu mrówka. Urodziłam się wiosną 1987 roku. Zodiakalny Baran. Wegetarianka. Pacyfistka. Intuicjonistka. Moją pasją jest pisanie. Robiłam to odkąd pamiętam. Początkowo pochłonęła mnie poezja. W latach 2001-2006 napisałam ponad sześćset wierszy. Większość z nich nie nadaje się do publikacji. Jednak wybrałam ich około stu i tomik ten opatrzyłam tytułem "Wyciąg z psychiki". Chcąc rozwijać swoją pasję, w szkole średniej wybrałam klasę o profilu dziennikarskim. Potem trochę studiowałam filozofię. Trochę pedagogikę. W 2008 roku zdiagnozowano u mnie zaburzenia bierno-agresywne z elementami schizoidalnego. W 2014 osobowość chwiejną emocjonalnie, typ borderline. Oprócz tego zmagam się z nasiloną autodestrukcją, autoagresją, nawrotami depresji i silnymi tendencjami samobójczymi. Podczas sześciotygodniowego pobytu w szpitalu psychiatrycznym cały czas pisałam. Przekonałam się, że proza również doskonale potrafii przekazać emocje i myśli. Zdradziłam poezję. Wiersza nie napisałam od 2013 roku. Jednak nie żałuję. Mam dużo marzeń i planów. Jestem Piotrusiem Panem. Lubię śmiać się do słońca. Wdychać noc. Gubić duszę na wietrze. Jestem.

903 – w rozkroku między życiem a umieraniem

Zaraz skończę trzydzieści cztery lata. Trudno mi uwierzyć, że tyle przeżyłam, ale nie o tym chciałam.
Od siedmiu lat jestem pod opieką specjalistów. Do tej pory wiecznie ktoś nade mną czuwał. Terapeuci, psychiatra. Nie to, że brali za mnie odpowiedzialność, bo przecież tylko ja sama o sobie decydowałam. Oni mogli jednie próbować mi pokazywać konsekwencje moich wyborów. A jednak czułam się dzięki temu bezpieczniej. Wiedziałam, że w każdej chwili mogę się zwrócić do kogoś o pomoc. Kogoś, kto profesjonalnie zajmuje się takimi osobami, jak ja.
Ale nie tylko specjaliści zawsze byli obok. Również Mrówek i rodzice z ciocią. A ja się denerwuję, buntuję się, że jestem po trzydziestce i cały czas czuję się pilnowana. Jak nie przez Mrówka, to przez rodzinę. Nie mogę zostać sama w domu, bo przecież nie wiadomo, co mi strzeli do głowy.

Za tydzień Mrówek wyjeżdża na wakacje. Sam. Chce przez siedem dni ode mnie odpocząć i się zregenerować. A ja mam tak złe przeczucia…

Dopiero straciłam terapeutę. Gdyby opuścił mnie teraz Mrówek, to…

W środę wizyta u pana T. Co prawda, już go przeprosiłam za to wszystko, przez co zabronił mi kontaktu z nim poza poradnią, ale stresuję się tym spotkaniem. Myślę, że on też ma mnie dość. Że profesjonalizm nie pozwala mu kazać mi spierdalać i szukać nowego lekarza. Ale nie ma do mnie już cierpliwości. Jak wszyscy zresztą.

Całe moje życie, cała ta pozorna stabilność chwieje się w posadach. Praca również nie jest pewna. Niby od półtora roku mam firmę, ale posiadanie tylko jednego, stałego kontrahenta, którego załatwił mi Mrówek, sprawia, że wszystko może się zawalić w ciągu jednej chwili. Wystarczy, że były szef, a obecny kontrahent będzie zmuszony znaleźć kogoś na moje miejsce, w przypadku chociażby mojej hospitalizacji. Nie będę miała dokąd wracać. Zamknę firmę i zostanę na lodzie, bez środków do życia. Sama umiem sobie znaleźć tylko podłą fizyczną robotę za podłe pieniądze, które nie wystarczą nawet na opłaty. W jednej, za umowę o pracę i najniższą krajową, musiałam znosić mobbing. W drugiej miałam śmieciówkę, harowanie na kuchni po dziesięć godzin lub więcej i wieczne pretensje szefa, że coś nie jest zrobione, choć nie należało to do moich obowiązków.

Mam trzydzieści cztery lata i jestem na rozstaju. Rozkrokiem stoję jedną nogą mocna osadzona w życiu, a druga utknęła mi autodestrukcji i śmierci. I tak szarpię się sama ze sobą od ponad dwóch dekad. Bez nadziei na to, że kiedyś powiem „w końcu jest normalnie”.

902 – bezpieczny smutek

Pan M. przygotowywał mnie na rozstanie. Przynajmniej próbował. Powtarzał, że po zakończeniu na początku nastąpi pogorszenie. Ale że to minie. Przecież jak każdy kryzys w moim życiu, no nie? I nadszedł. Z natężeniem huraganu, zamiatając wszystko, łącznie ze mną i każdym objawem racjonalnego myślenia. To takie typowe. A mimo wszystko, kiedy następuje pogorszenie, wydaje mi się, że nigdy tak źle się nie czułam. I że nigdy nie poczuję się lepiej. Każdy kryzys jest tym najgorszym, który ma mnie unicestwić.

Ale jednak zawsze przychodzi opamiętanie. Zdaje się, że znowu jestem racjonalna. Cierpiąca i smutna, niepotrafiąca się wciąż pogodzić z rozstaniem i zniknięciem pana M. z mojego życia. Ale chyba znów bezpieczna z samą sobą. Niezagrażająca sobie i nieczyhająca na własne życie.

Otoczył mnie bezpieczny, spokojny smutek. Nieodbierający chęci i sił do pisania, dzięki któremu przeżyję tę terapię jeszcze raz. Smutek zapewniający przestrzeń do zdrowego przeżycia żałoby po stracie tej relacji.

901 – autocenzura

Wczorajsza gównoburza na mojej facebookowej grupie doprowadziła mnie do ostateczności, stąd poprzedni wpis. Ale to nie tak, że zupełnie znikam. Po prostu postanowiłam nie publikować tu treści kontrowersyjnych i budzących tak skrajne emocje. Wszystkie dramatyczne wpisy będą powstawać w edytorze tekstu. Tak będzie lepiej i dla mnie, i dla Was.

Nie wiem, czy znów odcięłam się od emocji, czy ta część, która we mnie walczy o życie łaskawie się przebudziła. Niemniej jednak jakoś się pozbierałam i, choć wciąż na kolanach, brnę dalej. A może to złapanie się nikłej nadziei w kwestiach wydawniczych dodało mi sił? Nie wiem.

Zaczęłam pracę nad piątą częścią Młodego boga – „Nowe horyzonty”. To będzie ten blog. Na razie nie mam siły psychicznej na wspominki z terapii. Muszę dać sobie czas, wylizać rany, przeżyć żałobę i nabrać dystansu.

900 – to nara

To ostatni wpis na blogu. Nie mam już siły i cierpliwości do tych wszystkich wiader pomyj jakie wylewają się na mnie, pana M. i przy okazji jeszcze psychiatrę.

Nie macie, kurwa, prawa wypisywać takich rzeczy. Gówno wiecie, ale do komentowania pierwsi. Ja najgorsza i dramatyzuję, pan M. łamie Kodeks Etyki i traktował mnie jak bankomat, sesje nie były terapią tylko spotkaniami towarzyskimi, a ja mam obsesję na jego punkcie. Serio? Na tyle Was stać?

Pierdole to już.

Znów siłą zabrali mnie na wieś. Jestem, kurwa, bezwolną marionetką, którą można przestawiać z kąta w kąt.

Znikam stąd. Więcej o mnie nie przeczytacie. Od teraz pisanie tylko offline. Z dala od wścibskich oczu.

Nara.

899 – terapia borderline: trwa właśnie sesja, bez mojego udziału

Wczoraj wieczorem byłam najebana. Alkohol i poziom cierpienia stworzyły plan. Ostateczny. Dziś w czasie sesji, na której miało mnie nie być, chciałam się powiesić. Tak ostatecznie. Bez żadnego ratowania życia w ostatnim momencie. Mrówek śpi twardo.

Minął kwadrans sesji, na której mogłam być. Ale nie będę już na żadnej.

Jestem pewna, że pan M. odetchnął z dużą ulgą, że tym razem dotrzymałam słowa i nie przyszłam. Czy, jak to piszecie, byłam dla niego tylko bankomatem? Nigdy tak tego nie odbierałam. Ale teraz, po czasie, z dystansu i po tylu Waszych wiadomościach… sama już nie wiem.

Mam ochotę zerwać się przed komputera, zostawić na wpół wypite piwo i biec tam ile sił. Wbiec do gabinetu, rzucić mu się do nóg i błagać, żeby mnie nie opuszczał. Ale to nic nie da. Nie zmieni zdania. Chyba przekroczyłam jego granice wytrzymałości i cierpliwości do mnie.

Teraz na pewno się cieszy, że ma jedną pojebaną wariatkę mniej wśród swoich pacjentów, na każdym kroku grożącą lub choćby sugerującą, że się zabije.

Jak już wspominałam, usunęłam go z WhatsAapa, usunęłam numer telefonu z kontaktów. To samo zresztą zrobię z panem T. W środę mam wizytę u psychiatry i powiem mu, że to nasze ostatnie spotkanie. Że go uwalniam od siebie.

Nie pamiętam, bym kiedykolwiek cierpiała tak bardzo. Tak dojmująco, że nie widzę opcji, żeby dalej żyć. Nie, nie idę się wyhuśtać.

Będę egzystować do śmierci, mam nadzieję rychłej.

898 – …

W najbliższym czasie mam zostać sama w domu. Na tydzień lub dwa.

Odkąd się dziś obudziłam, piję. Na zmianę płaczę i patrzę tępo przed siebie.

Nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Możecie hejtowac mnie i pana M., ale ja mam to w dupie. Wiem swoje. Wiem, że był najlepszym dla mnie terapeutą. I że juz nigdy żadnej terapii nie podejmę.

Wiedziałam, że to będzie boleć. Ale nie sądziłam, że nasilenie cierpienia będzie mieszać mi w głowie. Nie potrafię, naprawdę nie jestem w stanie tego znieść.

Jutro o 9:15 miałabym sesję. Chyba umrę z rozpaczy w tym czasie. A pan M.? Jestem pewna, że poczuł ulgę, że mnie więcej nie zobaczy. Ale nie mam mu tego za złe.

Mrowkowi też należą się wakacje. Dlatego nie protestuję.

Nie potrafię znieść tego cierpienia. To było najgorsze i najboleśniejsze opuszczenie w moim życiu.

Skasowałam numer pana M. i chat z nim na whatsapie. Nie mam prawda już więcej do niego pisać. Nie jestem już jego pacjentką.

To samo zrobiłam z panem T. Jasno powiedział, że mogę się z nim kontaktować już tylko przez poradnię. Wizytę mam w środę w przyszłym tygodniu. Choć nie wiedzę najmniejszego sensu, żeby na nią iść.

Zostałam sama. Bez opieki specjalistów, za to z tak silnymi myślami samobójczymi, że nie wiem, czy w ogóle chcę je wyciszyć. Może pora zakończyć tę farsę mojego życia…

897 – odszedł. zabierając wszystko, co mi dał

Wraz z końcem relacji z panem M. umarła ta część mnie, którą tak bardzo wspierał i starał się wzmocnić. Cząstka, która walczyła z resztą mnie o życie. Ta część, która sprzeciwiała się autodestrukcji i tendencjom samobójczym. Ale pan M. zabrał ją ze sobą. I odszedł.

Siedzę od siódmej, patrzę tępo przed siebie i chleję browary, odpalając fajkę od fajki. Nie ma we mnie już nic. Wybucham płaczem, by po chwili znów ogarniała mnie pustka.

Tama puściła. Zalał mnie cały ten emocjonalny syf, od którego próbowałam się odciąć. To było do przewidzenia.

Ale mnie już nie ma. Wraz z pożegnaniem, umarłam. Pozostało tylko to znienawidzone ciało, którego nigdy nie zaakceptowałam. Nie chcę już nic. Niczego nie pragnę. To cierpienie, którego natężenie jest nie do zniesienia, odebrało mi wszystko. Choć właściwie, odebrało te resztki, które dawały jeszcze jakieś złudzenie.

896 – terapia borderline: ostatnia, pożegnalna wiadomość

Czułam, że muszę to zrobić. Wysłać do pana M. ostatnią, pożegnalną wiadomość, w której napiszę wszystko to, czego nie udało mi się powiedzieć na wczorajszej sesji. Musiałam wyjaśnić mu moją decyzję o przerwaniu terapii trzy miesiące przed terminem jej końca.

Minęła ponad doba od zakończenia tej relacji i prawie półtorej godziny od wysłania wiadomości. Do tej pory byłam całkowicie odcięta od emocji. Jednak cierpienie i poczucie opuszczenia zaczynają się przedzierać, tama stopniowo puszcza. Powoli pojawiają się łzy. Tak bardzo się boję, że zaleje mnie taka fala negatywnych emocji, z którą sobie nie poradzę. A muszę zrobić to sama. Nie jestem już pacjentką pana M. i nie mogę liczyć na żadne wsparcie i pomoc z jego strony.

Wiadomość pisałam cztery godziny, wyszły mi trzy strony A4. Kiedy wkleiłam ją do okna rozmowy, trzymałam palec nad przyciskiem „wyślij” przez dobrą minutę i nie potrafiłam go nacisnąć. Jednak poziom napięcia sprawił, że w końcu to zrobiłam. A napisałam do niego tak…

Panie M.,

długo zbierałam się, żeby do Pana napisać. Chyba podświadomie traktuję wysłanie tej wiadomości, jako ostateczne pożegnanie, dlatego chciałam odsunąć to w czasie. Nie mniej jednak, czuję, że muszę to napisać, wyjaśnić wszystko, czego nie udało mi się wyartykułować na wczorajszej sesji. Miałam Panu tyle do powiedzenia, ale poziom lęku i cierpienia mnie sparaliżował.
Tak samo teraz. Od wczoraj bombardowały mnie setki myśli, którymi chciałam się z Panem podzielić, ale kiedy zabrałam się za pisanie, wszystkie ze mnie uleciały. Na razie jestem zupełnie odcięta od emocji, nie czuję nic, oprócz wszechogarniającej pustki, która pochłania i unicestwia każdy najmniejszy przejaw odczuwania czegokolwiek. Bardzo boję się, co będzie, kiedy to puści. Ale nie mam innego wyboru i wiem, że będę musiała sobie poradzić z tym sama. Proszę się nie obawiać, nie będę już Pana zamęczać wysyłając dziesiątki wiadomości. Ta jest ostatnia.
To takie typowe dla mojego zaburzenia, prawda? Opuszczenie i porzucenie relacji nim zrobi to ta druga osoba. Mam tego świadomość, a mimo wszystko nie jestem w stanie inaczej się zachować. Od jakiegoś czasu nasze spotkania były dla mnie jak tortury przed wykonaniem kary śmierci. Świadomość, że każda sesja zbliża mnie do nieuchronnego końca i rozstania, była nie do zniesienia. Nie potrafiłam dłużej wytrzymać natężenia cierpienia i lęku przed opuszczeniem. Nie mogłam podjąć innej decyzji, która jest ostateczna. Żałuję, bo każda rozmowa z Panem wnosiła coś do mojego życia. I najchętniej wykorzystałabym dany mi czas do końca, przychodząc jeszcze te trzy miesiące, ale to niestety niemożliwe, zbyt boli i mnie zabija.
Przede wszystkim chciałabym Panu serdecznie podziękować za te wszystkie lata. Od samego początku był Pan dla mnie bardzo ważną osobą, w przeciwieństwie do poprzedniego terapeuty. Nie waham się powiedzieć, że niejednokrotnie uratował mi Pan życie. Sama świadomość bycia w relacji z Panem wielokrotnie sprawiała, że byłam w stanie powstrzymać się przed autodestrukcją i podejmowaniem bardziej radykalnych kroków.
Kiedy mówił Pan wczoraj o tym, że terapia nic mi nie dała, a ja jestem rozczarowana, że mi Pan nie pomógł, była we mnie wewnętrzna niezgoda na tę samokrytykę z Pana strony. Bardzo chciałam wyjaśnić, jak to wszystko odbieram. Ale widział Pan, co się ze mną działo. Nie byłam w stanie mówić.
Współpraca z Panem była najlepszą decyzją, jaką mogłam podjąć. Nasza relacja od początku była z mojej strony oparta na bliskości, zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa. Już na pierwszych konsultacjach obdarzyłam Pana dużym kredytem zaufania i nigdy tego nie pożałowałam. Choć, mimo wszystko, poziom lęku był tak ogromny, że pozwoliłam sobie na emocjonalne zbliżenie się do Pana dopiero po ponad trzech latach. Ten proces zbliżania i otwierania się, wpuszczania Pana do mojego świata wewnętrznego trwał do samego końca i tak naprawdę nigdy się nie zakończył. Potrzebowałabym jeszcze naprawdę wiele czasu, żeby oprowadzić Pana po tych najciemniejszych zakątkach mojego świata wewnętrznego. Żeby dopuścić Pana do tego, co mnie boli i przeraża najbardziej.
Chciałabym też jednocześnie podziękować za wszystko, co dobre i przeprosić za to, co złe. W szczególności przepraszam za te wszystkie desperackie wiadomości, które wysyłałam. Patrząc z boku można by je wziąć za próby manipulacji, ale proszę mi uwierzyć, że nie takie były moje intencje. Pisałam po prostu szczerze i dosadnie to, co czułam i myślałam. Bez żadnej autocenzury. A to pokazuje, jak ogromnym zaufaniem Pana obdarzyłam i jak bezpiecznie czułam się w naszej relacji.
Wiem, że Pana cały ten czas idealizowałam i wciąż to robię. W końcu pragnienie posiadania idealnego terapeuty jest znamienne dla BPD. Jednak wiem, że nie jest to bezpodstawne. Uważam Pana nie tylko za świetnego specjalistę, ale i dobrego, ciepłego oraz serdecznego człowieka. Bardzo odpowiadał mi Pana sposób bycia. To, że nie był Pan zupełnie pozbawiony emocji, że pozwalał sobie Pan choćby na śmiech, gdy coś Pana rozśmieszyło. To sprawiało, że w gabinecie czułam się swobodnie i mogłam być sobą. Myślę, że nie mogłam sobie wymarzyć lepszego terapeuty niż Pan i piszę to z całym przekonaniem. W ciągu tych blisko sześciu lat poczułam złość oraz zdewaluowałam Pana może ze dwa, trzy razy. I za każdym razem przechodziło mi bardzo szybko.
Chciałabym bardzo podziękować za to, że wytrzymywał Pan wszystkie moje skrajne emocje, kryzysy z tendencjami samobójczymi, dziesiątki wiadomości, którymi Pana zasypywałam. Nigdy nie poczułam się przez Pana skrytykowana, oceniona ani odrzucona, co było dla mnie niesamowicie ważnym przeżyciem.
Bardzo zależy mi na tym, aby nie traktował Pan mojej terapii jako swojej zawodowej porażki. Ja w żadnym stopniu tak do tego nie podchodzę. To nieprawda, że ta terapia nic mi nie dała. Relacja z Panem była dla mnie korektywnym doświadczeniem. Nigdy nie byłam w relacji opartej o tak wysoki poziom bliskości, pewności drugiej osoby i zaufania. Wiem, że niejednokrotnie wystawiałam ją na próbę, atakując ją i próbując zniszczyć. Jednak Pana stabilność, nieocenianie i wytrzymywanie tego sprawiały, że czułam się w niej bardzo bezpiecznie. Czułam się akceptowana taka, jaka jestem. Nigdy nie musiałam nic udawać i mogłam być całkowicie szczera, nie bojąc się, że mnie Pan opuści.
Terapia u Pana dała mi bardzo dużo na poziomie kognitywnym. Zrozumiałam naprawdę wiele, uświadomiłam sobie ogrom rzeczy, które wpłynęły na komfort mojego życia. Kiedy jestem racjonalna, jestem zupełnie innym człowiekiem niż wtedy, gdy zaczynaliśmy współpracę. Pragnę się dobrze czuć i próbuję to osiągać, bywam naprawdę szczęśliwa i nie jest mi już z tym źle czy nieswojo. Mój wgląd w siebie i swoje problemy znacznie się powiększył. Dzięki naszym spotkaniom zrobiłam duże postępy, jak choćby udział w spotkaniach autorskich, konferencjach czy udzielanie wywiadów na żywo. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia, a teraz to robię i czuję z tego powodu satysfakcję.
Przede wszystkim jednak ta terapia przedłużyła mi życie o te kilka lat. Jestem pewna, że gdyby nie Pan, już dawno gryzłabym piach. Był Pan ze mną w najtrudniejszych chwilach, wspierając mnie i zapewniając opiekę, której tak bardzo potrzebowałam. Podczas tych sześciu lat nie podjęłam żadnej poważnej próby samobójczej mimo wciąż powracających tendencji samobójczych, co jest dla mnie ogromnym sukcesem.
Nie wiem, ile czasu jeszcze uda mi się żyć. Odkąd pamiętam, byłam pewna, że nie umrę śmiercią naturalną. Tak też uważam do dziś. Jestem przekonana, że przyjdzie taka chwila, w której podejmę ostatnią, udaną próbę samobójczą. Nie mam co do tego wątpliwości. Jednak dzięki naszej relacji przekroczyłam trzydziestkę i udało mi się osiągnąć całkiem sporo drobnych sukcesów, za co będę Panu wdzięczna do końca moich dni.
Myślę, że to głębokość mojego zaburzenia i zakorzenienia cierpienia uniemożliwiły mi zrobienie większych postępów. Że należę do tego odsetka osób z osobowością z pogranicza, których nie da się całkowicie wyleczyć. Nie mógł Pan zrobić dla mnie więcej. B. mówi, że może, tak jak w jej przypadku, kolejnych kilka lat wyprowadziłoby mnie na prostą.
[tu kilka zdań o mojej przyjaciółce, chcąc uszanować jej prawo do prywatności, pominę je] Może ze mną byłoby podobnie. Może, ale tego się już nie dowiemy. Wiem, że Pana decyzja o zakończeniu jest ostateczna, ale gdyby zmienił Pan jednak zdanie… Jednak nie będę do tego ani namawiać, ani nawet o to prosić. Wierzę, że Pan lepiej wie, co jest dla mnie dobre, choć nigdy się nie pogodzę z tą decyzją i nie zaakceptuję jej emocjonalnie. Zawsze będą ją przeżywać jako opuszczenie.
Część osób twierdzi, że się w Panu zakochałam. Nie wiem, czy Pan pamięta, ale poruszyłam kiedyś tę kwestię na sesji. Bałam się, że pomylę bliskość z miłością. Jednak tak się nigdy nie stało. Pana profesjonalizm sprawił, że ani przez chwilę nie pojawiły się we mnie takie emocje. Zasady naszej relacji zawsze były dla mnie jasne i klarowne. Niektórzy mówią, że sposób, w jaki o Panu piszę świadczy o mojej miłości do Pana. Nie twierdzę, że nie ma w tym ziarna prawdy, ale w żadnym razie nie jest to uczucie romantyczne. Na poziomie emocjonalnym był Pan dla mnie jak ojciec i tylko w takich kategoriach należy to rozpatrywać. Świadczyć może o tym też fakt, że nasze rozstanie wpłynęło na moją relację z ojcem. Ponownie zaczęłam czuć do niego dystans i znów pojawił się lęk. Mam opory przed kontaktem z nim. Może to minie za jakiś czas, kiedy wyliżę rany i przetrawię nasze rozstanie. Mam nadzieję.
Chciałabym, aby wiedział Pan, że nie popełnił Pan żadnych większych błędów. Wydaje mi się, że ta informacja może mieć dla Pana jakieś znaczenie, jeśli chodzi o pracę z takimi osobami jak ja. Jedynie Pana ostatnią decyzję, o zakończeniu naszej relacji, uważam za błąd. Ale nie mam tego Panu za złe. Po prostu mam na ten temat inne zdanie.
Jeśli chodzi o książkę, którą mam zamiar napisać… Szacuję, że zajmie mi to co najmniej pół roku. Rozmawiałam już z wydawnictwem i zostanie wydana najprawdopodobniej w 2022 roku. Pozwolę sobie ją do Pana wysłać mailem, kiedy już powstanie. Zbyt Pana szanuję, żeby wydać ją za Pana plecami. Nie chcę również trzymać Pana w niepewności, dlatego napiszę to już teraz – przedstawię w niej Pana jako jak najbardziej pozytywną postać. Byłoby mi również bardzo miło, gdyby zgodził się Pan napisać do niej wstęp. Oczywiście może być anonimowo, moi czytelnicy znają Pana jako „pana M.”. Luźno rzucam pomysł, proszę to przemyśleć na spokojnie. Nie naciskam.
Na sam koniec przesyłam cały ogrom serdeczności. Szczerze życzę Panu szczęścia w życiu prywatnym, miłości w życiu rodzinnym oraz spełnienia i sukcesów na gruncie zawodowym. Wiem, że pomoże Pan jeszcze wielu osobom. Ja będę wspominać naszą relację z nostalgią i, proszę mi wierzyć, nigdy nie pomyślę o Panu źle. Żywię nadzieję, że Pan również nie zapamięta mnie źle.

Z wyrazami szczerej serdeczności,
Anka

_________________
EDIT
pan M. odpisał po dwóch godzinach.

Dziękuję Pani za tę wiadomość. Mam nadzieję, że poradzi Pani sobie ze swoimi problemami. Pozdrawiam, pan M.

Muszę szczerze przyznać, że nie liczyłam na odpowiedź, choć bardzo jej pragnęłam. A kiedy już ją przeczytałam… Z moich oczu polała się ściana łez. Ryczę, trzęsę się cała i nie mogę uspokoić. Kurwa, jak to strasznie boli! Tak bardzo, że nie wiem, ile to wytrzymam. Mam ochotę się nachlać, pochlastać i krzywdzić siebie w każdy możliwy sposób, dopóki starczy mi sił.
Ale nie, nie chcę być autodestrukcyjna. Nie mogę tak tego odreagowywać. Jestem pewna, że zawiodłabym tym pana M.
Niemniej siedzę przed komputerem, wyłączyłam program liczący czas pracy, wciąż od początku czytam to, co mu napisałam, piję browara i palę fajkę za fajką. Ten ból, cierpienie, poczucie opuszczenia tak mnie ranią, iż mam wrażenie, że nie poradzę sobie z tym sama. Szczerze? W tej chwili chciałabym jednak pojechać do szpitala. Nie mam do siebie za grosz zaufania. Na pierwszym blogu miałam napisany taki tekst „cierpienia robią człowieka niepoczytalnym”. I tak się właśnie czuję. Nie jestem w stanie zapewnić sobie poczucia bezpieczeństwa. Boję się, że znów zacznę uciekać na oślep. I rozwalę sobie łeb o pierwszą lepszą przeszkodę.

895 – terapia borderline: ostateczne pożegnanie

Przed sesją wypiłam mocnego drinka. Myślałam, że alkohol pomoże mi nieco złagodzić skutki decyzji, którą podjęłam. Myliłam się.

Kiedy usiadłam w fotelu po raz ostatni, zapadłam się w czarną dziurę. Włosy, które miałam na twarzy stworzyły barierę oddzielającą mnie od świata. I od pana M. Oddychałam ciężko, płytko i szybko. Nie byłam w stanie nic powiedzieć ani się poruszyć.
– Trudno pani dzisiaj zacząć mówić – terapeuta przerwał ciszę po wielu długich minutach milczenia. Ale ja nie potrafiłam nic na to odpowiedzieć. Siedziałam sparaliżowana poziomem cierpienia i lęku. Cisza trwała co najmniej drugie tyle.
W końcu, jakoś udało mi się z siebie wydusić, że dużo myślałam w ciągu ostatnich dni.
– Nad czym? – Zapytał, jeszcze nie zdając sobie sprawy z tego, co miałam mu ogłosić chwilę później.
Tak bardzo chciałam powiedzieć wszystko, co miałam zamiar, ale ściśnięte do granic możliwości gardło uniemożliwiało mi to, więc znów trwaliśmy w zawieszeniu.
W myślach wciąż w kółko informowałam go o swojej decyzji, ale w rzeczywistości panowała głucha cisza. Minęło sporo czasu, zanim wyszeptałam, że przyszłam dziś po raz ostatni.
– Co skłoniło panią do takiej decyzji? – Chciał wiedzieć i tym razem nieco krócej czekał na odpowiedź.
– Każde spotkanie sprawia mi takie cierpienie, że nie jestem później w stanie funkcjonować. Nie mogę tego wytrzymać – mówiłam ledwie słyszalnie.
– A co sprawia to cierpienie?
– Świadomość, że z każdym spotkaniem zbliżamy się do końca. A ja nie potrafię i chyba nawet nie chcę zaakceptować tej decyzji.
– Dlaczego?
– Bo nie czuję się gotowa.
– A czy byłaby taka chwila, że czułaby się pani gotowa?
– Nie wiem… – przyznałam szczerze, bo być może miał rację, mówiąc, że nigdy nie nastąpiłby taki moment.
– Odkąd ustaliliśmy termin zakończenia, kilka razy chciała pani przerwać terapię. To pokazuje, jak bardzo to jest dla pani trudne. Właśnie dlatego daliśmy sobie tyle czasu, żeby mogła to pani przeżyć.
– To jest dla mnie nie do zniesienia. Nie przeżywam tej decyzji jako naturalnego końca relacji, tylko jako najgorsze i najboleśniejsze opuszczenie w moim życiu.
Znów nastała cisza. Miałam nieodparte wrażenie, że ta sesja jest trudna nie tylko dla mnie, ale i dla pana M.
– Po prostu… nie umiem sobie sama radzić – musiałam to z siebie wyrzucić. – Nie potrafię się sobą zaopiekować ani zapewnić sobie poczucia bezpieczeństwa – mówiłam, mając wrażenie, że te słowa nie płyną z moich ust, a z drugiej strony czując, że artykułuję to, co siedzi gdzieś tam głęboko we mnie. I wtedy powiedział coś, co sprawiło, że miałam ochotę rzucić mu się do nóg i błagać, żeby tak myślał.
– Czyli terapia nic pani nie dała.
Po tym stwierdzeniu naprawdę chciałam krzyczeć, że nie ma racji. Że się myli. Ale moje usta niezmiennie pozostawały zamknięte. Za to on mówił dalej.
– Być może trudne jest dla pani zaakceptowanie tego, że panią rozczarowałem. Że mimo tylu lat, nie pomogłem pani.
Łzy stanęły mi w oczach. Nie mogłam znieść jego samokrytyki, którą uważałam za nie mającą racji bytu. A mimo to, nie odzywałam się.
– Być może potrzebuje pani czegoś innego?
W końcu nie wytrzymałam.
– Dzięki tej terapii wiele sobie uświadomiłam, wiele zrozumiałam. Obiektywnie patrząc, dużo się zmieniło od początku – próbowałam go bronić przed nim samym, ale większość myśli pozostawała w mojej głowie. A tak bardzo pragnęłam mu powiedzieć, ile dla mnie znaczyły spotkania z nim. I że już nigdy, przenigdy nie zbuduję drugiej takiej relacji. Jednak dotrwaliśmy do końca sesji w ciszy.
– Gdyby jednak zmieniła pani decyzję, będę na panią czekał w piątek – zakończył spotkanie inaczej niż zawsze.
Siedziałam nieruchoma, wpatrzona w jeden punkt jeszcze dobre kilkadziesiąt sekund, nim wyciągnęłam pieniądze z portfela i mu podałam.
Powoli wstałam i zabrałam swoje rzeczy. Otworzył mi drzwi, jak zwykle i powiedział „do widzenia”. Chciałam odpowiedzieć „żegnam”, ale nie przeszło mi to przez gardło, więc ciuchuteńko, łamiącym się głosem, odparłam „do widzenia”.
Mimo faktu, że było to nasze ostatnie spotkanie, nie spojrzałam na niego ani razu. Nie byłam w stanie. Chłonęłam tylko jego głos, starając się go zapamiętać.
Kiedy wyszłam z gabinetu, wybuchnęłam gwałtownym płaczem. Nie wiem, czy trwał minutę i znów zupełnie odcięłam się od emocji. Do domu wracałam niemal nieprzytomna z bólu wewnętrznego. Pożegnałam się z nim i to samo mam ochotę zrobić z życiem.
Wciąż nie mogę uwierzyć, że to koniec. Definitywny koniec. Że nigdy więcej go nie spotkam. Nie zobaczę, nie usłyszę. Że więcej nie otoczy mnie opieką i poczuciem bezpieczeństwa. Że mi więcej nie pomoże i nie ochroni przed samą sobą.
Pisząc to, piję jeszcze mocniejszego drinka, mając nadzieję, że w tym stanie alkohol będzie jednak jakimś ukojeniem. Choć raczej płonne są moje nadzieje.
Nie czuję nic. Nie potrafię uronić ani jednej łzy. Patrzę przed siebie nieprzytomnym wzrokiem. Ogarnęła mnie totalna pustka. Tak jest chyba lepiej. Bezpieczniej.


894 – terapia borderline: definitywny koniec, czyli ostatnia sesja

Nigdy nie przypuszczałam, że tak to się skończy, ale cóż… życie pisze nieprzewidywalne scenariusze.

We wtorek ostatnia sesja. Co prawda, do końca terapii zostały trzy miesiące, ale już dłużej tego nie zniosę. Zamierzam powiedzieć panu M., że to koniec. Definitywny koniec i więcej nie przyjdę. Zbyt dużo mnie to kosztuje. Każda sesja jest jak tortury przed wykonaniem kary śmierci. Każda coraz bliżej końca. Każda raniąca coraz bardziej. Uświadamiająca, co za chwilę stracę. Nie chcę tego. Nie mam siły tego dłużej ciągnąć, więc pożegnamy się za dwa dni. Na zawsze.

Chyba odcięłam emocje. W końcu mi się udało. Nie chcę nic czuć. I tak właśnie jest – pustka. Tylko co jakiś czas poziom cierpienia osiąga apogeum i przedziera się przez zaporę, zalewając mnie łzami i bólem nie do opisania.

Kiedyś gdzieś wyczytałam, że terapia powinna kończyć się naturalnie, w momencie, gdy pacjent przestaje potrzebować terapeuty. Z takim przeświadczeniem podejmowałam terapię u pana M. Naiwnie wierzyłam, że dostanę to, czego potrzebuję. Wciąż w głowie słyszę jego słowa z konsultacji:
– Nie wiem, ile potrwa terapia. Może trzy lata, a może osiem. To zależy od wielu czynników.
I te słowa utwierdziły mnie w przekonaniu, że będzie przy mnie tak długo, jak będę tego potrzebować. Jakaż ja byłam głupia, jaka naiwna… Gdybym wtedy wiedziała, jak to się skończy, nie zdecydowałabym się na leczenie.
Żałuję, że podjęłam tę terapię. Nie żałuję tych sześciu lat, ale samego faktu nawiązania relacji, którą teraz tak boleśnie tracę. Dalej uważam pana M. za świetnego specjalistę, ale dla mnie jego decyzja jest ogromnym błędem. Nigdy się z nią nie pogodzę ani jej nie zaakceptuję.

Wychodzę z terapii z nowymi ranami, emocjonalnie pokiereszowana. Już nigdy, przenigdy nie zaangażuję się w taką relację. Miałam rację – nie można ufać ludziom, a tym bardziej się do nich zbliżać, bo prędzej czy później cię zranią i opuszczą. Pan M. opuszcza mnie jak każda ważna osoba w moim życiu. Zawsze, prędzej czy później, każdy odchodził, pozostawiając mnie osamotnioną i bardzo zranioną. Tak samo jest i w tym przypadku.
Możecie powiedzieć, że przecież terapia nie może trwać całe życie. Owszem, zgadzam się z tym. Tyle że naiwnie wierzyłam, że pan M. będzie przy mnie tak długo, jak będę tego potrzebować…

Relacja z nim była do pewnego stopnia doświadczeniem korektywnym, to na pewno. Doświadczyłam z nim ogromnej bliskości, pełnej zaufania i poczucia bezpieczeństwa. Wytrzymywał każdy mój kryzys, nawałnice emocji, dziesiątki wysyłanych wiadomości, gdy nie potrafiłam sobie z czymś poradzić sama. I jestem mu za to wdzięczna. Jednak ostatecznie ta relacja utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że nikomu nie można ufać. Że bliskość z innymi ludźmi rani i jest zagrażająca.

Pan M. uważa, że powinnam podjąć kolejną terapię, tym razem jakąś behawioralną. O nie, nie ma mowy. Już nigdy nie zaangażuję się w taką relację. Już wiem, jakie to pociąga za sobą cierpienie. Nie ma opcji, żebym dobrowolnie naraziła się na coś takiego ponownie. Po moim trupie!