Category Archives: codzienność

511 – kryzys zażegnany

Tak się przynajmniej wydaje. 0,5mg flupentyksolu na noc i 100mg sertraliny rano – ten koktajl postawił mnie na nogi. Nastrój się wyrównał, destrukcyjne myśli zelżały.
Przez ostatnie kilka dni moje oczy cieszył widok listy TOP 100 Empiku kategorii Psychologia. Oto dlaczego:

Top100 Empik

Dnie wypełnia mi praca zawodowa, której ostatnio jest sporo. Przynajmniej mam zajęcie.
Za tydzień wraca terapeuta. Boję się tego powrotu. Znów zamknęłam się w sobie.
Brakuje mi pisania. Choćby tu, na blogu. Rozważam powrót do pracy nad trzecią częścią Młodego boga – „Samobójstwo na raty”. Skoro na razie nie mogę się zabrać za beletrystykę („Uśpiona” czeka na poprawki, a „Bohema” na dalszy ciąg pisania), może jakoś pójdzie z autobiograficzną?
Chcę, marzę, by wszystko wróciło do normy. Chcę znów poczuć długopis w palcach i kartkę pod dłonią. Stawiać kolejne litery, zapełniając biel, czarnymi znakami.

502 – mazgaj

Co za z dupy dzień.
Wstałam do pracy o ósmej. Chwilę potem już siedziałam przy komputerze. I co? Przez dwie godziny nie zrobiłam nic. A nie, przepraszam – byłam bardzo zajęta. W końcu płacz, pieklenie się w myślach na los, żegnanie z pracą, pretensje do siebie, że nie umiem czegoś zrobić. A na końcu okazało się, że próbowałam robić nie to, co trzeba. A wtedy jeszcze więcej łez, rozżalenie, poczucie końca, utrata strzępków poczucia własnej wartości, pozbawienie życia sensu, myśli samobójcze i przymus autoagresywny. Lorafen nie pomógł.
Dlaczego każda moja praca musi się tak kończyć? I kończyć zanim na dobre zaczęła? Nie nadaję się do życia w tym kapitalistycznym świecie. Mam dość.
Chcę się schować w kołdrę i płakać. A potem rozpłynąć się, jak pod słońcem rosa.

500 – maruderka

Wybaczcie, ale przyszłam tu po to,żeby się nad sobą trochę poużalać. Może to mi pomoże?
Mam pracę, jaką chciałam. Robię to, co umiem i to z domu. I co? Pracuję tydzień. Te dni były przyjemne. Cieszyłam się, że mam tę fuchę. Aż tu nagle przyszedł dzisiejszy poranek. Łzy w oczach, przeklinanie budzika.
Ale zasiadłam do komputera. No i zaczęły się schody.
A bo nie wiem, a bo nie umiem, a bo nie rozumiem. Spirala zaczęła się nakręcać aż zostawiłam wszystko i zaczęłam płakać. I już, że wszystko jest bez sensu. Że żyć mi się nie chce. Że mnie zwolnią. Że sama się zwolnię. Że wszystko znowu psuję.
Miałam zacząć pracę nad „Bohemą” – książką, którą zaczęłam jakiś czas temu i porzuciłam. Ale dziś to nie jest dobry dzień na wychodzenie z łóżka.

499 – blizny

W weekend byliśmy u rodziców. Czas niby spędzony miło – las, rower, poranna kawa na huśtawce. A jednak bardzo zmęczyły mnie te dwa dni.
Pierwszy raz nie miałam chustki na nadgarstku. Blizny przykrywał jedynie zegarek. Miałam wrażenie, że cały czas na nie patrzą. Czułam się naga. Sowicie ukarana za własną głupotę.
Lęki nie opuszczają mnie ani na chwilę. Ciągłe poczucie zagrożenia.
Znów kryzys.

498 – zmiany, zmiany

Trochę mnie tu nie było, a to dlatego, że dużo się dzieje.
Pracuję zawodowo kilka godzin dziennie i to zdalnie. Kończę pracować nad „Majką”. Ogólnie niby jest dobrze, momentami ociera się to o szczęście. Ale jest przeplatanka z kryzysami. Czasem chwilowymi, czasem dziennymi.
Niby nie jest źle. Odstawiłam arypiprazol. Czasem sięgam po lorafen.
Może to ta trzydziestka?
Przekroczyłam ją dwa miesiące temu i dziwnie się to składa z życiowymi zmianami.
A może to trzy lata leczenia i dwa lata terapii u obecnego terapeuty?
Nieważne – co. Ważne – jak. A generalnie jest dobrze. Tylko to uruchamia mechanizmy każące to wszystko zniszczyć, ale to już inna bajka.

496 – mój świat

Co to znaczy być jedna nogą w rzeczywistości a drugą w swoim świecie?
Graliśmy w państwa-miasta. Wylosowane było „N”. Więc wpisuję po kolei państwo, miasto, zwierzę. Zaczęliśmy odczytywać. Wszystko było dobrze, do czasu imienia i rośliny. Wpisałam kolejno „Waldemar” i „winorośl”.
To się nazywa być w swoim świecie!

495 – codzienności

Premiera „Terapii u Doktorka” już za miesiąc! Ja tymczasem całe dnie poświęcam na pisanie „Majki”. Wydrukowałam każdy rozdział na osobnej kartce i rozłożyłam na podłodze. Nastąpiła dekonstrukcja i mieszanie rozdziałami. To było zabawne uczucie.
Mam tak wielką motywację do leczenia! Chcę wyjść za Mrówka. Chcę z nim stworzyć rodzinę. Tylko z rodzicielstwem gorzej. Ostatnio rozmawiałam o tym na sesji. Jak mogłabym chcieć mieć dziecko, skoro sama się nim czuję?
Ale… To i tak nie temat na teraz.

472 – koszmarna noc

Nic tego nie zapowiadało, ale to była koszmarna noc – dosłownie.
Trzy przerażające koszmary pod rząd. Już po pierwszym, cała zlana potem, mogłam z powrotem się nie kłaść. Umysł stworzył mi świat The Walking Dead. W nieco zmienionej formie, ale ilość zakażonych, chyba nieżyjących, zatrważała. Uciekałam, gdzie się da. Ale ich było wciąż więcej i więcej.
Potem demony-wampiry. Ukrywanie się w klasztorze. Woda święcona początkowo ich odstraszała. Później wywoływała tylko szyderczy śmiech.
W końcu dziwne istoty, z wyglądu ludzie, z innej galaktyki, jak podejrzewam. Nie dało się przed nimi ukryć.
I pierwszy raz udało mi się przeżyć coś na kształt świadomego snu. Choć wcale nim nie kierowałam. Wykorzystałam tę świadomość do obudzenia się.
– To tylko sen, oni nie są prawdziwi. Obudź się, obudź się!
Zerwałam się na równe nogi. Cała mokra i roztrzęsiona. Nie chcę więcej takich nocy.