910 – słomiana wdowa

W niedzielę rano Mrówek pojechał na urlop. I tak oto zostałam słomianą wdową. Ale ciocia przywiozła mi moją ulubioną Fizię, cobym nie była sama jak palec.

To dziwne, ale mam wrażenie, że rozmawiamy z Mrówkiem więcej i więcej mamy sobie do powiedzenia, odkąd nie ma go w domu. Nie świruję z powodu jego fizycznej nieobecności. Tłumaczę sobie, że ma prawo ode mnie odpocząć, nabrać sił i naładować baterie.

Właśnie mijają dwa tygodnie od zakończenia… Gdyby nie moja decyzja, siedziałabym teraz w gabinecie pana M. Jak sobie o tym pomyślę, to… Jednak zauważyłam, że pies bardzo dużo zmienia. Nie skupiam się tak na sobie i swoim bólu. Jestem pogodniejsza, jest we mnie więcej pozytywnych emocji. Czuję się odpowiedzialna za żywą istotę i muszę trzymać się w kupie, żeby się nią opiekować. Chciałabym taka być na co dzień.

Wczoraj udało mi się dokończyć pisanie pierwszego rozdziału „Walcząc o życie”, bo taki roboczy podtytuł nadałam wspomnieniom z terapii u pana M.

A tak się wczoraj relaksowałyśmy.

891 – wracam do życia

Zsyłka na wieś i idący za nią czas ochronny dobiegają końca. Jutro wracam do domu. I do roboty.
Niestety, nie pracuję na etacie. Nie mogę wziąć L4 i mieć na wszystko wyjebane. Fakt posiadania firmy i goniące terminy zmuszają mnie do powrotu do codzienności i obowiązków z nią związanych. Choć nie mogę powiedzieć, że wszystko jest już we względnej normie.

Mrówek zgodził się, żebym wróciła.
Wczoraj przeprosiłam go za to, co po raz kolejny odpierdoliłam. Że naraziłam go na stres i inne negatywne emocje.
„Przecież nie pierwszy i nie ostatni raz” – odpowiedział.
I tak, ma rację. Z moimi kryzysami nie można się nudzić. Nigdy nie wiadomo, co zaraz odwalę. Ja i moje zmienne nastroje jesteśmy nieprzewidywalni. W jednej chwili wszystko jest w porządku, a w drugiej się wieszam.

Te nagłe kryzysy sprawiają, że nie czuję się bezpieczna sama ze sobą. Czuję zagrożenie życia, którego źródłem jestem ja sama.

Terapeuta uważa, że część mnie, która chce żyć, bardzo walczy z tą autodestrukcyjną, która pragnie mnie unicestwić. Nie mówię, że to nieprawda, bo w końcu wciąż żyję i podnoszę się z kolejnych kryzysów. Jednak często czuję, że ona przegrywa. Że się poddaje pod naporem tak wysokiego poziomu autodestrukcji.
Jest również zdania, że dobrze byłoby, gdybym jednak poszła do szpitala. Mimo że kryzys samobójczy minął, pozostawiając na polu bitwy tylko ten emocjonalny, hospitalizacja miałaby mi pomóc. Psychiatryk, do którego miałam zostać zawieziona, znajduje się kilkadziesiąt kilometrów od domu. Ten, w którym byłam trzy razy jest spalony. To przechowalnio-umieralnia, gdzie tylko faszerują lekami i mają cię w głębokim poważaniu.
Docierające do mnie informacje, że lekarze i psycholodzy interesują się tobą tylko wtedy, gdy jesteś młody i trafiasz na oddział po raz pierwszy czy drugi, okazały się być prawdą. Hospitalizacja sprzed roku dobitnie pokazała mi, że trafiając do psychiatryka po raz kolejny, nie jesteś już obiektem zainteresowania personelu. Te dwanaście miesięcy wcześniej ze wzruszeniem i zazdrością obserwowałam, jak jest traktowana koleżanka z oddziału, dwudziestojednolatka w trakcie diagnozy. Była ona w strefie zainteresowania personelu, który objawiał się choćby częstymi rozmowami z psychiatrą czy psychologiem. Z rozrzewnieniem patrzyłam na to, jak otaczają ją opieką, jak mnie te kilka lat wcześniej. A ja? Byłam pozostawiona sama sobie. Pięć minut poświęcone mi przez lekarza prowadzącego przy przyjęciu i jedna dłuższa rozmowa z psycholog, po blisko trzech tygodniach na oddziale to było wszystko, co mieli mi do zaoferowania. Psychiatrze nie chciało się mnie nawet osłuchać z powodu okropnego kaszlu. Mimo iż ordynator kazała mu się mną zainteresować, choć tylko w wymiarze somatycznym, on oddelegował do tego dwie stażystki. Chodząc codziennie korytarzami oddziału, ani razu na mnie spojrzał. Miał wyjebane. Ot, kolejna wariatka usiłująca się zabić – faszerować chemią, następny. Ale… dość tych wspomnień. To i tak niczego nie zmieni.

Kończę podręcznik dla terapeutów „Terapia schematów w zaburzeniu osobowości typu borderline”. Czytam go w ramach zapoznania się z terapiami poznawczo-behawioralnymi. Pan M. twierdzi, że powinnam taką przejść po tym, jak skończymy wspólną pracę. Że terapie behawioralne mają udowodnione działanie i są popularne na Zachodzie.
Przyznam szczerze, że ze wzruszeniem czytałam o tym, jak duży nacisk kładzie się w terapii schematów na relację terapeutyczną, opartą o dużą bliskość, zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. Zachłannie przyswajałam informacje o opiece, jaką terapeuta powinien objąć pacjenta. A potem doszłam do rozdziałów o tych wszystkich ćwiczeniach, tabelkach i odgrywanych scenkach, które to wypełniają sesje. I nie, to zdecydowanie nie dla mnie. Po prostu nie ma opcji, żebym robiła te durne ćwiczenia z terapeutą i już. Koniec tematu, nurt terapii odrzucony.

Czuję się małym, porzuconym i skrzywdzonym dzieckiem, które z głodu bliskości, opieki i poczucia bezpieczeństwa posunie się do wszystkiego, aby te potrzeby zaspokoić. Choć kilka dni temu uświadomiłam sobie, że relacja z panem M. nie musi być jedyną taką w moim życiu, wciąż coraz dobitniej czuję, że to nie czas na kończenie. Że ta porzucona i skrzywdzona kilkulatka we mnie potrzebuje ogromnej dawki poświęconej uwagi i opieki. I sama nie dam sobie z tym rady. Jestem na to za słaba, wciąż zbyt mocno zaburzona, aby samodzielnie zaspokoić jej potrzeby i otoczyć ją odpowiednią opieką, zapewnić poczucie bezpieczeństwa. I, choć wydawałaby się, że miałam już wystarczająco dużo czasu na oswojenie się z myślą o nieuchronnie zbliżającym się zakończeniu terapii, mam ochotę coraz głośniej krzyczeć:
– Panie M., nie opuszczaj mnie!
Coraz dobitniej czuję, że wyjdę z tej terapii pokiereszowana, z dojmującym poczuciem porzucenia. Bo to za wcześnie i nie mam tu na myśli długości trwania terapii, a jej postęp i etap, w których się znajduję. Sześć lat – wiem, że to długo. Ale biorąc pod uwagę fakt, że pozwoliłam sobie na zbliżenie się do terapeuty po jakichś trzech latach, wciąż obecny duży poziom lęku w relacji i fakt, że w dalszym ciągu nie potrafię się do końca otworzyć, bo paraliżuje mnie wspomniany lęk, a do tego wstyd, dystansowanie się i pewna sztywność uniemożliwiająca swobodną spontaniczność, jakoś dziwnie w moich oczach skraca jej długość. Czuję, że dopiero teraz powoli zaczynam być gotowa na prawdziwe otwieranie się i dopuszczanie terapeuty do tych ciemnych, przerażających miejsc w moim świecie wewnętrznym. Ale nie będzie ku temu okazji, bo mamy kończyć. Rozstać się i już nigdy nie spotkać. Pan M. mówi, że koniec terapii przeżywam jako śmierć. I ma rację. Dla mnie, to jak nagła śmierć rodzica dla małego dziecka. A może i obojga rodziców. Pozostawienie bezradnej i przerażonej dziewczynki samej w ogromnym i zagrażającym świecie, ze słowami, by radziła sobie sama. Niewykonalne.

Chce mi się płakać. Tak bardzo chce mi się płakać, że mam ochotę wyć do księżyca, że jeszcze nie potrafię zadbać o siebie sama. Że pan M. popełnia ogromny błąd. Ale może ma rację, a ja zwyczajnie dramatyzuję, próbując zrzucić z siebie odpowiedzialność za własne życie.

874 – aż się kurzy!

Sertralina spowodowała, że znów zaczęłam wstawać wcześnie. Około siódmej siadam do komputera i pracuję osiem godzin. Bez przerw, bez drzemek. A jeszcze niedawno po dwóch, trzech godzinach musiałam iść się kimnąć godzinę lub dwie. Czas w pracy mija mi szybko i nie jest udręką. Miła odmiana.

Kończę pracę przed szesnastą i mam czas dla siebie. Trochę chce mi się spać, ale szkoda mi czasu, który przeznaczam na czytanie lub pisanie.

Nastrój w miarę, mam przebłyski dobrego humoru. Choć wciąż gdzieś tam próbuje się przedrzeć smutek, rozpacz i bezsens.

869 – i znów w kieracie

Urlop, jak to urlop, mimo że trwał dwa tygodnie, szybko się skończył. Za szybko!

Udało mi się w tym czasie podwoić objętość Guru. Napisałam dziesięć stron A4 na laptopie. Mam też pomysł na poprowadzenie akcji.
Udzieliłam jednego wywiadu i prawie przygotowałam się do jutrzejszego live’a. Wczoraj z Agnieszką testowałyśmy połączenie i trochę pogadałyśmy. Było miło.
Prawie przeczytałam „Dzieci psychiatryka”, zostało mi jakieś trzydzieści stron. Książka krótka i ciekawa, ale jestem w wiecznym niedoczasie, stąd czytanie na raty.

Jutro pierwsza sesja po dwutygodniowej przerwie. Czy w końcu uda mi się poruszyć temat zakończenia terapii? Zadać pytania, które mnie tak męczą? Szczerze? Wątpię. Nie wierzę, że się odważę.

Nastrój, jak to nastrój, zmiennym jest. Dziś pierwszy dzień nie wzięłam Brintellixu. Chcę wrócić do sertraliny, więc muszę oczyścić organizm z wortioksetyny.

A jak tam u Was? Jak po świętach i Nowym Roku? Wierzycie, że rok 2021 przyniesie Wam szczęście i będzie lepszy od poprzedniego?

868 – przygotowania

Od rana pisanie. Guru brakuje jakiejś jednej czwartej strony do dwudziestu stron. Ma ponad siedemdziesiąt pięć tysięcy znaków, co daje blisko pięćdziesiąt stron wydanej książki. Niby mało, ale biorąc pod uwagę, że przed świętami tekst był o połowę krótszy, jestem zadowolona.

Przed chwilą moje zmysły pobudziła cudowna kąpiel z pianą o zapachu czekoladowej trufli. Mrrr! Zrelaksowałam się. Tego było mi trzeba!

Teraz przymierzam się do przygotowań do pierwszego z dwóch wywiadów. Tematem jest pisanie. Otworzyłam plik i próbuję odpowiadać na pytania. Nie jest to proste, gdyż myślami jestem w świecie przedstawionym tworzonego właśnie thrillera. No, ale cóż, nie samym pisarstwem człowiek żyje!

Już teraz Was zapraszam na live we wtorek 5.01.2021 o godzinie 19:00 na facebookowy profil ROLuj Wykluczenie. Będę gościem Agnieszki Parol i opowiem o sobie oraz zaburzeniu osobowości z pogranicza.

Link do wydarzenia na FB: Parol zagięta / Ile jest siebie w sobie?

Dlaczego ten urlop mija tak szybko?! Nie mam na nic czasu! Całymi dniami siedzę przed laptopem i tak, jestem już pewna, że chciałabym utrzymywać się z pisania. Całe dnie spędzać w rzeczywistościach z pisanych przez siebie książek.

866 – „świątecznie”

No, to pobyło miło i świątecznie. A potem wstał Mrówek…

Chuj, wyjebane, święta odwołane.

I nawet się już nie wściekam. Po prostu jest mi tak cholernie przykro… Wódka na pusty żołądek, rozgrzebane żarcie w kuchni, syf w mieszkaniu. Ale nie zależy mi już na niczym. Kończę pić i idę spać. Przespać ten czas, który miał być wyjątkowy. A jest wyjątkowo przykry. Zawiedzione nadzieje i oczekiwania. I święta jak co roku. Oby się skończyły jak najszybciej.

I pomyśleć, że w tym roku wzięło mnie na świąteczną atmosferę. Że miało być miło, wyjątkowo, ciepło, rodzinnie.

Płaczę i nie potrafię się uspokoić. W jednej chwili z idealnego nastroju wpadłam w rozpacz. Benzo brak. Jedyne, czego chcę, to sobie ulżyć. I naprawdę trudno znaleźć mi argument za tym, żeby nie naruszyć ciągłości skóry.

862 – jebać system

Co za dzień. Dziś wszystko mnie tak wkurwia, że mam ochotę przypierdolić każdemu, kogo widzę. Albo wybuchnąć i zalać swoimi rozdupconymi flakami cały świat. Sama nie wiem. Nie mogę się zdecydować.

Przed sesją bardzo się denerwowałam. Spodziewałam się, że Pan M. będzie roztrząsał tę środową wiadomość do niego. Ale nie, nie zająknął się o niej ani półsłówkiem. Szczerze? Choć mnie to stresowało, chciałam o tym porozmawiać. Ale, jak zwykle, nie potrafiłam poruszyć tego tematu sama z siebie. Mówiłam o lęku przed opuszczeniem w kontekście Mrówka. Jednak nie dałam rady odnieść tego do terapeuty. W efekcie jestem na siebie bardzo zła. Wiem, że muszę to przepracować. Inaczej wyjdę z tej terapii pokiereszowana. A tego wolałabym uniknąć.

Co mnie dziś jeszcze wkurwiało? Kurierzy, a jakże. Dostałam SMS-y od DPD i naszej kochanej Poczty Polskiej, że dziś zostaną mi doręczone przesyłki. Trzecia miała zostać umieszczona w Paczkomacie. Kurierzy zawsze przychodzą do nas koło południa. A tu godzina szesnasta i nic. Normalnie może i machnęłabym na to ręką, ale paczka z UPS nie może do mnie dotrzeć od półtora tygodnia… Kierowca wziął ją w poniedziałek do doręczenia i bezczelnie wczesnym popołudniem zawiózł do punktu odbioru, twierdząc, że nikogo nie było w domu. Choć jest to oczywiście wierutne kłamstwo, bo byliśmy oboje z Mrówkiem. We wtorek po siódmej rano zadzwoniłam na infolinię z reklamacją, bo nie po to biorę dostawę do domu, żeby w środku pandemii jeździć po mieście komunikacją miejską w poszukiwaniu swojej przesyłki. Dowiedziałam się, że kurier ponownie spróbuje ją doręczyć w ciągu dwóch dni roboczych. Minęło osiem dni, a paczki, jak nie było, tak nie ma.
Ostatecznie obaj kurierzy (PP i DPD) przyszli wieczorem, niedługo potem dostałam maila, że przesyłka została umieszczona w Paczkomacie. Ciśnienie trochę mi zeszło.

No i trzecia rzecz – praca. Znów robiłam coś, co bez powodzenia próbowałam skończyć od miesiąca. Po pięciu godzinach wkurwiania się, napierdalania w klawiaturę i rzucania myszką oraz mięsem, w końcu się udało. Zadziałało.

Teraz jestem w miarę spokojna, choć serce mi wali i czuję się niezdrowo pobudzona. Ale jeszcze kilka godzin temu – myślałam, że mnie rozniesie.

Aa, byłabym zapomniała.

– Chyba nie potrafi pani znaleźć sposobu na rozładowanie złości, prawda? – Zapytał dziś terapeuta.
No, kurwa, eureka! Jak on na to wpadł? Tak mnie tym wkurwił… Mówi coś oczywistego, ale nie raczy mi podrzucić choćby jednego pomysłu, co mogłabym zrobić w takim stanie. A na moje stwierdzenie, że znam tylko dwa sposoby na niedestrukcyjne danie upustu złości (spanie i zabicie lub pobicie postaci w pisanej książce), tylko przytaknął.

Mam wrażenie, że pan M. przestał się angażować tak, jak robił to wcześniej. Jakby przestało mu zależeć. Jakby miał w dupie. A może to tylko moja projekcja?

W każdym razie, jebać system. Zrobiłam sobie gin z tonikiem i zaraz biorę się za pisanie „Guru”.


Edit.

Oczywiście mało mnie wkurwili kurierzy i InPost postanowił to naprawić. Ponieważ były do mnie dwie paczki w tym samym czasie, zawieźli je, kurwa, do jakiejś pieprzonej multiskrytki dwa kilometry ode mnie. Pewnie, po co mam odbierać przesyłki z Paczkomatu oddalonego o niecały kilometr lub tego sto metrów dalej albo kolejnego, kilometr od mojego miejsca zamieszkania. Nie, odbiorę je z Paczkomatu, który jest w odległości dwóch kilometrów.

Po to, kurwa, mam jebanego Smarta i darmową dostawę na Allegro, żeby wydawać zaoszczędzoną kasę na taksówki, żeby jeździć po mieście i zbierać paczki. Albo będę brać wolne w robocie, łazić cały dzień, nabijać kroki mierzone w kilometrach i dźwigać, kurwa, kilogramy chemii gospodarczej.

Pierdolę. Trzymajcie mnie, bo ich wszystkich pozabijam!

852 – jeszcze chwila i wysyłam w świat

Ten weekend był wyjątkowo owocny. Udało mi się dobrnąć do końca książki z poprawkami, zredagować maila do wydawnictw oraz naskrobać Słowo od autorki.
Teraz zostało już tylko naniesienie poprawek na wersję elektroniczną i „Granice obłędu” można wysyłać w świat!

Nie ukrywam, że uważam tę powieść za najlepszą, jaka wyszła spod mojego pióra. Czy wydawnictwa będą tego samego zdania i któreś w końcu ją przyjmie? Nie wiem. Nie wiem, ale wciąż tli się we mnie nadzieja.

Dziś nie jest dobrze. Nie wiem, czy to zwykły smutek, czy wywołany faktem odstawienia sertraliny. A zeszłam z niej, by od dziś zacząć leczenie wortioksetyną. Jestem ciekawa jej działania, ale i pełna obaw. Cóż, pożyjemy, zobaczymy.

Najchętniej zrobiłabym sobie wolne – marzę o tygodniu bez pracy zarobkowej lub chociaż długim weekendzie. Niestety, plany poszły w odstawkę, bo mam spore zaległości. Nie mogę się wygrzebać ze starych projektów, a deadline’y dwóch nowych zbliżają się nieubłaganie. Właściwie to już minęły. Spływają też poprawki do wcześniejszych projektów. Odpoczynku – żegnaj.

Jestem przemęczona. Fizycznie i psychicznie. Nic mi się nie chce, nie mam na nic ochoty. Najchętniej pizdnęłabym tym wszystkim i wyjechała gdzieś daleko. Amsterdam? Sycylia? Biorę w ciemno.

Stoi koło mnie zapachowa świeczka. Jej płomień podryguje w rytm mojego oddechu, gdy odwracam głowę w jej stronę. Szczerze? Mam ochotę dmuchnąć i zniknąć jak ten płomień.

841 – energiczny smutek

Ostatni czas owocował przeważnie dobrym, acz bardzo niestabilnym, nastrojem. Towarzyszyła mi sinusoida o dużej amplitudzie. Za to siła i energia – rozsadzały od środka. Mało śpię, wstaję o świcie i od razu siadam do pracy. Zawodowe programy zamykam po ośmiu godzinach. Odkąd mam działalność, nigdy tyle nie pracowałam.

Nasiloną niestabilność emocjonalną trzymałam na smyczy. Naprawdę, dawało się ogarnąć te wahania. Fakt, że w jednej chwili byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie, a minutę później łzy były dowodem na to, jak bardzo cierpię. Ale nie poddawałam się temu, nie brnęłam w to, nie pozwalałam sobie na zagrzebanie się w smutku i rozpaczy.

Aż do dziś. Z każdą godziną jest coraz gorzej. A ja mam wrażenie, że nie mam siły z tym walczyć. Zrezygnowana sięgnęłam do szuflady, by wziąć Lorafen. I co? Niemiła niespodzianka. Mrówek wyjadł blister do końca i zostawił puste opakowanie. I chuj, za przeproszeniem. Zostałam bez leku doraźnego…