Category Archives: codzienność

498 – zmiany, zmiany

Trochę mnie tu nie było, a to dlatego, że dużo się dzieje.
Pracuję zawodowo kilka godzin dziennie i to zdalnie. Kończę pracować nad „Majką”. Ogólnie niby jest dobrze, momentami ociera się to o szczęście. Ale jest przeplatanka z kryzysami. Czasem chwilowymi, czasem dziennymi.
Niby nie jest źle. Odstawiłam arypiprazol. Czasem sięgam po lorafen.
Może to ta trzydziestka?
Przekroczyłam ją dwa miesiące temu i dziwnie się to składa z życiowymi zmianami.
A może to trzy lata leczenia i dwa lata terapii u obecnego terapeuty?
Nieważne – co. Ważne – jak. A generalnie jest dobrze. Tylko to uruchamia mechanizmy każące to wszystko zniszczyć, ale to już inna bajka.

496 – mój świat

Co to znaczy być jedna nogą w rzeczywistości a drugą w swoim świecie?
Graliśmy w państwa-miasta. Wylosowane było „N”. Więc wpisuję po kolei państwo, miasto, zwierzę. Zaczęliśmy odczytywać. Wszystko było dobrze, do czasu imienia i rośliny. Wpisałam kolejno „Waldemar” i „winorośl”.
To się nazywa być w swoim świecie!

495 – codzienności

Premiera „Terapii u Doktorka” już za miesiąc! Ja tymczasem całe dnie poświęcam na pisanie „Majki”. Wydrukowałam każdy rozdział na osobnej kartce i rozłożyłam na podłodze. Nastąpiła dekonstrukcja i mieszanie rozdziałami. To było zabawne uczucie.
Mam tak wielką motywację do leczenia! Chcę wyjść za Mrówka. Chcę z nim stworzyć rodzinę. Tylko z rodzicielstwem gorzej. Ostatnio rozmawiałam o tym na sesji. Jak mogłabym chcieć mieć dziecko, skoro sama się nim czuję?
Ale… To i tak nie temat na teraz.

472 – koszmarna noc

Nic tego nie zapowiadało, ale to była koszmarna noc – dosłownie.
Trzy przerażające koszmary pod rząd. Już po pierwszym, cała zlana potem, mogłam z powrotem się nie kłaść. Umysł stworzył mi świat The Walking Dead. W nieco zmienionej formie, ale ilość zakażonych, chyba nieżyjących, zatrważała. Uciekałam, gdzie się da. Ale ich było wciąż więcej i więcej.
Potem demony-wampiry. Ukrywanie się w klasztorze. Woda święcona początkowo ich odstraszała. Później wywoływała tylko szyderczy śmiech.
W końcu dziwne istoty, z wyglądu ludzie, z innej galaktyki, jak podejrzewam. Nie dało się przed nimi ukryć.
I pierwszy raz udało mi się przeżyć coś na kształt świadomego snu. Choć wcale nim nie kierowałam. Wykorzystałam tę świadomość do obudzenia się.
– To tylko sen, oni nie są prawdziwi. Obudź się, obudź się!
Zerwałam się na równe nogi. Cała mokra i roztrzęsiona. Nie chcę więcej takich nocy.

452 – wieści z frontu

Do redakcji zostało mi 55 stron A4 „Samobójstwa na raty”. Pół miliona znaków za mną. Nie wiem, co robić, bo wychodzi na to, że książka będzie miała ponad 800 stron. Jak wydać taką cegłę? Co robić, co robić…

Nadal budzę się o szóstej i od razu siadam do pracy. Pisanie sprawa, że chce mi się żyć. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Całe siły zaangażowałam w pisanie. Mam nadzieję, że się na tym nie przejdę. Ale ja muszę, muszę to robić. Inaczej życie nie ma sensu.

Arypiprazol mnie ustabilizował. Czasem szarpią mną nerwy lub chce mi się płakać, ale nie jest to patologiczne. Nastrój dalej w dolnych rejonach normy lub wręcz na granicy. Ale jest bezpiecznie.

451 – mówcie mi: mistrz

Mistrz złego osadzenia w rzeczywistości.
Dostałam jakiś czas temu od Teściowej mleczko do ciała. Wszystko super – zapach, konsystencja, poziom nawilżenia skóry. Umyłam się nim tylko raz – w ogóle nie chciało się pienić. Dziś znów po nie sięgnęłam. Zaczęłam namydlać ręce i brzuch. Coś mnie nagle tknęło. Czytam etykietkę.
Sposób użycia: niewielką ilość wmasować w ciało.
Taa… usiłowałam się myć balsamem do ciała. Jestem zajebiście ogarnięta. Że facet myje włosy odżywką, zamiast szamponem, nikogo nie dziwi. Ale żeby kobieta myła się kremem?

Z „Samobójstwem na raty” jestem na październiku 2013 roku. Zostało mi kilka miesięcy – do pierwszej wizyty u pierwszego psychoterapeuty w wakacje.
Dobijam do 500 stron drukowanej książki. Szacuję, że dojdzie jeszcze ze 100. Piszę, kurde, cegłę.

413 – uważajcie na siebie!

Wczoraj mogłam stracić życie, gdyby nie to, że (może i z przesadą) stosuję zasadę ograniczonego zaufania.
Gdy wracałam z terapii samochód od mojej strony ulicy zatrzymał się, chcąc mnie przepuścić. Wyszłam do połowy jezdni i jak zwykle obserwowałam, co zrobi kierowca z przeciwnej strony. To mnie uratowało.
Wielkim, czarnym i drogim SUVem jechał jakiś dziadek z prędkością pozwalającą mu na swobodne zahamowanie. Co zrobił, gdy zobaczył mnie wchodząca na pasy? Przyspieszył! Gdyby nie wpajane od najmłodszych lat ograniczone zaufanie, nie pisałabym tego.
Naprawdę, uważajcie na siebie.

399 – osadzenie w rzeczywistości

– Co, oni poszaleli? – zaśmiałam się kilka dni temu.
Mrówek spojrzał na mnie pytająco.
– Reklamują Tłusty Czwartek – wskazałam plakat w witrynie sklepowej. – Przecież to nie przed tymi świętami!
– A przed którymi?
– No przecież przed Wielkanocą!
Mrówek się zaśmiał. Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, że to wcale nie Boże Narodzenie się zbliża.
Nie ma to, jak być dobrze osadzonym w rzeczywistości.