Category Archives: przemyślenia

494 – priorytety

Aż się dziś wzruszyłam i popłakałam, gdy rozmawialiśmy na temat dojrzałości. Że jedną nogą jestem w dorosłości, a drugą w dzieciństwie.
Coraz częściej myślę o założeniu rodziny. Ba! Jedną z motywacji w terapii jest wizja ślubu z Mrówkiem. Wiem, że tego nie wyklucza. W końcu nie zerwał zaręczyn. Po prostu muszę być bardziej normalna, zrobić większe postępy w leczeniu.
Codziennie uczę się kochać życie. I uczę się żyć.

493 – gdy jest źle

Czasem jest źle, tak bardzo źle, że stoję nad przepaścią i wszystko krzyczy:
– Skacz!
I wydaje się, że znikąd nie nadejdzie ratunek. Że to koniec. Tylko wyjście ostateczne jest rozwiązaniem. Ach, jak częste bywają te stany!
Nauczyłam się jednak sobie z nimi radzić. Uczę się nadal.
Skupiam się na życiu. I jak mantrę powtarzam:
– Wytrzymaj. Zaczekaj. Zobaczysz, będziesz się jeszcze z tego śmiać!
Te wyobrażone lub nawet autentyczne problemy zdają się nie do rozwiązania. A tydzień później można sobie powiedzieć:
– Aleś była głupia, że chciałaś umierać. Problemu już nie ma. A mogło nie być życia.

492 – do przodu

I znów to pisanie ratuje mi życie. No… Może ratuje życie to za dużo powiedziane. Ale odwraca uwagę od negatywnych emocji. Smutku szczególnie.
Wczoraj dostałam do akceptacji skład „Terapii u Doktorka”.
Również wczoraj doszłam z pisaniem do połowy „Majki”.
Pojawiają się kolejne recenzje „Autoterapii”.
Na pisaniu i czytaniu mija mi życie. Takie życie to dobre i znośne życie.

490 – partnerstwo

Kłócą się we mnie dwa podejścia do modelu związku. Wyniesiony z domu kult mężczyzny i wypracowane samodzielnie partnerskie równouprawnienie.
Powoduje to, jak wiele innych kwestii, konflikt wewnętrzny.
Z jednej strony bycie stereotypową panią domu, gosposią sprawia mi przyjemność. Lubię opiekować się moim mężczyzną i dbać o niego. Z drugiej jednak coś się we mnie buntuje. Chcesz coś? Zrób sobie sam. Przynieść ci coś? Sam sobie weź!
Doprowadza to do wielu konfliktów, bo nauczyłam go, że zawsze może mnie o wszystko poprosić. Wykonuję to, a w pewnej chwili się buntuję i obrażam. Po chwili znów jestem do jego dyspozycji.
Działa to również odwrotnie. Wymagam, by zrobił coś sam. I gdy chce to zrobić, denerwuję się, bo uważam, że to moja rola.
Tyle sprzeczności, tyle konfliktów wewnętrznych. Jak skonsolidować te dwa podejścia? Jak zunifikować tak skrajne poglądy? Nie wiem. Ale jestem pewna, że dla dobra naszego związku muszę nad tym popracować.

489 – bez benzo ani rusz

W kilku ostatnich dniach bez Lorafenu ani rusz. Nie potrafię sobie poradzić z przytłaczającym smutkiem, rezygnacją i poczuciem bezsensu.
Udało mi się wczoraj napisać trochę „Majki”. Przez chwilę byłam z siebie nawet zadowolona.
Usłyszałam od terapeuty kilka gorzkich słów. Słów prawdy, oczywiście. Siedziałam w tym gabinecie i chciało mi się nad sobą płakać.
Dziś jest kolejny dzień. Kolejne zmagania się z sobą. Z życiem. Z rezygnacją i suchym płaczem. I powtarzam sobie, jak mantrę:
– Pisz, pisz. Wiesz, że ci to pomoże.
Ale długopis zastygł nad pustą kartką.

487 – super moce

Kiedyś nie chciałam myśleć racjonalnie. Wydawało mi się, że jest to zbyt przyziemne. Że dzięki tym wszystkim lękom, nieracjonalnym zachowaniom, działaniem pod wpływem impulsu i emocji jestem wyjątkowa. Podsycałam dysocjacje. Depersonalizacja, derealizacja, wrażenie, jakbym właśnie poznawała tajemnicę Bytu, Istnienia, Sensu, Prawdy. Tę Prawdę przez wielkie „P” miałam znać tylko ja. I za nic nie chciałam tego oddać.
Teraz wiem, że z tym jest, jak z super mocami. Trzeba umieć je kontrolować. Spodobało mi się podejmowanie decyzji pod wpływem logiki, a nie emocji. Emocje przelewam na papier i, rzecz jasna, pozwalam sobie na ich odczuwanie. Tęsknię tylko czasem za depersonalkami. Kiedy czułam się tym, czym zawsze chciałam być – siłą pozbawioną ciała. Odkrywającą największe i najwspanialsze tajemnice wszechświata.

484 – lęk przed opuszczeniem

Lęk przed opuszczeniem i gorączkowe wysiłki uniknięcia rzeczywistego lub wyimaginowanego odrzucenia.
Zawsze wydawało mi się, że mnie to nie dotyczy. No dobra, lęk czułam i byłam go świadoma. Ale druga część kryterium zdawała mi się do mnie nie pasować. Do czasu.
Nagle, jak olśnienie, spadło na mnie samouświadomienie, że przecież tak robiłam i nadal zdarza mi się to robić.
Powieszenie, bo Mrówek chciał wyjechać do siebie. Chlanie i cięcie, bo był za granicą. Ale to skrajne przykłady.
Te bardziej subtelne trudno było mi zauważyć. Teraz je widzę i próbuję nad tym pracować. A co mam na myśli?
– Siedzisz cały dzień na uczelni, nie możesz do mnie napisać?
– Jest wieczór, oglądamy film, musisz teraz gadać na Facebooku?
– Chcę z tobą porozmawiać, spędzić razem czas, a ty cały czas tylko piszesz książkę.
Mrówek często się denerwował. A ja? Od razu smutek, bezsens, myśli samobójcze i łzy w oczach. Już nic nie chcę, już nic robić nie będę. Wszystko jest bez sensu.
Nie do końca rozumiałam sama siebie. Nie rozumiałam, o co mi chodzi i skąd się to brało. Aż pojęłam swój sposób myślenia.
Mrówek mnie skrytykował! Ma do mnie zastrzeżenia, więc, jeśli coś z tym w tej chwili nie zrobię, opuści mnie! Czyli lęk przed opuszczeniem, którego byłam świadoma. I teraz wkraczały jeszcze bardziej destrukcyjne mechanizmy mające mnie przed tym opuszczeniem uchronić. Choć w efekcie nie raz przyczyniały się do tego, że Mrówek faktycznie prawie mnie zostawił.

– Siedzisz cały dzień na uczelni, nie możesz do mnie napisać?
Znaczyło ni mniej ni więcej, niż to, że za mną tęskni i chciałby porozmawiać. Moja interpretacja? Mrówek jest zły, że chodzę na uczelnię. Nienawidzi mnie za to! Jedynym sposobem, żeby ratować ten związek, jest rezygnacja ze studiów. Efekt? Wcale między nami się nie poprawiło. Wręcz przeciwnie. Zaczęłam go oskarżać o to, że KAZAŁ mi zrezygnować z uczelni. Dobre sobie! Oczywiście nie pamiętałam, jak mnie namawiał, żebym nie rzucała nauki. Co to, to nie. Stałam się jego ofiarą – oczywiście w swoich oczach. Zaczynałam się mścić bierną agresją. Byłam nieszczęśliwa. A to wszystko przecież była jego wina!

– Jest wieczór, oglądamy film, musisz teraz gadać na Facebooku?
Zwykłe pytanie, niezwykła reakcja. Co w tym złego, że narzeczony chce obejrzeć ze mną film? Nic. Co złego w mojej reakcji? Wszystko!
Bo już: jeśli z kimś jeszcze raz porozmawiasz, zostawi cię! Chcesz z nim być? Nie kontaktuj się z nikim! Kolejna nadinterpretacja prowadząca do konfliktu. Bo chwilę później: jestem jego niewolnikiem! Nie pozwala mi z nikim rozmawiać! I bunt. I poczucie pokrzywdzenia.

– Chcę z tobą porozmawiać, spędzić razem czas, a ty cały czas tylko piszesz książkę.
Już nigdy nic nie napiszę! Jeśli będę pisać, odejdzie ode mnie! Przysięgam, że już nigdy nie będę nic pisać! I od razu: co?! Nie mogę pisać?! W dupie cię mam! Chcę być sama i pisać cały czas! A przecież tylko chciał ze mną porozmawiać, poczuć, że mi na nim zależy, że się nim interesuję.

Te reakcje dzieją się mimowolnie i w ułamkach sekund. Tak, że do tej pory nie byłam w stanie tego zaobserwować. Teraz to dostrzegam, więc mogę nad tym pracować.
– Chciałem obejrzeć z tobą film, musisz teraz pisać tego maila? Nie będziesz wiedziała, o co chodzi.
I już, w pierwszej chwili oburzenie, że nic nie mogę, a jeśli nie przestanę, zostawi mnie. Ale nadchodzi uzmysłowienie mechanizmu. Mogę więc spokojnie odpowiedzieć:
– Masz rację, przepraszam. Obejrzyjmy ten film. Maila napiszę później.
Lub:
– Jest środek nocy, nie możesz ze mną spędzić czasu? Musisz gadać na FB?
Tradycyjnie – ciśnienie w górę, oburzenie, bezsens, myśli samobójcze. Po czym:
– Dobrze, pogadam jutro. Masz rację, cały dzień spędziliśmy osobno, teraz spędźmy trochę czasu razem.

Coraz mniej jest nieporozumień. Coraz mniej moich chorych reakcji i prób uniknięcia wyobrażonego opuszczenia.

483 – akacja

Akacja przed blokiem w końcu wypuściła liście. Przyjemnie częściowo zacienia balkon, dopuszczając do skóry tylko część promieni słońca.
Gniazdo na jej szczycie wciąż jest niezamieszkałe. Ostatnio kręciły się przy nim sroki, ale nie przypasowało im to opuszczone mieszkanie. A szkoda – budowla całkiem solidna. Stawiajaca opór największym porywom wiatru.
Słońce przyjemnie otula zmęczone ciało. Zmęczone czym? Pisaniem artykułów promocyjnych? A może życiem?