804 – autoagresywny rachunek sumienia

W tamtym tygodniu zrobiłam autoagresywny rachunek sumienia. Wypisałam „za” i „przeciw”. Nie ukrywam, że zdecydowana przewaga „przeciw” pomogła mi nie sięgnąć po żyletkę.

Za:

  • zaspokojenie przymusu,
  • chwilowe, acz natychmiastowe poczucie ulgi,
  • odwrócenie uwagi od cierpienia psychicznego.

Przeciw:

  • pogłębienie stanu depresyjnego,
  • blizny,
  • wzmacnianie psychopatycznej i sadystycznej części mnie,
  • sprzeczność z celami:
    • zdrowie psychiczne,
    • dobre samopoczucie,
    • umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami i dyskomfortem psychicznym,
    • przeżywanie emocji i umiejętność ich regulacji zamiast odreagowywania na sobie.
  • wzmacnianie złości i poczucia winy,
  • poczucie porażki,
  • wpadanie w ciągi,
  • ranienie bliskich.

Autoagresywna abstynencja trwa.

800 – Amsterdam i powrót do tego, co było

Byliśmy przez tydzień w Amsterdamie. Wycieczka super, sporo zwiedziliśmy, a wieczorami relaks w kofikach.

Ale żeby nie było za dobrze…

Powrót do codzienności i pracy uruchomił lawinę minionych, zaleczonych w psychiatryku stanów.

I tak, znów – myśli, przymusy, łzy i ucieczka w sen.

Między nami nie jest dobrze.

Terapia zintensyfikowana do dwóch sesji w tygodniu. Mam tyle do powiedzenia panu M., ale nie zawsze mi to wychodzi.

Znów stagnacja, obojętność i brak zainteresowania własnym losem. Izolacja, niechęć do ludzi, trudności w utrzymywaniu relacji.

Jednym słowem, po chwilowej przerwie, wróciło to, co było.

798 – kiblowania ciąg dalszy

Był obchód.
– Jak się pani czuje? – Spytał prowadzący, który, jestem w szoku, wie w ogóle, jak wyglądam.
– Kryzys minął, jest zabjebiście. Kiedy wychodzę?
Ordynator sie roześmiała.
– Na weekend puścimy panią do domu. Jak wszystko będzie w porządku, to w przyszłym tygodniu dostanie pani wypis.

No żeż kurwa. Jestem już zdrowa! Chcę wyjść już, w tej chwili! A nie kiblować tu kolejny tydzień. Nosi mnie. Mam swoją borderową górkę i marnuję ją, siedząc w zamknięciu. A mogłabym nadrobić zaległości w pracy. Odbić się finansowo po tej długiej przerwie.

Chcę do domu!

797 – wypis?

Wciąż myślę. Rozważam poniedziałkowy wpis na żądanie. Sama przyszłam, sama wyjdę. Poprzednim razem psycholog mówiła, że nie ma zgody lekarza, więc musi odbyć się rozprawa sądowa. Mówiła prawdę? Kłamała?

Nie jestem szczera z personelem. Wiedzą tylko tyle, ile mogą zaobserwować. Zresztą… Nie kłamię. Po prostu nikt mnie nie pyta, jak się czuję i czy wciąż chcę się zabić lub skrzywdzić.

Z jednej strony wiem, że wychodząc już teraz, wrócę do autodestrukcji, której przymus jest bardzo silny. Z drugiej, będąc tu, czuję się jeszcze gorzej. Mój borderowy mózg interpretuje zaistniałą sytuację jako odrzucenie, porzucenie.

Rozmawiałam z tutejszym dziewczynami. Mówią, że to standardowe zachowanie personelu – gdy ktoś jest pierwszy, ewentualnie drugi raz, otrzymuje zainteresowanie, opiekę i troskę. Ludzie, którzy są któryś raz z kolei, są zostawieni sami sobie. Naćpać lekami i wypierdalaj, gówno nas obchodzisz. Tak się właśnie czuję. Jak pierdolone powietrze…

796 – dzień św. Walentego

Dzień ludzi chorych psychicznie świętuję adekwatnie – leżąc w łóżku i płacząc.

Dziś mieliśmy iść z Mrówkiem na spacer po przyszpitalnym ogrodzie. Kłótnia zniszczyła wszystko. Jego wina? Moja wina?

Pisałam z terapeutą. Na pytanie, czy uważa, że wypisanie się to dobry pomysł (dzień dziesiąty – wciąż nikt że mną nie rozmawiał, a lekarz ma mnie głęboko w dupie) , odpisał: „W domu też Pani nie pogada [przyp. z nikim]. Teraz jest czas dla Pani.”

Czas dla mnie… Czas na leżenie, gapienie się przez łzy na klamkę i myślenie o tym, jak przejebałam swoje życie.

Jedyne, co trzymało mnie jakoś w kupie to pisanie. Niestety, długopis odmówił posłuszeństwa – wypisał się wkład.

Chciałabym odnaleźć sens, ale nie mam już siły go szukać. Przymus autodestrukcji jest coraz silniejszy. Wyszukuję wzrokiem wszystkie elementy szpitalnego wyposażenia, którymi można by się skrzywdzić. Robię to mimowolnie. Po prostu rzucają mi się w oczy.

Tak mija mi kolejny dzień w psychiatryku…

795 – cichosza… pustkosza…

Mija dziewiąty dzień za kratami.

Jestem powietrzem. Nikt ze mną nie rozmawia. Ani na tamtym oddziale, ani na tym. Psycholog nie ma czasu, lekarz ma wyjebane. Przykro mi patrzeć na inne pacjentki, których prowadzący przychodzą do nich, interesują się. Mnie nie ma. Dla nich mnie nie ma. Jestem powietrzem.

A i we mnie pustka. Pustkosza. Nie ma emocji. I nie ma życia.

Zdolna do jałowej gadki z pacjentkami. Dla pozoru normalności. Że nie izoluję sie zupełnie. Ale przelatują przeze mnie te rozmowy. Ulatują.jak ten dym z fajek przez otwarte okno w palarni.

Zamierzam stąd wyjść. To wszystko mnie tylko bardziej przytłacza. Bardziej pomoże mi dom i sesje z panem M.

794 – to jest bardzo złe nastawienie, dzieciaku

Mam dziś tak złe nastawienie do wszystkiego, że nic, tylko położyłabym się i płakała. Tylko w oczach brak łez. A i sił jakoś nie ma na szloch.

Po dobie przenieśli mnie właśnie z sali obserwacyjnej na zwykłą. Na samym końcu korytarza po lewej. Szkoda tylko, że w drzwiach jest klamka. Te przeklęte klamki mnie prześladują…

Na oddziale dziwny spokój. Jakby cisza przed burzą.

Był dziś obchód. Psycholog mnie poznała – znowu po kolejnych sześciu latach, ordynator chyba nie (trudno jednoznacznie stwierdzić). Obecnie jestem na 15mg arypiprazolu i 100mg sertraliny z możliwością zwiększenia do 200mg.

To jest zły, bardzo zły dzień. Ale usilnie sobie powtarzam, że każdy jest jeszcze gorszy na umieranie. Bo chcę żyć. Przecież chcę. Prawda?

793 – przenieśli mnie

Udało się. Przenieśli mnie na oddział, na którym byłam dwa razy. To tu pracuje psycholog i ordynator, które znacie z „Psychiatryka”. Podobno dziś mam z nimi rozmawiać.

W nocy spałam trzy godziny. Udało mi się zasnąć koło trzeciej nad ranem, a obudziłam się o szóstej. Wszystko przez okropnie niewygodne łóżko, które całą noc doprowadzało mnie do rozpaczy i kurwicy.

Od szóstej siedzę w świetlicy z drugą już kawą i usiłuję pisać „Obłęd”. Niezła ironia, nie? Pisać thriller psychologiczny pod tym tytułem w psychiatryku.

Wypaliłam kilka fajek. Dziś mija tydzień w zamknięciu. Mrówek mnie jeszcze nie odwiedził. Bardzo żałuję. Tęsknię za nim…

Powiedział mi kilka słów gorzkiej prawdy. Moja pierwsza reakcja? Zabiję się! Jestem beznadziejna, zabiję się! Ale kiedy trochę nad tym pomyślałam, dostrzegłam, że ma sto procent racji. Mimo sześciu lat leczenia wciąż jestem emocjonalnie skrzywdzonym, egocentrycznym dzieckiem, które nie potrafi zadbać o kogoś innego ani o swój związek. To bardzo przykre. Przecież ja go kocham…

Dziś w nocy, leżąc na tym cholernym łóżku w sali obserwacyjnej, patrzyłam na ścianę. Na niej cień ogromnego, neogotyckiego okna. Zaczęłam wspominać. Zrobiło mi się bardzo dziwnie. To właśnie ten cień, ten sam cień, był źródłem moich halucynacji dwanaście lat temu, gdy dostałam Nasen na sen i nie mogłam zasnąć. Cień okna zmienił się w potwory, które wychodziły ze ściany i chciały mnie skrzywdzić. I mówiły, żeby do nich dołączyć. A ja siedziałam na łóżku i, bujajac się w przód i w tył, rozmawiałam z nimi. Byłam na obserwacji po powieszeniu. Czułam, że powinnam była wtedy umrzeć.

A teraz? Mam prawie 33 lata. W moim życiu zmieniło się absolutnie wszystko. Oprócz związku z Mrówkiem. I tych cholernych tendencji samobójczych…

784 – nie trzeba być geniuszem, żeby to wiedzieć: nadszedł kryzys

Po kilku dniach bez mycia wzięłam dziś w końcu kąpiel. Gorącą. Z pianą zakrywającą usta. Obserwowałam jak rośnie. Jak pęcznieje, niebezpiecznie zbliżając się do krawędzi wanny. I miałam to zupełnie gdzieś. Całkowicie pochłonięta obserwacją lewego nadgarstka i blizn na nim, żałowałam, że go nie rozpłatałam te kilka dni temu.

Oczyma wyobraźni widziałam, jak piana się zaczerwienia. Z początku była to mała plamka, by po chwili rozlała się na całą wannę i wsiąkła w każdy bąbelek owocowej piany.

Twarz umyta. Trochę szamponu niebezpiecznie spłynęło poniżej brwi. Można więc było udawać, że nie płaczę. Że to tylko łzy oczyszczają szczypiące od detergentu oczy.

Zafiksowanie na punkcie rozpłatania łapy. W głowie nieprzerwanie odtwarzany wers piosenki LemON: Nic z tego nie będzie, z tego nic nie będzie.

Jedyne w co wierzę, to upadek mojej twórczości. Zakończenie kariery pisarskiej, która tak naprawdę się jeszcze nie rozpoczęła. Powrót do pisania do szuflady. Nowe słowa nie ujrzą światła dziennego. Przepadło. Wszystko się unicestwiło. Razem ze mną.

Po raz kolejny (który to już?) żyję tylko z rozpędu…

783 – terapia, psychiatra, list pożegnalny i pijaństwo

Dziś mija równo rok odkąd ostatniej akcji pod kryptonimem „żyletka”. W ciągu osiemnastu lat autoagresji, to pierwsze takie dwanaście miesięcy, kiedy ani razu się nie okaleczylam. Brawo ja? Być może.

Wczoraj w południe sesja z panem M., a potem o czternastej wizyta u pana T. Efekt? Nowy neuroleptyk – amisulpridum pod nazwa handlową Amisan 50mg. Jedna tabletka rano.

Powiedziałam o silnych myślach samobójczych. Oczywiście padła propozycja szpitala lub chociaż L4. Jednak ani na jedno, ani na drugie nie mogę sobie pozwolić. Nikt za mnie ZUSu i innych podatków nie zapłaci. Poza tym w robocie Sajgon.

– Najchetniej bym się najebała.
– To może w takim razie trzeba się najebać?
Nie omieszkałam nie skorzystać z tej propozycji. Po powrocie do domu płacz, Lorafen i chlanie. Efekt? Nie dałam już rady. Napisałam list pożegnalny i zaplanowałam swoje odejście w najdrobniejszych szczegółach. Żyletka już czekała. Dwusetka wódki też. Miałam wstać przed Mrówkiem, jako że on chodzi później spać i wstaje po mnie. Niestety. Zaspałam. Jakież było moje rozczarowanie, że nie z tego nie wyszło.
Dziś ten przeklęty 365. dzień bez żyletki. Żyletki, która jest na wyciągnięcie ręki i krzyczy i woła, że chce zatańczyć na tej nieznośnie ciągłej skórze.

Siedem miesięcy dobrobytu. To musiało się tak skończyć… Musiało.