Category Archives: przemyślenia

512 – wieczorową porą…

… gdy już nic nie muszę, odzywają się demony. Wołają, obiecując doskonałą zabawę. Jak za dawnych lat – autodestrukcyjnych. Oganiam się od nich, jak od natrętych much. Ale nic sobie z tego nie robią.
Ale wiem, że znów nadejdzie świt. Umownie przyjęty porządek znów zacznie obowiązywać. Wtedy autodestrukcja pasuje tu, jak pięść do nosa. Pozostawiając niesmak i poczucie porażki.
Trzymaj się, Mrówczyńska. Kolejny wieczór, z tysiąca takich. Nie daj się zbyć. Nie daj omamić. A jutro znów uśmiechniesz się do słońca…

506 – tak bywało

Wiem, że tak bywało. Pamiętam. Zdarzało się, że długo nie pisałam. Za każdym razem tak bardzo mi tego brakowało…
Może to znów kwestia rozpisania? Wyjścia z tej twórczej stagnacji. I nie mówię tu już nawet o pisaniu książki, którą porzuciłam po kilkunastu stronach. Ale choćby tu, na blogu.
Jak wiecie, pracuję zawodowo. Kilka godzin dziennie, z domu. Cała kreatywność i twórcza płodność poszły się jeb… Ale nic to. Pamiętam przecież, że tak bywało.
Kilka dni temu była premiera „Terapii u Doktorka”. „Autoterapia” jest na pierwszym miejscu w TOP 100 e-booków psychologicznych w Empiku. A mimo to nic nie cieszy. Patrzę z obojętnością na ten ranking i jest mi przykro – znów wrażenie, że już nigdy, przenigdy nie będę w stanie nic nowego napisać.
Terapeuta wyjechał na urlop. Wróci na koniec sierpnia. To będzie trudny czas. Bez kogoś, do kogo przyjście tak wiele mi daje, trzyma w ryzach.
Trwam w jakimś letargu. Działam automatycznie. Czuję się kompletnie pusta – bez myśli i emocji. Oprócz tego niewyobrażalnego smutku i bólu istnienia, który zjawia się znienacka i równie niespodziewanie odchodzi, pozostawiając jeszcze większą pustkę i brak sensu.
Ale to minie. Na pewno minie. Wierzę w to. Chcę wierzyć.
Trzymajcie się i nie dajcie się. W człowieku drzemie ogromna siła, o której tak często się zapomina.

504 – nie poddam się!

Właściwie nie do końca wiem, dlaczego tu nic nie piszę. Może to przez pracę. A może przez chore schematy, które są ostatnio silne i każą mi niszczyć to, co dobre.
Wiem natomiast jedno. Leczenie jest dla mnie bardzo ważne. Pozwoliłam, żeby zaburzenia zabrały mi 30 lat życia. I powiem Wam jedno, nie oddam im ani dnia więcej!

494 – priorytety

Aż się dziś wzruszyłam i popłakałam, gdy rozmawialiśmy na temat dojrzałości. Że jedną nogą jestem w dorosłości, a drugą w dzieciństwie.
Coraz częściej myślę o założeniu rodziny. Ba! Jedną z motywacji w terapii jest wizja ślubu z Mrówkiem. Wiem, że tego nie wyklucza. W końcu nie zerwał zaręczyn. Po prostu muszę być bardziej normalna, zrobić większe postępy w leczeniu.
Codziennie uczę się kochać życie. I uczę się żyć.

493 – gdy jest źle

Czasem jest źle, tak bardzo źle, że stoję nad przepaścią i wszystko krzyczy:
– Skacz!
I wydaje się, że znikąd nie nadejdzie ratunek. Że to koniec. Tylko wyjście ostateczne jest rozwiązaniem. Ach, jak częste bywają te stany!
Nauczyłam się jednak sobie z nimi radzić. Uczę się nadal.
Skupiam się na życiu. I jak mantrę powtarzam:
– Wytrzymaj. Zaczekaj. Zobaczysz, będziesz się jeszcze z tego śmiać!
Te wyobrażone lub nawet autentyczne problemy zdają się nie do rozwiązania. A tydzień później można sobie powiedzieć:
– Aleś była głupia, że chciałaś umierać. Problemu już nie ma. A mogło nie być życia.

492 – do przodu

I znów to pisanie ratuje mi życie. No… Może ratuje życie to za dużo powiedziane. Ale odwraca uwagę od negatywnych emocji. Smutku szczególnie.
Wczoraj dostałam do akceptacji skład „Terapii u Doktorka”.
Również wczoraj doszłam z pisaniem do połowy „Majki”.
Pojawiają się kolejne recenzje „Autoterapii”.
Na pisaniu i czytaniu mija mi życie. Takie życie to dobre i znośne życie.

490 – partnerstwo

Kłócą się we mnie dwa podejścia do modelu związku. Wyniesiony z domu kult mężczyzny i wypracowane samodzielnie partnerskie równouprawnienie.
Powoduje to, jak wiele innych kwestii, konflikt wewnętrzny.
Z jednej strony bycie stereotypową panią domu, gosposią sprawia mi przyjemność. Lubię opiekować się moim mężczyzną i dbać o niego. Z drugiej jednak coś się we mnie buntuje. Chcesz coś? Zrób sobie sam. Przynieść ci coś? Sam sobie weź!
Doprowadza to do wielu konfliktów, bo nauczyłam go, że zawsze może mnie o wszystko poprosić. Wykonuję to, a w pewnej chwili się buntuję i obrażam. Po chwili znów jestem do jego dyspozycji.
Działa to również odwrotnie. Wymagam, by zrobił coś sam. I gdy chce to zrobić, denerwuję się, bo uważam, że to moja rola.
Tyle sprzeczności, tyle konfliktów wewnętrznych. Jak skonsolidować te dwa podejścia? Jak zunifikować tak skrajne poglądy? Nie wiem. Ale jestem pewna, że dla dobra naszego związku muszę nad tym popracować.

489 – bez benzo ani rusz

W kilku ostatnich dniach bez Lorafenu ani rusz. Nie potrafię sobie poradzić z przytłaczającym smutkiem, rezygnacją i poczuciem bezsensu.
Udało mi się wczoraj napisać trochę „Majki”. Przez chwilę byłam z siebie nawet zadowolona.
Usłyszałam od terapeuty kilka gorzkich słów. Słów prawdy, oczywiście. Siedziałam w tym gabinecie i chciało mi się nad sobą płakać.
Dziś jest kolejny dzień. Kolejne zmagania się z sobą. Z życiem. Z rezygnacją i suchym płaczem. I powtarzam sobie, jak mantrę:
– Pisz, pisz. Wiesz, że ci to pomoże.
Ale długopis zastygł nad pustą kartką.