Category Archives: przemyślenia

539 – klub 27

Od nastoletniego wieku pragnęłam dołączyć do Klubu 27. O czym zresztą pisałam w „Psychiatryku”.
Rok, w którym skończyłam 27 lat, był najgorszym w całym życiu. Wszystko się skumulowało – Autoagresja, tendencje samobójcze, autodestrukcja, negatywne emocje, niestabilność i cały ten syf, z którym osoby cierpiące na BPD muszą się zmagać na co dzień. A do tego wszystkiego kilka miesięcy odbijałam się od drzwi do drzwi, próbując otrzymać pomoc.
Dziś mam 30. Wciąż żyję i się leczę. Jest lepiej. Jest normalniej. Uczę się siebie. Nad niektórymi schematami zapanowałam i niemal zniknęły z życia.
Nanoszę ostatnie poprawki na trzeciej części „Młodego boga…”. To dziennik, który prowadziłam mając 20-27 lat.
Wydałam trzy książki. Pal sześć, że elektronicznie. Trzykrotnie spełniło się moje marzenie. Dodatkowo kolejne dwie książki czekają na wydanie, a ja zamierzam zabrać się do drugiej części „Uśpionej”.
Więc nie mówcie, że nie warto o siebie walczyć. Że nie warto się leczyć. Nie warto tak męczyć. Warto!
I ja jestem tego żywym dowodem.

534 – jedna jaskółka…

Jak to mówią, jedna jaskółka wiosny nie czyni. W sobotę obudziłam się w dobrym humorze, po czym dostałam telefon od mamy – zmarł dziadek. Depresyjny nastrój powrócił, choć jego śmierć była kwestią dni i dobrze o tym wiedziałam.
Dziś obudziłam się zmarznięta do szpiku kości. Budziłam się co chwilę, ale ten ostatni sen, nad ranem, rozwalił mnie na łopatki.
Cała otoczka jest nieważna. Byłam z Mrówkiem. A jednak poszłam na spacer z nieznajomym, któremu najwyraźniej się podobałam. Trzymaliśmy się za ręce, a ja tłumaczyłam mu, dlaczego nie możemy być razem.
– Przecież mówiłaś, że go nienawidzisz – próbował mnie podejść.
– Bo byłam na niego wściekła. Wiesz, jak jest – raz kocham, raz nienawidzę, ale nie chcę i nie potrafię bez niego żyć.
Ta senna scena sprawiła, że obudziłam się z soplem lodu zamiast serca. Mój wyrok na samej sobie był jesnoznaczny: zdradziłaś narzeczonego. Choć przecież wiem, że to tylko sen…

529 – sobota

Pobudka po dwunastej. Załamanie, że się żyje. Szybkie wyjście z psem.
Porcja leków: 2xantydepresant, 2xneuroleptyk i benzo, dla pewności, że teraz jeszcze nic głupiego nie zrobię.
Zasłonięte okna. Parująca czarna kawa. Łyk za łykiem, łza za łzą.
Tak bardzo boli życie…

526 – kim jestem?

Nicością jestem. Nie ma we mnie nic. Otchłań unicestwiająca wszystko.
Zarabianie, żeby wydawać. Choć bez wydawania też się żyło. Tworzyło się…
Chwycić za żyletkę i wyrwać się z tej pustki. Choć na chwilę.
Od dawna już nie piszę.

Niechaj pasie brzuchy nędzny filistrów naród!

Choć ciało wciąż oddycha, ja umarłam.

521 – i po wolnym

Tygodniowy urlop dobiega końca. Jutro do pracy.
Zdążyłam w tym czasie przeczytać pół „Uśpionej” i straciłam werwę.
Nieliczne promienie słońca wpadają przez okno. Rozświetlają pokój, tworząc taneczne widowisko światła z cieniem. Łysiejące drzewa bujają się w rytm wiatru. Nieuchronnie nadchodzi jesień.
Smutek we mnie i umieranie dookoła mnie. Nie nastraja to zbyt optymistycznie.
Zawinąć się w koc. Schować przed światem. I zapomnieć, że się żyje…

513 – fajrant

Tak wspaniale jest rozłożyć koc nad rzeką w piątkowy wieczór i beztrosko napić się piwka. Po ciężkim tygodniu pracy, gdy człowiek już nie wie, jak się nazywa. Chillout. Spokój. Ukochana osoba obok. Kocham te chwile, gdy nic już nie muszę, a jedynym zajęciem jest odpoczynek i relaks. Choć wtedy demony budzą się z letargu. Chcą popsuć te chwile małego szczęścia.
Ale nie dam się. Mowy nie ma. I dalej będę z zachwytem obserwować pływającą obok wydrę.

512 – wieczorową porą…

… gdy już nic nie muszę, odzywają się demony. Wołają, obiecując doskonałą zabawę. Jak za dawnych lat – autodestrukcyjnych. Oganiam się od nich, jak od natrętych much. Ale nic sobie z tego nie robią.
Ale wiem, że znów nadejdzie świt. Umownie przyjęty porządek znów zacznie obowiązywać. Wtedy autodestrukcja pasuje tu, jak pięść do nosa. Pozostawiając niesmak i poczucie porażki.
Trzymaj się, Mrówczyńska. Kolejny wieczór, z tysiąca takich. Nie daj się zbyć. Nie daj omamić. A jutro znów uśmiechniesz się do słońca…

506 – tak bywało

Wiem, że tak bywało. Pamiętam. Zdarzało się, że długo nie pisałam. Za każdym razem tak bardzo mi tego brakowało…
Może to znów kwestia rozpisania? Wyjścia z tej twórczej stagnacji. I nie mówię tu już nawet o pisaniu książki, którą porzuciłam po kilkunastu stronach. Ale choćby tu, na blogu.
Jak wiecie, pracuję zawodowo. Kilka godzin dziennie, z domu. Cała kreatywność i twórcza płodność poszły się jeb… Ale nic to. Pamiętam przecież, że tak bywało.
Kilka dni temu była premiera „Terapii u Doktorka”. „Autoterapia” jest na pierwszym miejscu w TOP 100 e-booków psychologicznych w Empiku. A mimo to nic nie cieszy. Patrzę z obojętnością na ten ranking i jest mi przykro – znów wrażenie, że już nigdy, przenigdy nie będę w stanie nic nowego napisać.
Terapeuta wyjechał na urlop. Wróci na koniec sierpnia. To będzie trudny czas. Bez kogoś, do kogo przyjście tak wiele mi daje, trzyma w ryzach.
Trwam w jakimś letargu. Działam automatycznie. Czuję się kompletnie pusta – bez myśli i emocji. Oprócz tego niewyobrażalnego smutku i bólu istnienia, który zjawia się znienacka i równie niespodziewanie odchodzi, pozostawiając jeszcze większą pustkę i brak sensu.
Ale to minie. Na pewno minie. Wierzę w to. Chcę wierzyć.
Trzymajcie się i nie dajcie się. W człowieku drzemie ogromna siła, o której tak często się zapomina.