Category Archives: terapia borderline

525 – terapia borderline: niemoc

To była kolejna z milczących sesji, podczas których z bezsilności i poczucia beznadziei stawały mi łzy w oczach.
– Nic dziwnego, że się pani źle czuje – powiedział w końcu terapeuta.
Po chwili wahania, zapytałam dlaczego.
– Bo odcina się pani od świata.
Ma rację. Wiem. Ale nie jestem w stanie powrócić do rzeczywistości. To zbyt boli.
Nie mam siły żyć. Nie mam siły pisać ani czytać. Cały czas wypełnia mi praca zawodowa, która też jest ucieczką. Ja, komputer i wirtualni ludzie na służbowym czacie. Tylko pieniądze realne.
Przez 45 minut powiedziałam w sumie może ze trzy zdania. Miałam ochotę wstać i powiedzieć:
– Kończmy na dziś. To i tak nie ma sensu.
Ale siedziałam tam nieruchomo. Wpatrzona w plamę mikroświata. Obraz rozmyty całkowicie. Uniemożliwiający identyfikację dłoni na tle czarnych spodni.
Nie czuję, że żyję. Nie ma mnie.

534 – terapia borderline: przyjemność

Wstałam po dziewiątej. Dokończyłam czytać jedną książkę i zaczęłam drugą.
Pierwsze piętnaście minut opowiadałam o bieżących wydarzeniach, a potem cisza.
– Minął kwadrans, a pani znów zaczęła milczeć.
Przytaknęłam głową, wciąż nie otwierając ust.
– Pani Aniu, znów ma pani pustkę w głowie?
– Tak… – potwierdziłam nieśmiało.
Zaleceniem terapeuty jest zwiększenie przyjemnych doznań, których ponoć mój mózg się domaga – choć takiej potrzeby
zupełnie nie odczuwam.

522 – terapia borderline: nie ma mnie

To była jedna z dziwniejszych i najbardziej milczących sesji podczas mojego leczenia.
Szłam tam z nastawieniem, że znów będę dużo mówić. A tu… Guzik z pętelką.
Bąknęłam coś na początku, a potem cisza. I nie ma mnie. Zapadam się w sobie.
– O czym pani myśli? – wyrywa mnie z nicości głos terapeuty.
– Właśnie o niczym…
– Tak, jakby pani nagle stawała się obojętna na kontakt z drugim człowiekiem.
To pytanie pozostało bez odpowiedzi.
– To wygląda tak, jakby traciła pani zainteresowanie rzeczywistością – po jakimś czasie znów przerwał milczenie.
Z dużym opóźnieniem odpowiedziałam, że czasami.
– A teraz?
W końcu wydusiłam z siebie, że czuję się, jakby mnie nie było.
– A pani musi, czy chce być w tym stanie? – zapytał widząc mnie wpatrzoną w jeden punkt od początku sesji.
Byłam zmęczona, tak bardzo zmęczona. Znów utraciłam zdolność ostrego widzenia.
Wszystko się zlewa w jedną masę. Nie rozpoznaję kształtów.
Chciałam już tylko wrócić do domu i położyć się spać.
Ale nie spałam po przyjściu. Wróciłam do pracy.

515 – pierwsza sesja od prawie miesiaca

Okropnie się bałam. Paraliżujący lęk kazał nogom zawrócić. Nie dotrzeć do gabinetu.
A jednak. Nie było tak źle. Mówiłam. Opowiadałam, czasem robiąc dłuższe przerwy.
– Jest pani smutna?
– Tak, chyba tak.
– Pomyślała pani o czymś?
– Nie. Tak po prostu. Bez racjonalnego powodu.
Bałam się, że będzie, jak na początku spotkań. Że będzie skrępowanie, wstyd, blokada. Ale nie było. A przynajmniej nie o takim nasileniu, jakiego się spodziewałam.
– Czyli były to trudne trzy tygodnie?
– Oj, tak.

Nastrój poprawiła mi za to lektura rekomendacji mojej „Borderline: Autoterapia, czyli…” w magazynie „Charaktery”. Otrzymałam zgodę na zamieszczenie jej u siebie. Zrobię to na dniach, dziś padam na pysk po pracy.

514 – powrót do sesji

Mam stresa. Tak dużego, że nie wiem, jak dać sobie z tym radę.
Ostatnio kipi we mnie złość i nienawiść.
Teraz jeszcze pojawił się lęk. Powrót po przerwie jest zawsze taki sam – jakbym szła do gabinetu kogoś, kogo w ogóle nie znam. Kogo się boję i wstydzę. Mam ochotę jutro nie dotrzeć na sesję. Ale wiem, jak bardzo byłoby to zgubne…

508 – psychiatra

Byłam wczoraj u psychiatry. Już dawno tak wiele nie milczałam.
Wzrok wbity w jeden punkt i cisnące się do oczu łzy.
Powiedziałam o tych wszystkich myślach i impulsach, które z coraz większą siłą bombardują mi głowę.
– A ten przymus cięcia to żeby się pociąć czy zabić?
– Pociąć.
– A jak się będziemy zabijać?
– Tradycyjnie… – przyznałam, mając na myśli pętlę na szyi.
– To może szpital?
Nie. Nie chcę do zamknięcia. Nie chcę po raz trzeci kiblować za kratami. Jestem silniejsza niż kilka lat temu. Dam radę. Na pewno dam. Muszę…
Stanęło na zwiększeniu sertraliny do 200mg i Lorafenie 2,5 mg. Gdyby to nie pomogło, nowy neuroleptyk – Fluanxol. A gdyby i to nie dało rady – kraty.

489 – bez benzo ani rusz

W kilku ostatnich dniach bez Lorafenu ani rusz. Nie potrafię sobie poradzić z przytłaczającym smutkiem, rezygnacją i poczuciem bezsensu.
Udało mi się wczoraj napisać trochę „Majki”. Przez chwilę byłam z siebie nawet zadowolona.
Usłyszałam od terapeuty kilka gorzkich słów. Słów prawdy, oczywiście. Siedziałam w tym gabinecie i chciało mi się nad sobą płakać.
Dziś jest kolejny dzień. Kolejne zmagania się z sobą. Z życiem. Z rezygnacją i suchym płaczem. I powtarzam sobie, jak mantrę:
– Pisz, pisz. Wiesz, że ci to pomoże.
Ale długopis zastygł nad pustą kartką.

486 – terapia borderline: zmiana

Rozmawialiśmy o wolontariacie.
– I co stoi na przeszkodzie, żeby się go podjąć?
– Niby nic. Tylko… jakoś sobie tego nie wyobrażam.
– Czego sobie pani nie wyobraża?
– Tego wychodzenia z domu, chodzenia tam…
– Unika pani ludzi, boi się ich.
– Nie o to chodzi. Po prostu… Ja chyba nie chcę.
– To naturalne, że przy próbie zmiany pojawia się lęk, opór. Przełamanie go jest trudne. Ale gdyby było proste, wystarczyłoby nam kilka spotkań.
Miał rację. Wiem, że miał. Ale poczułam się postawiona pod ścianą. Nie potrafiłam podać żadnego racjonalnego powodu, dla którego miałabym nie podjąć tego wolontariatu.
Opowiadałam o nim dalej.
– Jak tak pani słucham, to nie ma pani żadnych wątpliwości – znów wybijał mi mój „nieargument” z ręki.

Zmiana jest trudna. Wiem. I wiem że jest możliwa. Ale…

480 – terapia borderline: do świata wewnętrznego – wpuść mnie

Postanowiłam trenować swój umysł, aby móc się otrzworzyć przed terapeutą. Skoro mam go wpuścić do swojego świata wewnętrznego, muszę nauczyć się ubierać to w słowa – nie wyrazy.
Już nie układam w głowie tego, co chcę powiedzieć. Idę na żywioł. Nie boję się śmieszności. Choć może bardziej – staram się nie przejmować tym lękiem. Kiedy przychodzi mi coś na myśl, komunikuję to. Nie zastanawiam się, jak to ubrać w słowa. Nie planuję, co powiem, pięć zdań do przodu. Po prostu mówię. Nie raz się zacinam. Brakuje mi słów lub ucieka mi myśl. Ale terapeuta nie popędza. Daje czas do namysłu. Nie czuję się przy nim, jak debil niepotrafiący sklecić prostego zdania przekazującego, co myśli. To daje efekty. Z mówieniem na sesjach jest coraz lepiej. W końcu zaczęłam się otwierać. Wpuszczać terapeutę do swojego świata wewnętrznego.