Category Archives: terapia borderline

489 – bez benzo ani rusz

W kilku ostatnich dniach bez Lorafenu ani rusz. Nie potrafię sobie poradzić z przytłaczającym smutkiem, rezygnacją i poczuciem bezsensu.
Udało mi się wczoraj napisać trochę „Majki”. Przez chwilę byłam z siebie nawet zadowolona.
Usłyszałam od terapeuty kilka gorzkich słów. Słów prawdy, oczywiście. Siedziałam w tym gabinecie i chciało mi się nad sobą płakać.
Dziś jest kolejny dzień. Kolejne zmagania się z sobą. Z życiem. Z rezygnacją i suchym płaczem. I powtarzam sobie, jak mantrę:
– Pisz, pisz. Wiesz, że ci to pomoże.
Ale długopis zastygł nad pustą kartką.

486 – terapia borderline: zmiana

Rozmawialiśmy o wolontariacie.
– I co stoi na przeszkodzie, żeby się go podjąć?
– Niby nic. Tylko… jakoś sobie tego nie wyobrażam.
– Czego sobie pani nie wyobraża?
– Tego wychodzenia z domu, chodzenia tam…
– Unika pani ludzi, boi się ich.
– Nie o to chodzi. Po prostu… Ja chyba nie chcę.
– To naturalne, że przy próbie zmiany pojawia się lęk, opór. Przełamanie go jest trudne. Ale gdyby było proste, wystarczyłoby nam kilka spotkań.
Miał rację. Wiem, że miał. Ale poczułam się postawiona pod ścianą. Nie potrafiłam podać żadnego racjonalnego powodu, dla którego miałabym nie podjąć tego wolontariatu.
Opowiadałam o nim dalej.
– Jak tak pani słucham, to nie ma pani żadnych wątpliwości – znów wybijał mi mój „nieargument” z ręki.

Zmiana jest trudna. Wiem. I wiem że jest możliwa. Ale…

480 – terapia borderline: do świata wewnętrznego – wpuść mnie

Postanowiłam trenować swój umysł, aby móc się otrzworzyć przed terapeutą. Skoro mam go wpuścić do swojego świata wewnętrznego, muszę nauczyć się ubierać to w słowa – nie wyrazy.
Już nie układam w głowie tego, co chcę powiedzieć. Idę na żywioł. Nie boję się śmieszności. Choć może bardziej – staram się nie przejmować tym lękiem. Kiedy przychodzi mi coś na myśl, komunikuję to. Nie zastanawiam się, jak to ubrać w słowa. Nie planuję, co powiem, pięć zdań do przodu. Po prostu mówię. Nie raz się zacinam. Brakuje mi słów lub ucieka mi myśl. Ale terapeuta nie popędza. Daje czas do namysłu. Nie czuję się przy nim, jak debil niepotrafiący sklecić prostego zdania przekazującego, co myśli. To daje efekty. Z mówieniem na sesjach jest coraz lepiej. W końcu zaczęłam się otwierać. Wpuszczać terapeutę do swojego świata wewnętrznego.

478 – terapia borderline: myśli s.

– Ogarniają mnie złe myśli.
– Negatywne?
– Tak. Próbuję im się nie poddawać i nie pogłębiać tego stanu, ale różnie mi to wychodzi. Do tego te myśli samobójcze od kilku dni…
– Myśli pani o tym, żeby się zabić?
– Może nie tyle, że chcę sobie coś zrobić. Może bardziej wolałabym, żeby mnie nie było.
Brzmi przerażająco, wiem. Ale to znak progresu. Już nie przymus powieszenia. Nie chęci i plany odebrania sobie życia. A rozpaczliwe: nie mam siły żyć! I tu dodane: pomóżcie mi.
Tak więc mimo myśli samobójczych, jest lepiej. Kolejny kryzys. A jednak przechodzony łagodnej. Bez ambicji ostatecznych. Bez nieodwracalnych decyzji.

474 – terapia borderline: pisanie leczy

– Wie pan, pisanie mi bardzo pomaga. Kiedyś, gdy napotykałam na problem w książce, wydawało mi się, że sobie nie poradzę. Teraz wiem, że mogę akcję poprowadzić tak, by ten problem rozwiązać. I zaczęłam to przekładać na życie. Już nie jest tak, że najmniejszy kłopot wydaje mi się bez wyjścia. Wiem, że zawsze znajdzie się rozwiązanie. I to wcale nie samobójstwo.
– Samobójstwo jest egoistyczne, prawda? Najbardziej uderzyłaby nim pani w swoich najbliższych.
– Tak. Poza tym… Mam jeszcze tyle do napisania!
– Uwierzyła pani, że zmiana jest możliwa?
– Może bardziej – przestałam zakładać, że nie jest możliwa.
To była dobra sesja.

469 – byłoby w porządku

I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie te cholerne przymusy autoagresywne. Ból w nadgarstku, ból na ramieniu. Koszulka delikatnie ociera się o skórę, a w środku skręca, że czuję dotyk bawełny, zamiast metalu.
– Musimy być przygotowani na to, że to będzie wracać. Nie chodzi o to, żeby się pani nie chciało. Tylko o to, żeby umiała pani nad tym zapanować i nie poddać się temu.
Tak, wiem. Terapeuta ma rację. Wyobrażam sobie, że przychodzę na sesję i muszę przyznać się, że znów upadłam. To trochę otrzeźwia. Przypomina o tym, co dla mnie ważne. Że od stycznia nie naruszyłam ciągłości skóry i jestem z tego zadowolona. Że tyle razy się powstrzymywałam, choć chciało się bardzo. I powtarzam sobie, że dam radę. Bo przecież tego chcę. Tego pragnę. Do tego dążę.
Mrówczyńska, musisz wytrzymać!

465 – terapia borderline: oczyszczenie

To była trudna sesja. Nie ze względu informacje, którymi się dzieliłam. A przez emocje, które temu towarzyszyły. Mówiłam całe 45 minut, bez wycofywania się, spontanicznie. Opowiadałam o dzieciństwie, wchodzeniu w rolę niewolnika, od którego nic nie zależy i w konsekwencji pojawiającymi się poczuciu niesprawiedliwości i ucieczce. Mówiłam o myślach samobójczych i silnym przymusie cięcia.
– W pani relacjach z rodzicami, były elementy sadyzmu. I teraz pani ten schemat próbuje przenieść na swoje dorosłe życie. Tym cięciem chce pani powrócić do sadyzmu wobec siebie.
Mówiłam ze łzami w oczach i łamiącym się głosem. Czułam, że wypowiadanie kolejnych słów skończy się płaczem. Jednak ciągnęłam swą opowieść dalej.
Po wyjściu z gabinetu poczułam ogromną ulgę. I nawet przymus autoagresywny osłabł.
Jestem z siebie dumna.

459 – terapia borderline: górka

Żywo opowiadałam o ostatnich wydarzeniach.
– To chyba dość dobry okres w pani życiu, prawda?
– W zasadzie tak. Ale wolę tego nie mówić na głos, żeby nie zapeszyć. Bo wie pan, jak jest za dobrze…
Roześmiał się.
– A ciąć się dalej pani chce?
– Powiedzmy, że nie.
Właśnie. Ta cholerna autoagresja. Kiedy się chce – wkurzam się na siebie. Kiedy się nie chce – czegoś mi brakuje. Pieprzone uzależnienie. Cholerstwo trzyma się mnie od 15 lat. Ale nic to. Trzeba zmądrzeć. Wyleczyć blizny, walnąć tatuaż na nadgarstku i dalej iść przez życie z podniesioną głową.

458 – maraton

U Mrówczyńskich w domu maraton czytania. Na tapecie „Samobójstwo na raty”. Czytanie, poprawianie. Kreślenie i dopisywanie.

Na terapii się rozgadałam. W końcu. Po dwóch latach się otworzyłam. Terapeuta też to widzi. Mówię swobodnie, o wszystkim, co przyjdzie mi do głowy. Jest lepiej.

Samopoczucie w normie. Stany depresyjne w remisji. Myśli o żyletce i samobójstwie – brak. Teraz tylko tego nie spieprzyć…

444 – terapia borderline: olśnienie!

Opowiedziałam terapeucie o fragmencie „Autoterapii”, w którym stwierdzam, że lepiej cały czas być w złym stanie. Wahania dobrze-źle tylko pogarszają samopoczucie.
– Ale skąd wtedy brać siły do życia?
Rzucił pytanie retoryczne, które mnie rozwaliło. Miał rację. Miał, kurwa, rację! Dobry nastrój jest po to, by czerpać z niego siłę do przetrwania gorszych okresów. Gdy jest źle, trzeba do czegoś dążyć, na coś czekać.
To pytanie spadło na mnie, jak jabłko na głowę Newtona. Nagłe olśnienie.

To była wyjątkowo udana sesja. Pozwoliłam sobie na swobodną i spontaniczną rozmowę. Tonem i sposobem mówienia wyrażałam złość podczas opowieści. Miałam skojarzenia, które komunikowałam.
– Jest pani w bardzo dobrym kontakcie dzisiaj.
Byłam! I jestem z siebie dumna.