840 – SMS-owa pogawędka z psychiatrą

Mój psychiatra-pracoholik zazwyczaj nie ma czasu odpisywać na SMS-y. Czasem jednak zdarza się nam SMS-owa pogawędka. Tak było na początku września, po sesji, na której pan M. zasugerował wyznaczenie daty zakończenia terapii.

Od tej fatalnej sesji cały czas myślę. Rozum podpowiada mi, że powinnam iść w poniedziałek i porozmawiać z terapeutą. Ale z drugiej strony nie wiem, czy emocjonalnie dam radę. Na samą myśl, że mam wejść do gabinetu, usiąść koło niego i mówić… robi mi się niedobrze, łzy napływają mi do oczu i mam ochotę uciec jak najdalej. W jednej chwili z zaufanego i lubianego specjalisty stał się obcym i zagrażającym człowiekiem. Po pięciu latach, w jednej chwili. Czuję się taka bezradna. Zupełnie nie wiem, co mam robić. Zamknęłam się w sobie. Jak Pan myśli, powinnam iść na tę sesję w poniedziałek?

Radzę iść.

Pewnie i tak nic nie powiem…

A może… wysłanie do niego SMS-a będzie ok? Tym razem bez dramy, tak na spokojnie, bez nadmiernych emocji. Może to pomoże mi wejść do gabinetu. Oczywiście w zależności od tego, co odpisze i czy w ogóle to zrobi.

Radzę iść i mówić…

Ehh, ja nie wiem, chyba się schleję, żeby tam w ogóle pójść.

Twórcze, dojrzałe, wypas, kupuję to od Pani.

Hehe, uwielbiam tę Pana bezpośredniość. No, ale co ja poradzę, że stresuję się tą sesją dziesięć razy bardziej niż wystąpieniem na międzynarodowej konferencji.

Niech mu Pani wleje za nielojalność??????

Brzydzę się agresją, jestem pacyfistką.

Pacyfiści są bierno-agresywni i przez to nie trafią do Valhalli.

Buahahahaha

Sorry, do mnie to nie przemawia, bo jestem zdania, że „all we have is now”.

Ja też, ale Valhalla jest zajebista.

Ee, ale tam chyba dziewice rozdają, nie?

To u Arabów, tam raczej wódka i wpierdol.

No tak, to ja się nie lubię bić. Unikam raczej konfliktów. A i dziewic bym nie chciała, bo co ja, aseksualna i nieakceptująca swojej płci i posiadania ciała w ogóle, po części mizoginka, miałabym z nimi robić?

Wódę chlać i krzyżować terapeutę.

Ee no, na ukrzyżowanie to chyba sobie nie zasłużył…

Warto mu o tym powiedzieć??

Wysłałam mu długiego SMS-a.

Tym razem nie pod wpływem emocji.

Odpisał, że będzie czekał.

839 – terapia borderline: to nigdy pani nie przejdzie

W tym tygodniu miałam sesje dzień po dniu – wtorek i środa. Wtorkowe spotkanie niemal w całości poświęciłam mojej relacji z Mrówkiem. Jednak zahaczyłam również o problem chwiejności emocjonalnej.
– Cały piątek byłam na petardzie emocji z konferencji. I pół soboty. Siedzieliśmy sobie nad rzeką, piliśmy piwo i nagle jeb, zrobiło mi się tak okropnie smutno, wszystko straciło sens. Mam dość tych wahań nastroju. Jeszcze rozumiem, jakbym o czymś pomyślała, coś sobie przypomniała albo zinterpretowała na swoją niekorzyść jakąś pierdołę. Ale nic takiego nie miało miejsca – żaliłam się panu M., a wtedy on powiedział coś, co sprawiło, że poczułam się jeszcze bardziej chujowo.
– Ta chwiejność nigdy pani nie przejdzie – rzekł poważnie.
CO?! Że co? Jak to, kurwa, nie przejdzie? To będzie tak już do końca życia?! W tamtej chwili straciłam ochotę na cokolwiek. Pojawiły się nawet myśli rezygnacyjne, które delikatnie ocierały się o samobójcze.

Później rozmawiałam z B., moją bliską koleżanką. Nieco mnie pocieszyła, bo powiedziała, że jej wahania nastrojów przeszły zupełnie. Próbuję nie nastawiać się negatywnie i mieć nadzieję, że i mnie uda się wyjść z chwiejności. Cóż, pożyjemy, zobaczymy.

836 – terapia borderline: 28 maja 2021

Właśnie wróciłam z sesji i doświadczam całej gamy emocji. Od smutku, przez poczucie straty, rozpacz po wzruszenie, radość i poczucie bycia z siebie dumnym. A co to spowodowało? Ano już wyjaśniam.

Weszłam do gabinetu znowu spóźniona pięć minut. Szlag by to, im wcześniej zaczynam się zbierać, tym bardziej się spóźniam. Wyjaśni mi ktoś ten paradoks? Ale do rzeczy.

Gdy już wyjaśniłam panu M., skąd to dzisiejsze spóźnienie, zapytał mnie, jak się czuję, z racji tego ostatniego kryzysu. Stanowczo podsumowałam tamte dziesięć dni.
– Wróciłam z dalekiej podróży. Dziesięć dni od poniedziałku dwa tygodnie temu do wtorku w zeszłym tygodniu mam wycięte z życiorysu. Dosłownie – zaczęłam opowiadać o tym, co się działo. O paczce Lorafenu zeżartej w tydzień, cięciu, spaniu i płakaniu jako głównych aktywnościach. No, wiecie, o całym tym syfie, o którym tu pisałam.
Pan M. wcale nie był zły o ostatnią sesję, na którą przyszłam pijana. Wykazał się pełnym zrozumieniem.
– To nam tylko pokazuje, jak trudnym tematem jest dla pani rozstanie.
Przyznałam, że mnie to przygniotło.
– Wizja końca terapii stała się poczuciem końca… – zawahałam się, nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa.
– Wszystkiego – terapeuta dokończył za mnie, a ja mu przytaknęłam.
– No tak, nic, tylko położyć się do grobu – dodałam.
Zaczęliśmy rozmawiać o tym wyznaczeniu terminu zakończenia terapii.
– To jest tak, że terapia nie będzie trwać do końca życia – pan M. powiedział łagodnie, jakby nie chcąc znów wyzwalać we mnie burzy emocji.
– Tak, ja to wiem – odparłam stanowczo.
Pan M. wyjaśnił mi również, skąd się wzięła jego sugestia.
– Pani Aniu, kiedyś prowadziłem dłuższe terapie. Ale z doświadczenia wiem, że nie mają one sensu. Najwięcej udaje się wypracować przez te pięć, sześć lat. A dalsza terapia jest już ze szkodą dla pacjenta, bo wyrabia on w sobie przeświadczenie, że sam sobie nie poradzi. I tak naprawdę zaczyna się on uzależniać od terapii.
Wzięłam jego słowa na poważnie i podeszłam do nich racjonalnie. To, co mówił, miało sens. Spojrzałam na to zakończenie terapii z innej perspektywy.
– Wyznaczymy sobie na tyle długi okres, żebyśmy przepracowali temat rozstania. Myślę, że tak do wakacji powinniśmy zdążyć – ostatnie zdanie spowodowało, że w pierwszej chwili zdębiałam i próbowałam sobie przypomnieć, jaki mamy obecnie miesiąc i czy do wakacji zostało dużo czasu. Uświadamiając sobie po chwili, że jest wrzesień, odetchnęłam z ulgą.
– Ja myślałam o maju, bo w maju zaczynaliśmy – przyznałam szczerze, zdradzając wynik swoich tygodniowych rozmyślań na ten temat.
– Jasne, koniec maja będzie odpowiedni – terapeuta zgodził się ze mną, a ja w duchu się uśmiechnęłam, bo myślałam o początku maja. Wyszło więc na to, że podarował mi kilka spotkań w gratisie.
– Zakładając, że będziemy się spotykać we wtorki i piątki… – urwał, biorąc swój kalendarz i przekartkowując go. – Ostanie spotkanie wypada nam dwudziestego ósmego maja – rzekł i spojrzał na mnie.
Opadłam plecami na oparcie fotela, jednocześnie ciężko wydychając powietrze. Było mi dziwnie, nie potrafiłam nazwać tego stanu.
– No, dobrze. Skoro tak musi być, niech tak będzie – odpowiedziałam w końcu, przypieczętowując tym samym wspólne ustalenie daty naszej ostatniej sesji.

Tak więc 28 maja 2021 roku o godzinie 9:15 ostatni raz wejdę do gabinetu pana M. A punkt dziesiąta, zakończę swoją sześcioletnią indywidualną terapię psychodynamiczną z człowiekiem, którego polubiłam, któremu zaufałam, powierzyłam swój los i zaryzykowałam wpuszczenie go do mojego intymnego świata wewnętrznego.

Pan M. zachęcił mnie również do poszukiwania osób poza terapią, z którymi będę mogła pogadać. Żebym zobaczyła, że mogę rozmawiać o problemach nie tylko na sesji z terapeutą. Przyznałam, że mam taką jedną osobę (tak, tak, B., to o Tobie). Jednak stwierdził, że potrzeba ich więcej. Co przyjęłam z lekkim oporem.

Chce mi się płakać. Ale chyba bardziej ze wzruszenia niż rozpaczy. Choć, ciul wie, bo kłębi się we mnie tyle emocji, że trudno je wszystkie rozpoznać i nazwać.

Myślę, że ta data będzie dla mnie ważna z dwóch względów – będzie jednocześnie końcem i początkiem. Końcem leczenia psychoterapeutycznego i początkiem nowego etapu w życiu, w którym będę musiała dojrzale polegać na sobie i tym, czego się podczas terapii nauczyłam.

835 – terapia borderline: to kara!

Minął tydzień, a ja wciąż nie napisałam nic o zeszłoponiedziałkowej sesji. A działo się, oj, działo.

Jeszcze przed wyjściem z domu zatankowałam jakieś dwieście mililitrów białej Żubrówki. Na wyjście wzięłam ze sobą jeszcze setkę zmieszaną z colą. Zwykle droga do gabinetu zajmuje mi kwadrans. Tym razem jednak szłam o wiele wolniej, więc mogło mi to zająć kilka minut więcej.

Kiedy usiadłam na ławce przed klatką, w której mieszkaniu przyjmuje pan M., było około pięciu minut do początku sesji. Popijałam swojego drinka i paliłam papierosa. Z klatki wyszedł pan M. i witając się ze mną, gdzieś poszedł. Nie odpowiedziałam mu. Po chwili wrócił i powiedział, że zaprasza do środka. Jednak ani nie spojrzałam na niego, ani nie drgnęłam. Byłam całkowicie skostniała, a w głowie szumiał alkohol.

Wiedziałam, że nadszedł czas, by iść do gabinetu, ale nie potrafiłam się ruszyć. Rozpacz, lęk, złość, poczucie opuszczenia i odtrącenia oraz utrata poczucia bezpieczeństwa – to wszystko sprawiało, że naprawdę nie byłam w stanie wstać i przekroczyć progu gabinetu.

Po upłynięciu jakichś dziesięciu minut sesji, napisałam do terapeuty SMS-a, mimo niezbyt wyraźnego widzenia literek na klawiaturze telefonu.

Nie moge sie przymuc,przelamac,zeby wejsc do srodka. (pisownia oryginalna)

Chwilkę później w drzwiach do klatki pojawił się pan M.
– Zapraszam, jest już pani tak blisko. Czekam na panią.
Jego słowa, jakby skruszyły część oporu. Po jakiejś minucie, gdy dopaliłam kolejnego szluga, wstałam i poszłam do gabinetu.

Z samej sesji nie pamiętam wiele. Rozhisteryzowałam się, zaczęłam płakać i praktycznie nie przestałam przez kolejnych dziesięć dni. Oskarżałam, żaliłam się, atakowałam i wycofywałam.

– Nie dalej, jak miesiąc temu, powiedziałam panu, że się do pana bardziej zbliżyłam. I co? Dlaczego mnie pan za to karze zakończeniem terapii?! – Bełkotałam.
– Pani Aniu, nie należy tego rozpatrywać w kategoriach kary… – zaczął, jednak nie chciałam go słuchać. Byłam przekonana o swojej racji. Emocje we mnie kipiały, skraplając się w oczach w postaci niekończących się łez. Nic nie mogło mnie uspokoić, żadne słowa.

Kiedy wróciłam do domu, pocięłam się po raz kolejny, dopiłam colę z wódką i, powalona rozpaczą, poszłam spać.

Z tej dalekiej i niebezpiecznej podróży wróciłam dopiero w środę. Po dziesięciu dniach od sugestii pana M. o wyznaczeniu terminu zakończenia terapii. Ale o tym już wiecie.

834 – przememłane emocje lub ukrzyżowanie terapeuty

No, dobra.

Dziś odniosłam mały sukces. Pierwszy dzień od półtora tygodnia nie ryczałam. Od zeszłego poniedziałku było to jedyne zajęcie (oprócz spania), któremu poświęcałam zdecydowaną większość dnia. Ale nie, to nie tak, że przetrawiłam emocje. Przez dziesięć dni je memłałam, żeby w końcu przegryźć i przełknąć. Dopiero teraz zaczyna się etap trawienia.

Jestem dużo spokojniejsza. Na tyle, że również pierwszy dzień nie wzięłam Lorafenu. A ostatnimi czasy leciałam na maksymalnej dawce albo i powyżej (przepraszam, Doktorze).

Wczoraj po dwudziestej drugiej zadzwonił pan T. w odpowiedzi na moje wiadomości. Biedny pracoholik dopiero wrócił z pracy i właśnie wychodził z psem na spacer, więc nie rozmawialiśmy długo. Chciał się dowiedzieć, jak się czuję i, zapewne, wybadać, czy moje doniesienia o stanie zbliżającym się do tego sprzed hospitalizacji w lutym rzeczywiście mają rację bytu. Po usłyszeniu, że wybrałam się na sesję pod wpływem alkoholu, zażartował, że jednak sprawdzi się jego scenariusz (o którym pisał mi niedawno) i niedługo ukrzyżuję terapeutę.
– Może tak być – bąknęłam pod nosem, nieskora do żartów.
Ku jego uciesze, nie chciałam zmieniać leków z obawy, że może to przynieść więcej szkody niż pożytku. Gdyby sytuacja nie została opanowana, mam wpaść do niego za tydzień i pogadać.

Wciąż jestem senna i ogromnie kusi mnie ucieczka w sen, ale dziś już pracowałam nieco dłużej, choć robiąc przerwy co jakąś godzinę, półtorej.

Cały czas myślę o propozycji czy też sugestii pana M. o wyznaczeniu daty zakończenia terapii. Powoli zaczyna się we mnie rodzić myśl: cholera, a może on rzeczywiście ma rację? Może jestem już na to gotowa? Niesamowite, co? Przynajmniej nie odrzucam tego tak kategorycznie jak wcześniej. Myślę, że będziemy jeszcze o tym rozmawiać na sesji.

Zareagowałam bardzo gwałtownie. To była wielka nadreakcja, zupełnie nieadekwatna do sytuacji, a proces dochodzenia do siebie trwał niezwykle długo. Wiem. Nie zamierzam się jednak biczować. Po prostu wstanę, otrzepię się, wyciągnę wnioski i pójdę dalej.

832 – terapia borderline: jeden wielki chaos

Chciałam opisać to, co działo się wczoraj na sesji. Ale nie mam siły. Nie mam siły na nic. Postaram się do tego wrócić. Może dam radę.

Tymczasem znów nie daję rady. Jest we mnie taki chaos… Sama jestem chaosem. Nie wiem nic. Nie wiem, czego chcę. Nie wiem, co czuję. Nie wiem, kim jestem. Nie wiem, co dalej. Nie wiem, czy żyję. Nie wiem, czy w ogóle chcę żyć. Czy jeszcze zależy mi na zaczerpywaniu powietrza? Dotlenianiu płuc? A może by tak udusić ten durny mózg. Zasnąć. Więcej się nie obudzić.

Nie wiem, czy jest we mnie cierpienie. Na pewno dominuje rezygnacja i obojętność. Nie mam siły pracować. Wciąż całymi dniami śpię. Uciekam w sen. Żeby nie myśleć. Nie czuć. Mam ochotę się rozpłakać i płakać tygodniami, ale na wczorajszej sesji wylałam chyba wszystkie łzy.

Myślę. Cały czas myślę, czy pan M. nie ma racji. Może faktycznie to czas na podjęcie decyzji o końcu terapii? Wiele z Was pisze mi, że terapia nie może trwać całe życie. Przecież ja to wiem. Ale w wielu mądrych książkach napisane jest wprost: koniec terapii nadchodzi naturalnie, bo pacjent już nie potrzebuje terapeuty. No właśnie – nie potrzebuje. Tu nie chodzi o żadne uzależnienie od pana M. Po prostu bez jego wsparcia nie radzę sobie z niczym. Nie potrafię zapanować nad emocjami. Nad sobą.

Pytacie mnie też, czy pan M. jest pod superwizją. Owszem, jest. U jakiegoś profesora z NY.

Czuję, że jeszcze tyle problemów mam nieprzepracowanych. Nagromadzenie konfliktów wewnętrznych nie daje mi spokoju. Pracuję nad sobą, naprawdę. Widzę w niektórych obszarach ogromne postępy, ale wciąż zostało tak wiele do zrobienia…

830 – terapia borderline: nóż prosto w serce

Obudziłam się. Jednak. Choć mam wrażenie, że wstało tylko ciało – nie moje ciało. Czuję przeraźliwą pustkę. Odcięłam się zupełnie od emocji. Moje „ja” rozpadło się na tysiąc kawałków i wątpię, żeby dało się je wszystkie pozbierać, a co dopiero skleić. Unicestwiłam się w obronie własnej.

Myślę o tym, co się wczoraj stało. Pamiętam jak jeszcze kilka tygodni temu pan M. zapewniał mnie, że decyzję o zakończeniu terapii podejmiemy razem. Czułam wtedy w stosunku do niego taką wdzięczność, ukojenie lęków, a zaufanie i poczucie bezpieczeństwa poszybowały na wyższy poziom.

A wczoraj? Jego propozycja spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Owszem, trzeba mu oddać to, że jedynie zaproponował ustalenie terminu końca, nie zrobił tego sam, odgórnie i nie postawił mnie przed faktem dokonanym. Nie powiedział:
– Pani Aniu, wtedy i wtedy spotykamy się po raz ostatni.
Co to, to nie. On zaproponował i poddał ten pomysł pod moje rozważanie – takich użył słów.

A mimo wszystko… Nie wiem, czy chodziło o sposób w jaki to zrobił, czy o samą przekazywaną informację. Próbuję to wszystko rozebrać na czynniki pierwsze, ale cierpienie i lęki nie ułatwiają mi tego zadania.

Ze wzruszeniem i poczuciem niepowetowanej straty wspominam niedawne sesje, gdy po raz pierwszy poczułam z nim tak głęboką więź, jaka istnieje między małym dzieckiem a matką. Poczułam się tak bezpiecznie, jak nigdy. Ufałam bezgranicznie, zawierzyłam się jego opiece, mądrości i profesjonalizmowi. Czułam się bezpiecznie, jak na metaforycznym matczynym łonie. Przekraczając próg gabinetu wiedziałam, że nie stanie się tam nic złego, że nie zostanę w żaden sposób skrzywdzona ani zraniona. Że mogę powiedzieć i czuć wszystko, a to nie zostanie skrytykowane czy ocenione.

Aż do, kurwa, wczoraj.

Nie wyobrażam sobie, nie potrafię wyobrazić, jak miałabym w poniedziałek o 9:15 nacisnąć na klamkę i przekroczyć próg gabinetu, który teraz kojarzy mi się z rozczarowaniem, zagrożeniem, opuszczeniem. Miałabym usiąść w fotelu i znów się otworzyć, choć tym razem ze świadomością, że to chwilowe? Że jedną nogą jestem już na wylocie?

Zamknęłam się w sobie. Nie mogę więcej się z nim spotkać. Bo po co? Żeby na nowo rozdrapywać ranę, którą wczoraj zadał mi swoim pytaniem? Nie chcę już nigdy nikomu zaufać, przed nikim się otwierać. Suchymi łzami opłakuję tę jedną z najważniejszych relacji w moim życiu. Nie zniosę jego widoku. Jego wzroku na sobie. Jego głosu. Nie dam rady.

To nie „do widzenia”, lecz ostatnie „żegnaj” panie M.

829 – terapia borderline: to koniec

Nie mogłam się doczekać dzisiejszej sesji. Ostatnio sobie zupełnie nie radziłam z emocjami, myślami, reakcjami. Odliczałam dni do terapii, w której znów miałam przerwę z powodu wakacji.

Początkowo wszystko szło normalnie. Rozmawialiśmy na bieżące tematy, mówiłam o swoich trudnościach. I nagle pan M. wyskoczył z pytaniem, co jeszcze chciałabym w sobie zmienić. Po usłyszeniu go, natychmiast zesztywniałam. Nie przeczuwałam niczego dobrego, gdyż to nie był pierwszy raz, gdy mnie o to spytał.

Po uzyskaniu mojej odpowiedzi padły słowa, które mnie rozwaliły.
– Czy myślała pani już o zakończeniu terapii?
Przyznałam, że tak. Ale doszłam do wniosku, że jeszcze jest za wcześnie. Że gdy jest dobrze, nie potrzebuję jej tak bardzo. Ale kiedy pojawia się kryzys, bardzo jej potrzebuję, bo sama jeszcze nie potrafię sobie radzić.
– A ja myślę, że dobrze byłoby ustalić już termin zakończenia. Może to zmobilizuje panią do intensywniejszej pracy. Poza tym terapia to nie styl życia.
Z każdym wypowiadanym przez niego słowem zapadałam się fizycznie coraz bardziej w fotel, a psychicznie w czarną dziurę rozpaczy.
Na koniec dodał, że nie wyrzuca mnie z terapii, ale żebym przemyślała, kiedy ją zakończymy.

Wyznaczył termin następnej sesji na za tydzień, zupełnie ignorując fakt, że do tej pory chodziłam dwa razy w tygodniu i mówiłam mu, jakie to dla mnie ważne.

Kiedy wyszłam z gabinetu, byłam potwornie załamana. Poczułam się zdradzona, opuszczona, odrzucona, zostawiona sama sobie. Pan M. w jednej chwili ze wspaniałego i godnego zaufania terapeuty stał się nieczułym sukinsynem, który ma w dupie mój los i to, czy sobie poradzę i będę potrafiła dalej żyć. Okropnie się na nim zawiodłam. Łzy leciały po policzkach, maskując się pod kroplami gęsto padającego deszczu. Żałowałam, że rozpłynięcie się pod ich wpływem nie jest możliwe. Emocjonalny szok spowodował oderwanie od rzeczywistości. To tak bardzo boli.

Po przyjściu do domu napisałam do niego.

Ok, przemyślałam to wszystko. Ma Pan rację, czas kończyć. Zakończmy więc tę farsę już dziś. Skoro 5 lat nie pomogło, nie ma sensu dłużej tego ciągnąć. Dziękuję za to, co dobre, przepraszam za to, co złe.

Trzy minuty później nadeszła odpowiedź.

Proces kończenia powinien mieć swój czas. Proszę przyjść w poniedziałek. Będę na Panią czekał.

Niewiele myśląc, wysłałam mu litanię.

Zaufałam Panu, dałam się omamić zapewnieniami, że jestem w terapii bezpieczna. Otworzyłam się przed Panem, jak przed nikim innym, choć i tak nie zupełnie. Te wakacyjne przerwy utwierdziły mnie w przekonaniu, że jeszcze nie jestem gotowa na koniec, że sama sobie nie poradzę. Dlatego wciąż chciałam dwie sesje tygodniowo – łatwiej mi wtedy powstrzymać się od autodestrukcji i myślę bardziej racjonalnie. Rzadziej wpadam w te swoje stany. A tu, jak grom z jasnego nieba, informacja o końcu… Nigdy nikt mnie tak nie zranił i nie chciał opuścić w tak okrutny sposób. Ale rozumiem – minęło 5 lat, nie widać poprawy, więc ma mnie Pan dość i chce się mnie pozbyć jako zawodowej porażki. Jest mi przeraźliwie przykro, czuję się dogłębnie zraniona, odepchnięta, opuszczona i odrzucona. Jak stary, nikomu niepotrzebny śmieć. Po prostu nie zasługuję na pomoc. Pan to zrozumiał i chce się mnie pozbyć. To bardzo boli. Po kim, jak po kim, ale po Panu się tego nie spodziewałam… Zniszczył Pan dziś we mnie ostatni płomyk nadziei, że kiedyś będzie dobrze. Że kiedyś komuś zaufam, jak Panu. Ale po tym, co się stało, widzę, że strategia jednak była dobra – unikać ludzi, nie wchodzić w relacje i żyć w swoim świecie. A nie, żyć w ciągłym napięciu i lęku, że ktoś zdradzi, opuści, porzuci. Dziękuję za tę ostatnią lekcję. I życzę mniej takich pacjentów, jak ja, a więcej takich, którym można pomóc. Żegnam.

Tym SMSem zakończyłam ponad pięcioletnią terapię. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła jeszcze kiedyś wejść do tamtego gabinetu. Spojrzeć w oczy człowiekowi, który zapewniał o swojej pomocy, wsparciu, któremu zaufałam, poczułam się bezpiecznie w relacji z nim. A on? Tak po prostu wszystko przekreślił.

To koniec. Koniec wszelkich terapii. Możecie mnie zjeść, że to reakcja dziecka, ale mam to w dupie. Tak się właśnie czuję i nie będę udawać, że jest inaczej.

Wzięłam po terapii Lorafen i przespałam cały dzień. I tak bardzo żałuję, że się obudziłam.

Już nigdy, przenigdy nikomu nie zaufam. Dzisiejsza sytuacja mnie zniszczyła, rozłożyła na łopatki, rozjechała walcem, poćwiartowała, a strzępy mojego emocjonalnego truchła rozrzuciła we wszystkich kierunkach. Nie ma mnie już. Jest ciało identyfikujące się dowodem. Ale nie ma mnie. Wszystko co było we mnie dobre, umarło. Anka Mrówczyńska nie żyje. Możecie pisać nekrolog.

828 – wystąpienie publiczne?!

Jeszcze Wam o tym nie pisałam i pewnie nie uwierzycie. Będę występować publicznie. Tak, to prawda. Osiemnastego września wezmę udział w konferencji „Jak wspierać osoby wrażliwe emocjonalnie?” organizowanej przez Polskie Towarzystwo DBT. Opowiem na niej o sobie i swoim pisaniu. Konferencja jest darmowa i odbędzie się online poprzez platformę Zoom. Aby wziąć w niej udział, wystarczy się zarejestrować korzystając z
tego linka.

Kiedy dostałam tę propozycję, zareagowałam z rezerwą. Początkowo nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogłabym wystąpić publicznie. Jednak wraz z upływem czasu, coraz bardziej się cieszyłam. Na następny dzień zgodziłam się. Jakaż wtedy zalała mnie fala samozadowolenia, podekscytowania i radości! Oczywiście nie trwało to zbyt długo. Pałeczkę szybko przejął lęk i złość na siebie, że podjęłam tak głupią i pochopną decyzję.

I nagle pojawiła się płaczliwość, poczucie bezsensu, a i myśli samobójcze o mnie nie zapomniały. Napisałam do psychiatry, jako że znów mam przerwę w terapii.

Myślę, że w pełni Pani podoła, jak zawsze. Ale najpierw się trzeba zgnoić… miłego procesu.

Odpowiedź pana T. była bezpośrednia. Właśnie za to go tak lubię i cenię – mówi zawsze prosto z mostu i nie traktuje mnie jak jajko.

Zaczęłam się zastanawiać nad jego słowami. Czyżbym rzeczywiście musiała się zgnoić przed domniemanym sukcesem? Dlaczego nic nigdy nie może pójść gładko, tylko uruchamiają się we mnie te cholerne autodestrukcyjne procesy? Po sugestii psychiatry, zaczęłam prowadzić dzienniczek emocji z założeniem, że to pomoże mi znaleźć odpowiedź, w którym momencie w moim myśleniu pojawia się zonk.

Na szczęście już jutro sesja. Tak bardzo nie mogę się jej doczekać. W wakacje miałam raptem kilka spotkań i nie ukrywam, że nie było łatwo. Ta przerwa utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że jeszcze nie jestem gotowa na samodzielne życie. Nie potrafię zapanować nad emocjami, myślami i zachowaniami. Tak często gubię się w gąszczu własnych przeżyć, że nie wiem, co myślę, co czuję i nawet, kim jestem.

Tak bardzo chciałabym nauczyć się panować nad własnym życiem. Czy mi się to kiedyś uda?

824 – terapia borderline: zabliźniony przełom

To była z pozoru normalna sesja. A jednak w pewnym sensie przełomowa.

Ubrałam się dziś w koszulkę na ramiączkach i cienką bluzę wkładaną przez głowę. Aura na zewnątrz nie rozpieszczała, więc wydawało mi się, że to adekwatny ubiór. Miałam rację. Było w sam raz.

Jednak wszystko zmieniło się po kilkunastu minutach sesji. Było mi okropnie gorąco. Początkowo się wahałam, ale w końcu odważyłam się.
– Nie będzie panu przeszkadzać, jak ściągnę bluzę?
– Nie, proszę się czuć swobodnie – odpowiedział, a ja zaczęłam się rozbierać.

Kiedy już usadowiłam się wygodnie na fotelu, a terapeucie ukazała się moja lewa ręka w całej krasie, poczułam… no właśnie, akceptację. Oczy pana M. pierwszy raz ujrzały blizny na ramieniu, choć kilkukrotnie pytał mnie o możliwość ich obejrzenia.

Tak więc dziś, po pięciu latach się doczekał. I ja się doczekałam. Odważyłam się. To było dla mnie bardzo ważne. W pewnym sensie kolejny krok w zbliżaniu się do pana M.

Trochę o tych bliznach rozmawialiśmy. Niektóre z nich wskazywałam i opowiadałam ich historię.

Gabinet opuszczałam z poczuciem całkowitej akceptacji ze strony pana M. I ogromną ulgą.