804 – autoagresywny rachunek sumienia

W tamtym tygodniu zrobiłam autoagresywny rachunek sumienia. Wypisałam „za” i „przeciw”. Nie ukrywam, że zdecydowana przewaga „przeciw” pomogła mi nie sięgnąć po żyletkę.

Za:

  • zaspokojenie przymusu,
  • chwilowe, acz natychmiastowe poczucie ulgi,
  • odwrócenie uwagi od cierpienia psychicznego.

Przeciw:

  • pogłębienie stanu depresyjnego,
  • blizny,
  • wzmacnianie psychopatycznej i sadystycznej części mnie,
  • sprzeczność z celami:
    • zdrowie psychiczne,
    • dobre samopoczucie,
    • umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami i dyskomfortem psychicznym,
    • przeżywanie emocji i umiejętność ich regulacji zamiast odreagowywania na sobie.
  • wzmacnianie złości i poczucia winy,
  • poczucie porażki,
  • wpadanie w ciągi,
  • ranienie bliskich.

Autoagresywna abstynencja trwa.

803 – terapia

Chciałam napisać, jak było na sesji, ale nie mam siły. Rozmawialiśmy o autoagresji, autodestrukcji, przeszłości.
– Znęcam się na jednej postaci w „Obłędzie”, na nastoletniej Jess.
– I co jej pani robi? – pan M. się zainteresował.
– Tnę ją, podcięłam jej żyły i chyba jeszcze ją powieszę. Obdarowuję ją swoimi własnymi myślami. Zaczęła pisać dziennik, w którym opisuję swoje myśli samobójcze i przymusy. Ale to mało daje…

Ustaliłam z terapeutą, że przechodzę na stałe na dwie sesje w tygodniu. To pomaga mi trzymać się z dala od autoagresji i autodestrukcji. Raz w tygodniu to za mało.

802 – tnij bohatera, tnij!

Na ostatniej sesji pochwaliłam się panu M.
– Chciało mi się ciąć, Ale to jest sprzeczne z moimi celami, więc pocięłam postać w książce. Zrobiło mi się trochę lepiej.
– Gdyby ograniczyła się pani do cięcia bohaterów, to byłby duży sukces.
Oczywiście musiałam znaleźć jakieś „ale”.
– To oni nic by nie robili, tylko się cięli – roześmiałam się. – A to by było przegięcie.

Niemniej jednak, od kilku dni, gdy jest mi źle, projektuję te emocje na jedną z postaci „Obłędu”. Wkładam w jej umysł swoje myśli i przymusy. Opisuję to, jak się okaleczania lub jej tendencję samobójcze. Biedna nastolatka. Jess stała się moim workiem treningowym, nad którym się znęcać, zostawiając swoje ciało w spokoju.

801 – terapia borderline: sadystyczny psychopata

Idąc na sesję nie czułam nic. Kompletnie. Totalne odcięcie od emocji prawdopodobnie spowodowane sytuacją w domu. Jednak podczas terapii pękłam.
– Pocięłam się dziś.
– Dlaczego?
– Nie wiem… – przyznałam szczerze. – Chyba chciałam coś poczuć.
– I co pani poczuła?
– Ból.
Zaczęliśmy rozmawiać o mojej awersji do dotyku i bliskości fizycznej, potrzebie okaleczania się. Pan M. stwierdził, że cięcie potęguje niechęć do dotyku, bo umacnia moje skojarzenie jego z bólem.
– I naruszaniem granic. – Dodałam.
– Pani sama te granice narusza, krzywdząc swoje ciało.
– Ja to ja. – Odrzekłam stanowczo.
– Ale jednak jest w pani jakaś część, która chodzi na terapię, bierze leki. Chce być zdrowa.
To było jak olśnienie. Znowu coś, o czym bardzo dobrze wiedziałam, ale tego nie pamiętałam. Potrzebowałam, by pan M. mi o tym przypomniał.
– Czuję jakąś bezsilność. – Zwerbalizowałam dominującą emocję.
– Myślę, że jest w pani jakaś silna pierwotna część, która jest takim sadystycznym psychopatą. Wyraża się ona w okaleczaniu się czy choćby czytaniu o psychopatach, bo sprawiało to pani przyjemność, prawda?
– Tak. – Przyznałam.
– No właśnie. Podejrzewam, że to uczucie bezsilności spowodowane jest wewnętrznym konfliktem między tą częścią sadystyczną a tą, która chce się leczyć. Pamiętam, jakie to było dla pani ważne, że tak długo powstrzymuje się pani od cięcia.
– Tak było. Ale teraz mam wrażenie, że już mi na tym nie zależy.
– Celem naszych spotkań jest wzmocnienie tej części, która pragnie być zdrowa. – Kolejne zdanie, które mną wstrząsnęło w pozytywnym tego słowa sensie.
Płakałam. A był to płacz oczyszczający.

800 – Amsterdam i powrót do tego, co było

Byliśmy przez tydzień w Amsterdamie. Wycieczka super, sporo zwiedziliśmy, a wieczorami relaks w kofikach.

Ale żeby nie było za dobrze…

Powrót do codzienności i pracy uruchomił lawinę minionych, zaleczonych w psychiatryku stanów.

I tak, znów – myśli, przymusy, łzy i ucieczka w sen.

Między nami nie jest dobrze.

Terapia zintensyfikowana do dwóch sesji w tygodniu. Mam tyle do powiedzenia panu M., ale nie zawsze mi to wychodzi.

Znów stagnacja, obojętność i brak zainteresowania własnym losem. Izolacja, niechęć do ludzi, trudności w utrzymywaniu relacji.

Jednym słowem, po chwilowej przerwie, wróciło to, co było.

799 – wypis

Wczoraj mnie wypisali ze szpitala z diagnozą Epizodu depresji umiarkowanej i Osobowości chwiejnej emocjonalnie jako rozpoznania współistniejącego.

Dziś była sesja. Prawie całą przepłakałam. Schodziły ze mnie emocje z całego miesiąca. W końcu.

W czwartek kolejna sesja.

Jak jest? Chciałabym powiedzieć, że dobrze, ale skłamałabym. Czuję silny przymus autodestrukcji. Mimo to terapeuta stwierdził, że bez sensu było tam dłużej siedzieć, a ja się z nim zgadzam w stu procentach.

792 – gdy nawet w psychiatryku nie ma dla ciebie miejsca

Mała aktualizacja. Nie, nie zza krat.

Zaraz po sesji u pana M. wsiadłam w samochód cioci i pojechałyśmy na Izbę Przyjęć Szpitala Psychiatrycznego, do którego miałam skierowanie.

Spędziłyśmy tam prawie dwie godziny, gapiąc się na kolejne wchodzące i wchodzące osoby, zgodnie z zaleceniem „proszę czekać”. Także czekałyśmy, czekałyśmy i… w końcu ktoś otworzył drzwi na oścież i zaprosił osoby ze skierowaniem. Weszłam. Przede mną czteroosobowa szanowna komisja składająca sie z młodych kobiet i jednej nieco starszej.
– Skierowanie i dowód osobisty.
Podałam dokumenty, nie rozpinając nawet ramoneski. Z włosów kąpała woda, bo pogoda tego dnia nie rozpieszczała.
– Chce być pani przyjęta na oddział dzienny czy stacjonarny?
– Mam silne myśli samobójcze, więc… – bąknęłam nieporadnie.
– Także stacjonarny. Ale nie mamy miejsc. Są dwie opcje. Możemy wpisać panią na listę osób oczekujących do planowego przyjęcia (że, kurwa, co? Mówię im, że chcę się zabić, a oni każą mi czekać aż zwolni się miejsce?!) albo odesłać panią do innej placówki – szpital wojskowy, oddział psychiatryczny leczenia stresu bojowego. (Oo, to, to, czego mi trzeba! Zamknięcia z kilkudziesięcioma zawodowymi żołnierzami, cierpiacymi na PTSD. Zawsze o tym marzyłam!).
– A ta lista… Ile mam czekać?
– Proszę dzwonić codziennie rano. Może w końcu się coś zwolni.
Wyszłam że łzami w oczach. W tym kraju nie da sie żyć. A tym bardziej chorować.

Udało mi się umówić na sesję na jutro o 8:30 do pana M. W czwartek wyjeżdża. A ja zostaję tu. By wraz z silnymi myślami samobójczymi czekać na wolne miejsce w psychiatryku…

791 – za kratami też trwa życie

Mam skierowanie, a stoi w nim jasno i wyraźnie: rozpoznanie f60.3 i f33.2 (a więc zaburzenia depresyjne nawracające, obecnie epizod depresji ciężkiej)… Leczona psychiatryczne od lat, samookaleczenia, myśli rezygnacyjne i samobójcze, nieprzyjęcie do szpitala spowoduje znaczące pogorszenie zdrowia psychicznego…

Tyle można wyczytać że skierowania. A ja?

Miałam zgłosić się już dzisiaj. Jednak zapytałam pana M. czy warto żebym przyszła jeszcze ma jutrzejszą sesję, a po terapii prosto do psychiatryka. Odpisał, że jeśli wytrzymam do jutra, sesja się przyda. Tak więc jest 23:33, leżę w swoim łóżku i czekam na 45 minut z terapeutą, a potem… Powtórzę się po raz tysięczny: świecie zza jest – witaj!

Nie wiem czemu, ale wolałabym już tam być. Mieć swoją pryczę, skrzeczącą przy najmniejszym ruchu. Wizytę pielęgniarki co 15 minut, czy nikt sie nie powiesił. To całe „panie, wstawać!”, „panie, po leki!”.

Chce mi się płakać. Że znów, po tylu latach idę do zamknięcia. Że sobie nie poradziłam. Że okazałam się słaba, choć kilka dni temu, patrząc psychiatrze prosto w oczy przysięgałam, że dam sobie radę.

I znów będę stać w palarni z rękami przełożonym przez kraty i głową opartą o pręty. Będę wypuszczać dym tytoniowy z ust. I patrzeć na toczace się za oknem normalne życie…

790 – cicho szaaa

Jest siódma. Wstałam o szóstej. Ciemno, zimno. Wszyscy śpią oprócz wiernego psa.

Siedzę w kuchni nad zeszytem z kubkiem parującej kawy. Wspominam swoje poprzednie pobyty na oddziałach. Nie chcę, tak bardzo nie chcę tam wracać…

Psychiatra stwierdził kategorycznie, że widzimy się jutro. W celu omówienia szczegółów mojego pobytu w psychiatryku.

A jednak. Stało się. Klamka.zapadła. Świecie bez klamek, witaj!

Gdyby choć udało się coś pisać albo chociaż czytać. Ale we mnie chaos. Chaos, którego tylko otrze żyletki potrafi jakoś okiełznać. Tylko, czy tego chcę? Pakować się znów w ten syf? Ręce, brzuch, nogi – one zapewne mają inne zdanie.

Spokoju chcę, ciszy. Samotności. Czyli czegoś, czego w zamknieciu nie dostanę.

Doktorze, pomóż mi! Nie pozwól im testować na mnie tych wszystkich leków, których brać nie mogę. I jestem martwa w środku, jak bohaterzy Martwicy Mozgu.

Czy ja w ogóle chcę żyć? Czy mam na to siły? A chęci? Panie T. gdyby to pan był lekarzem prowadzącym mnie na oddziale… Ale to tylko mrzonki. Zwykłe myślenie życzeniowe, nie mające nic wspólnego z tą wersją rzeczywistości.

789 – klamka zapadła – klamek nie bedzie

Po tym, jak Mrówek zadzwonił do ciotki i przywiozła nas do domu rodziców, leżę i płaczę. Niektórzy z Was zarzucają mi egoizm. Może i mają rację.

Wszyscy zebrali się w kuchni i zerkając na mnie co chwilę, o czymś dyskutowali. Ja siedziałam w salonie i chciałam zniknąć.

Co chwilę ktoś przychodzi i pyta, czy czegoś mi nie trzeba. Nienawidzę takich sytuacji. Wolałabym być niewidoczna. Żeby nikt nie zwracał na mnie uwagi.

Pierwsza przyszła matka. Przytuliła mnie bardzo mocno, nie zdając sobie sprawy, jak duży ból mi sprawia, ściskając świeże rany na rękach i brzuchu. Poleciało kilka niezauważonych łez.. Ale kiedy zaczęła mówić i zadawać pytania o moje samopoczucie psychiczne… Nie wytrzymałam i rozpłakałam się.

Napisałam do psychiatry „Błagam, niech mnie Pan stąd zabierze! Nie wytrzymam tutaj całego weekendu. Chciałabym zasnąć i się nie obudzić. Nie mam siły na nic…”

Odpowiedź nadeszła szybko „Widzimy się w poniedziałek i ogarniamy temat.”

A więc to tak. Tak się kończy ta przygoda – zamknięciem za kratami.

W przyszłym tygodniu, o ile będę mogła mieć telefon, odezwę się już z psychiatryka.

Koniec wolności, koniec fajnej pracy zarobkowej, porzucenie kilku projektów przed końcem i zamknięcie firmy. Oto co mnie czeka w najbliższym czasie.

Ale, Ale. Powinnam się cieszyć. Przecież tam podobno uratują moje nędzne życie.