808 – przeniesienie

Fakt, że pan M. na ostatniej sesji nie odniósł się do mojej obawy, że straci do mnie cierpliwość, spowodował, że pojawił się silny lęk przed opuszczeniem. W reakcji na niego znów chciałam zrezygnować z terapii. Nie chciałam więcej do niego iść. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym usiąść w gabinecie i mówić lub choćby spojrzeć na niego. Włączył mi się przymus ucieczki.

Dziwnym trafem, lęk zniknął całkowicie, gdy pogodziłam się z Mrówkiem, z którym byłam bardzo pokłócona. Zaczęłam się nad tym zastanawiać i doszłam do wniosku, że miało tu miejsce przeniesienie. Bałam się, że opuści mnie Mrówek i przeniosłam te obawy na terapeutę.

Pamiętam, że była już taka sytuacja. Śniło mi się, że usłyszałam jak terapeuta mówi do swojego superwizora, że sobie ze mną nie radzi. Gdy opowiedziałam ten sen panu M., wyraził swoje przypuszczenie, że to przeniesienie obaw związanych z Mrówkiem.

Rzadko mi się to zdarza – przeniesienie. Tak mi się wydaje. A może go nie zauważam?

Tak na marginesie, nie mam w domu żadnej żyletki. Z satysfakcją wypieprzyłam wszystkie.

807 – terapia borderline: cięcie stoi w sprzeczności z terapią

Bałam się dzisiejszej sesji. W weekend narobiłam głupot. Pocięłam się we własne 33. urodziny. Napisałam do pana M., że rezygnuję z terapii.

– Pojawił się we mnie lęk, że straci pan do mnie cierpliwość – udało mi się wyartykułować swoje obawy w pewnym momencie sesji.
– Naszym celem jest to, żeby powstrzymywała się pani od działań autodestrukcyjnych – pan M. nie odniósł się do mojego lęku. – Cięcie stoi w sprzeczności z terapią. To działa na zasadzie uzależnienia. To tak, jakby pani ćpała i chodziła na terapię – poczułam, że chce mi dosadnie przekazać to, co ma na myśli. O dziwo, nie poczułam się skrytykowana ani zbesztana. Raczej upomniana, bym przypomniała sobie, jakie cele mi przyświecają.

Nie mówiłam dziś zbyt dużo. Terapeuta zauważył, że trudno mi opisywać to, co przeżywam. Przyznałam mu rację, stwierdzając, że zamknęłam się w sobie.

Większość sesji poświęciłam tematowi złości, którą wypieram z obawy, że pod jej wpływem stracę kontrolę nad sobą.

Wracając do domu, wyciągnęłam z plecaka paczkę żyletek, które nosiłam przy sobie od kilku miesięcy. Ściskałam ją mocno w ręce. Róg kartonowego pudełeczka wbijał się boleśnie w dłoń. Walczyłam ze sobą, powtarzając w myślach słowa pana M. Obiecałam sobie wtedy, że ten ból będzie ostatnim, jakiego doznam od tych żyletek. W połowie drogi powrotnej, wyrzuciłam je do kosza. W momencie otwarcia dłoni i wypuszczenia paczki poczułam ogromną ulgę. Jakbym pozbyła się części negatywnych, przykrych emocji.

Muszę jeszcze przeszukać swoje skrytki w domu. Wypierdolić każdą znalezioną żyletkę. Koniec z tym. Cięcie stoi w sprzeczności z moją terapią.

806 – artykuł: potrzeby osób z borderline na przykładzie własnym

Po sesji, na której rozmawialiśmy z panem M. między innymi o moich potrzebach, a raczej ich braku, postanowiłam samodzielnie zgłębić ten temat. Usiadłam na kanapie z moim terapeutycznym notesikiem i zaczęłam się zastanawiać. Czego mogłabym potrzebować? Bo czegoś na pewno. Sama nie wierzyłam, że mogę nie mieć żadnych potrzeb. One muszą być, tylko gdzieś głęboko ukryte.

Jako pierwsza do głowy przyszła mi potrzeba poczucia bycia bezwzględnie i bezwarunkowo akceptowaną. To coś, czego brakuje mi całe życie. Coś, czego całe życie się domagam od innych, nawet od obcych, którzy pojawiają się w mojej rzeczywistości tylko na chwilę. Czasem robię to nieświadomie, czasem sobie zdaję z tego sprawę – to nieistotne.

Następnie uświadomiłam sobie, że egocentrycznie pragnę być podziwiana, uwielbiana i doceniana. Niska samoocena sprawia, że poszukuję u ludzi właśnie podziwu, uwielbienia i doceniania. To sprawia, że w moim umyśle potwierdza się moje poczucie bycia wyjątkową. Jakie to borderowe…

Poczucie bycia zrozumianą również jest bardzo ważną potrzebą, która znalazła się na trzecim miejscu mojej listy. Całe życie towarzyszy mi wrażenie, że inni mnie nie rozumieją. Już wtedy zaczęłam sobie uświadamiać, że mam potrzeby i to ogromne. Jednak ze względu na obawę ich niezaspokojenia, wypierałam je. W końcu wyparcie potrzeb jest mniej bolesne i zagrażające niż wystawienie się na ich niezaspokojenie lub, co gorsza, wyśmianie, wykorzystanie przeciwko mnie.

Czwartą, choć nie mniej ważną od pierwszych trzech, jest potrzeba poczucia bezpieczeństwa. Odkąd zmarła moja babcia, gdy miałam dwanaście lat, a rok później mama zachorowała na nowotwór złośliwy, straciłam je bezpowrotnie.

Potrzeba poczucia wyjątkowości wspomniana przeze mnie wyżej, zasługuje na wymienienie w osobnym punkcie, gdyż jest bardzo silna. Potrzebuję nie tylko czuć się wyjątkowa, ale i zapewnień innych o tym, że tak mnie odbierają.

Bycie kreatywną i twórczą jest jedną z potrzeb, które muszę zaspokajać sama i bardzo chętnie to robię. Oczywiście, gdy inni mnie za taką uznają, dostaję skrzydeł.

Ważne jest, by inni uznawali mnie za inteligentną, gdyż sama siebie za taką nie uważam, a zawsze aspirowałam do tego miana. Do tej pory nie potrafię się pogodzić z tym, że mam tylko wykształcenie średnie.

Jedną z ważniejszych potrzeb, choć wpadłam na to dość późno, jest uprawomocnianie moich emocji, czyli uznawanie przez osoby trzecie, że moje emocje mają rację bytu, są prawdziwe i mam do nich prawo. Całe życie spotykałam się z ich odrzucaniem i trywializowaniem, dlatego jestem tak głodna uprawomocniania.

Któż z nas nie chce być kochanym? Oczywiście jest to jedna z podstawowych potrzeb, którą odczuwa znaczna większość ludzi. Osoby z borderline jednak czują szczególnie duży głód miłości i zainteresowania.

Poważnym problemem w przebiegu pogranicznego zaburzenia osobowości (oczywiście nie u wszystkich zaburzonych) jest nasilona autodestrukcja, autoagresja i stany depresyjne. Takie kryzysy są bardzo obciążające dla osób bliskich, które często reagują odrzuceniem bądź ucieczką od osoby autodestrukcyjnej, co tylko nasila te objawy. Dlatego szalenie ważną potrzebą jest wytrzymywanie kryzysów osób z borderline i wspieranie ich.

Jak wiadomo, u osób chwiejnych emocjonalnie występuje silny konflikt na linii pragnienie bliskości – lęk przed nią. No właśnie. U mnie ten konflikt objawia się tym, że czuję silną potrzebę bliskości i kontaktu, ale tylko na własnych warunkach. Kiedy ktoś zaczyna przekraczać wyznaczone przeze mnie granice, uciekam. Jak to wygląda w praktyce? Szukam kontaktu z innymi, ale nawiązuję go tylko na chwilę. Nie jestem w stanie wytrzymać w relacji dłużej. Skupiam się na kontakcie przez kilkanaście minut, po czym odpuszczam i wycofuję się. Jest to doskonale widoczne nawet na terapii, choć w tym miesiącu mija pięć lat współpracy z panem M.

Bezpośrednio z powyższą potrzebą wiąże się kolejna – obecność Mrówka, czyli mojego narzeczonego. Być może zastanawiacie się, dlaczego obecność, a nie bliskość? Dobre pytanie. Moja miłość i bliskość są czysto platoniczne. Moje wyobrażenie idealnej bliskości to czyjaś obecność, bycie obok, na wyciągnięcie ręki. Jest to zupełnie pozbawione zabarwienia intymnego. Seksualność jest dla mnie tematem abstrakcyjnym. Nawet taka bliskość fizyczna, jak przytulenie czy pocałunek, wzbudzają we mnie lęk i chęć ucieczki. Dlatego bądź, przy mnie bądź, na wyciągnięcie ręki…

Potrzeba spokoju nierozerwalnie łączy się z moim introwertyzmem. Nie znoszę zgiełku, dużej ilości osób, intensywnych dyskusji, osób głośnych, kłótliwych czy zbyt spontanicznych i żywiołowych. Najbezpieczniej i najlepiej czuję się we własnych czterech ścianach lub na łonie natury, ale tam, gdzie nie ma ludzi.

Odkąd pamiętam, bardzo łaknęłam wolności i niezależności. Myślałam po swojemu i chciałam po swojemu działać. Są to dla mnie jedne z fundamentalnych potrzeb, których zaspokojenie jest podstawą do dobrego samopoczucia i życia. Bez nich pojawia się bezsens i niechęć do życia. Może być to spowodowane faktem, że w domu rodzinnym zostały one niezaspokojone, a ja byłam traktowana jako osoba do wypełniania poleceń. Bez możliwości wyrażenia własnego zdania.

No i ostatnia, bardzo silna potrzeba związana z emocjonalnym ekshibicjonizmem – dzielenie się swoimi myślami i emocjami. Nie tylko ich zapisywanie, ale i świadomość, że inni je czytają i jakoś na nie reagują.

Na sam koniec, autoironicznie dodałam dwie potrzeby, na które pan M. zareagował szczerym rozbawieniem. To potrzeba dramatu i tragedii oraz skrajnych emocji. Kto cierpi na zaburzenie sklasyfikowane jako F60.31, ten wie, jak silne są te dwie, autodestrukcyjne potrzeby. Na terapii uczę się ich nie zaspokajać i nie odczuwać ich braku.

Myślę, że duża część osób z borderline zgodzi się z moją listą i odnajdą w niej również swoje potrzeby. Namawiam Was, Kochani, odnajdźcie i uświadomcie sobie swoje potrzeby, a potem zacznijcie je zaspokajać.

805 – terapia borderline: udawanie depresji

Sesję zaczęłam od stwierdzenia, że znów uleciała ze mnie energia i ogólnie wszystko jest do dupy.
Rozmawialiśmy również o tym, że nie wyrażam swoich potrzeb, oczekując, że świat je odgadnie. Mało tego, sama nie wiem, jakie mam potrzeby, więc inni mieliby to odkryć.
W trakcie sesji kilkukrotnie się ożywiałam, co nie umknęło uwadze pana M. I wtedy padło z jego strony stwierdzenie, które wbiło mnie w fotel i zszokowało.
– Pani udaje depresję.
Nastała chwila milczenia, podczas której miałam całkowitą pustkę w głowie. Zdziwiło mnie, że nie miałam ochoty wstać i wyjść, trzaskając drzwiami. Może to zasługa jego tonu, w którym nie było krztyny oskarżenia?
– Pani udaje depresję – powtórzył i zaczął rozwijać swoją wypowiedź. – Oczywiście nie zawsze, bo czasami bywa pani w takich stanach, że nie potrafi się pani z nich wygrzebać. Ale obserwujemy to chociażby tutaj. Mówi pani, że nie ma energii, ale chwilami się pani ożywia i widać, że ma jej pani dużo. Nie robi pani tego świadomie. To pani sposób na radzenie sobie z emocjami, takimi jak frustracja i złość.
Kiedy wyjaśnił, co ma na myśli, bez wahania się z nim zgodziłam. Byłam częściowo świadoma tego, że istnieje mechanizm, który odbiera mi energię, ale nigdy tak na to nie spojrzałam, jak przedstawił to terapeuta.
Jestem mu wdzięczna.

804 – autoagresywny rachunek sumienia

W tamtym tygodniu zrobiłam autoagresywny rachunek sumienia. Wypisałam „za” i „przeciw”. Nie ukrywam, że zdecydowana przewaga „przeciw” pomogła mi nie sięgnąć po żyletkę.

Za:

  • zaspokojenie przymusu,
  • chwilowe, acz natychmiastowe poczucie ulgi,
  • odwrócenie uwagi od cierpienia psychicznego.

Przeciw:

  • pogłębienie stanu depresyjnego,
  • blizny,
  • wzmacnianie psychopatycznej i sadystycznej części mnie,
  • sprzeczność z celami:
    • zdrowie psychiczne,
    • dobre samopoczucie,
    • umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami i dyskomfortem psychicznym,
    • przeżywanie emocji i umiejętność ich regulacji zamiast odreagowywania na sobie.
  • wzmacnianie złości i poczucia winy,
  • poczucie porażki,
  • wpadanie w ciągi,
  • ranienie bliskich.

Autoagresywna abstynencja trwa.

803 – terapia

Chciałam napisać, jak było na sesji, ale nie mam siły. Rozmawialiśmy o autoagresji, autodestrukcji, przeszłości.
– Znęcam się na jednej postaci w „Obłędzie”, na nastoletniej Jess.
– I co jej pani robi? – pan M. się zainteresował.
– Tnę ją, podcięłam jej żyły i chyba jeszcze ją powieszę. Obdarowuję ją swoimi własnymi myślami. Zaczęła pisać dziennik, w którym opisuję swoje myśli samobójcze i przymusy. Ale to mało daje…

Ustaliłam z terapeutą, że przechodzę na stałe na dwie sesje w tygodniu. To pomaga mi trzymać się z dala od autoagresji i autodestrukcji. Raz w tygodniu to za mało.

802 – tnij bohatera, tnij!

Na ostatniej sesji pochwaliłam się panu M.
– Chciało mi się ciąć, Ale to jest sprzeczne z moimi celami, więc pocięłam postać w książce. Zrobiło mi się trochę lepiej.
– Gdyby ograniczyła się pani do cięcia bohaterów, to byłby duży sukces.
Oczywiście musiałam znaleźć jakieś „ale”.
– To oni nic by nie robili, tylko się cięli – roześmiałam się. – A to by było przegięcie.

Niemniej jednak, od kilku dni, gdy jest mi źle, projektuję te emocje na jedną z postaci „Obłędu”. Wkładam w jej umysł swoje myśli i przymusy. Opisuję to, jak się okaleczania lub jej tendencję samobójcze. Biedna nastolatka. Jess stała się moim workiem treningowym, nad którym się znęcać, zostawiając swoje ciało w spokoju.

801 – terapia borderline: sadystyczny psychopata

Idąc na sesję nie czułam nic. Kompletnie. Totalne odcięcie od emocji prawdopodobnie spowodowane sytuacją w domu. Jednak podczas terapii pękłam.
– Pocięłam się dziś.
– Dlaczego?
– Nie wiem… – przyznałam szczerze. – Chyba chciałam coś poczuć.
– I co pani poczuła?
– Ból.
Zaczęliśmy rozmawiać o mojej awersji do dotyku i bliskości fizycznej, potrzebie okaleczania się. Pan M. stwierdził, że cięcie potęguje niechęć do dotyku, bo umacnia moje skojarzenie jego z bólem.
– I naruszaniem granic. – Dodałam.
– Pani sama te granice narusza, krzywdząc swoje ciało.
– Ja to ja. – Odrzekłam stanowczo.
– Ale jednak jest w pani jakaś część, która chodzi na terapię, bierze leki. Chce być zdrowa.
To było jak olśnienie. Znowu coś, o czym bardzo dobrze wiedziałam, ale tego nie pamiętałam. Potrzebowałam, by pan M. mi o tym przypomniał.
– Czuję jakąś bezsilność. – Zwerbalizowałam dominującą emocję.
– Myślę, że jest w pani jakaś silna pierwotna część, która jest takim sadystycznym psychopatą. Wyraża się ona w okaleczaniu się czy choćby czytaniu o psychopatach, bo sprawiało to pani przyjemność, prawda?
– Tak. – Przyznałam.
– No właśnie. Podejrzewam, że to uczucie bezsilności spowodowane jest wewnętrznym konfliktem między tą częścią sadystyczną a tą, która chce się leczyć. Pamiętam, jakie to było dla pani ważne, że tak długo powstrzymuje się pani od cięcia.
– Tak było. Ale teraz mam wrażenie, że już mi na tym nie zależy.
– Celem naszych spotkań jest wzmocnienie tej części, która pragnie być zdrowa. – Kolejne zdanie, które mną wstrząsnęło w pozytywnym tego słowa sensie.
Płakałam. A był to płacz oczyszczający.

800 – Amsterdam i powrót do tego, co było

Byliśmy przez tydzień w Amsterdamie. Wycieczka super, sporo zwiedziliśmy, a wieczorami relaks w kofikach.

Ale żeby nie było za dobrze…

Powrót do codzienności i pracy uruchomił lawinę minionych, zaleczonych w psychiatryku stanów.

I tak, znów – myśli, przymusy, łzy i ucieczka w sen.

Między nami nie jest dobrze.

Terapia zintensyfikowana do dwóch sesji w tygodniu. Mam tyle do powiedzenia panu M., ale nie zawsze mi to wychodzi.

Znów stagnacja, obojętność i brak zainteresowania własnym losem. Izolacja, niechęć do ludzi, trudności w utrzymywaniu relacji.

Jednym słowem, po chwilowej przerwie, wróciło to, co było.

799 – wypis

Wczoraj mnie wypisali ze szpitala z diagnozą Epizodu depresji umiarkowanej i Osobowości chwiejnej emocjonalnie jako rozpoznania współistniejącego.

Dziś była sesja. Prawie całą przepłakałam. Schodziły ze mnie emocje z całego miesiąca. W końcu.

W czwartek kolejna sesja.

Jak jest? Chciałabym powiedzieć, że dobrze, ale skłamałabym. Czuję silny przymus autodestrukcji. Mimo to terapeuta stwierdził, że bez sensu było tam dłużej siedzieć, a ja się z nim zgadzam w stu procentach.