Category Archives: terapia borderline

581 – terapia borderline: czy to koniec?

Muszę przyznać, że coraz niechętniej chodzę na sesje. Lubię swojego terapeutę, nie w tym rzecz.
Wydaje mi się, że nie mam już żadnych problemów. Jestem szczęśliwa, od autodestrukcji trzymam się z daleka. Z optymizmem patrzę w przyszłość.
O czym mam więc rozmawiać na sesji?
Dziś troszkę mówiłam, ale większość czasu milczałam. Było mi z tym dobrze. Po prostu.
I już nawet nie obawiam się tego, że terapia może się już skończyć. Czuję się, jakbym była gotowa na ten krok. Czy nie pochopnie? Przecież, gdy nadejdzie kryzys, a nadejdzie, nie poradzę sobie sama.
I tu wkracza niebezpieczny mechanizm. Gdy siedzę w gabinecie, myślę sobie, że kryzys byłby dobry – miałabym o czym rozmawiać. Szybko odganiam ten pomysł. Ale on i tak się pojawia.

580 – żal

Patrzę na swoje ręce i jest mi siebie żal. Minęły cztery lata leczenia. Kiedy przypomnę sobie, w jakim stanie byłam w kwietniu 2014, nie mogę uwierzyć, że przeszłam taką zmianę.
Nie pocięłam się od sierpnia. Zaczynam mieć obawy. Przez 16 lat mojej autoagresywnej „kariery” jeszcze nigdy nie udało mi się wytrzymać roku. Teraz mamy osiem miesięcy. Nie chcę tego zniszczyć!
Odkąd się leczę, nie próbowałam się zabić. To jest największy sukces, gdyż ja życie kocham! Wcale nie chcę umierać. Czasem po prostu ból był nie do zniesienia. Nie widziałam innego wyjścia. Teraz je dostrzegam.
Warto się leczyć i warto spełniać swoje marzenia! Życie mamy tylko jedno. Trzeba jak najlepiej wykorzystać ten czas.

575 – terapia borderline

U obecnego terapeuty jestem od prawie trzech lat. W tym czasie było dużo wzlotów i upadków. Było ogromne zaangażowanie i obojętność. Potoki słów i nieprzerwane milczenie. Były problemy i ich rozwiązania.
A teraz?
Teraz znów mam opory przed sesją. Dziś zastanawiałam się czy iść na nią, czy nie. Chciałam sobie zrobić wagary. Nie z powodu poczucia bezsensu terapii, nie z lęku przed powiedzeniem czegoś.
Dziś, po raz kolejny, miałam totalną pustkę w głowie. Zupełnie nie wiedziałam, o czym mam mówić. Tak jest od jakiegoś czasu.
Mimo to, poszłam. Nie mówiłam zbyt wiele, ale odzywałam się, rozmawiałam.
I po sesji jestem zadowolona, że nie poszłam na łatwiznę. Że podjęłam ten trud i wypełniłam swój obowiązek. Nałożony przecież przez samą siebie.

574 – anhedonia

Dziś na sesji znów poruszyłam temat anhedonii.
– Dostałam podwyżkę, była dziś premiera „Samobójstwa na raty” a ja nie potrafię się z tego cieszyć. Doszukuję się problemów.
– Czyli żyje pani w ciągłym oczekiwaniu na coś złego.
Tak, dokładnie. Przed odstawieniem arypiprazolu ta anhedonia zniknęła. Ulotniła się gdzieś. A teraz znów wróciła.
Jestem na siebie zła, że odstawiłam wtedy ten lek. Moze teraz potrafiłabym się cieszyć?

A propos. Dziś była premiera trzeciej części „Młodego boga z pętlą na szyi”! Poniżej znajduje się link do księgarni.
W kolejnych dniach sukcesywnie e-book będzie się pojawiał w kolejnych księgarniach, w tym w Empiku.

Samobójstwo na raty – KUP TERAZ

568 – przegrana

Leży przede mną 7,5mg arypiprazolu. Patrzę na to pół tabletki, jak na największe zło i jedyny ratunek.
Nie mogę, nie potrafię już żyć z tą pieprzoną anhedonią. Nie mam już siły tak bardzo nie mieć sił, jak teraz.
– Jest pani obojętne, czy pani żyje – podsumował wczoraj terapeuta.
Tak, jest mi obojętne. Choć pragnienie pisania jeszcze nie zniknęło, mam wrażenie, że zaraz to nastąpi. Pochłonie mnie absolutna nicość. Brak emocji. Brak sił witalnych. A na końcu brak motywacji, by to zmienić.
Nie mogę na to pozwolić. Nie mogę dać się pochłonąć tej czarnej dziurze.
Arypiprazol – wróg i ratunek.

566 – leki

Wczoraj odstawiłam leki. Dobrze się po nich czułam i zdecydowanie mi pomagały. Ale był jeden szkopuł. Tyłam.
Kiedy zaczynałam się leczyć, ważyłam 45 kg. Teraz, po blisko czterech latach, ważę 82 kg. To jest nie do przyjęcia. Obecne leki sprawiały, że czułam wieczny głód. Nie „coś bym zjadła”, a wieczny, niepohamowany głód. Powiedziałam: dość.
Obawiam się zjazdu. Powrotu braku sił, nastroju depresyjnego, myśli rezygnacyjnych, przymusu autoagresji, który odczuwam już teraz.
Ale nie poddam się. Chyba…

563 – pytania o seks

Ostatnimi czasy terapia stała się dla mnie nieprzyjemna. Na sesje chodzę z pewną obawą.
Kiedy terapeuta po raz pierwszy od dłuższego czasu zapytał o seks, zamknęłam się w sobie. Nie chciałam na ten temat rozmawiać.
Od tego czasu na każdej sesji pada pytanie:
– Czy zmieniło się u pani coś w kwestii seksu?
Odpowiadam, że nie i nie chcę ciągnąć tematu. Pan M. jest jednak nieugięty.
Raz powiedział coś, czego nie potrafię sklasyfikować. Choć skłaniam się ku niefortunnej wypowiedzi.
– Nie byłoby dziwne, gdyby Mrówek przez brak seksu panią zostawił. Musi go to bardzo frustrować.
Wiem, że nie miał złych intencji. Jednak nieświadomie pobudził mój lęk przed opuszczeniem. Myśli, że Mrówek mnie zostawi urosły do gigantycznych rozmiarów. I nie umiem sobie z nimi poradzić.

562 – tak leci mi czas

Ostatnio mało piszę. To dlatego, że jestem bardzo zajęta.
Przed pracą przepisuję „Uśpioną”. Po niej – czytam książki o psychopatii, przygotowując się do pisania kolejnej książki o roboczym tytule „Bestseller”. Wspominałam już o tym?
Niestrudzenie uczęszczam na terapię. W kwietniu miną trzy lata mojej współpracy z panem M.
Po tym czasie mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że zmiana terapeuty była strzałem w dziesiątkę.
Leczenie bardzo mi pomaga. Jestem coraz normalniejszą osobą. Nie okaleczam się już, nie działam autodestrukcyjnie. Kryzysy nie są już tak silne i niebezpieczne, jak kiedyś.
Chwilami odczuwam szczęście. Choć wciąż jedną noga jestem w rozpaczy lub pustce. Ale to nic. To minie. Kiedyś na pewno.
Kochani, nie bójcie się leczenia. To najlepsze, co możecie dla siebie zrobić!