Category Archives: terapia borderline

531 – czy to kiedyś minie?

Szczerze? Ten ból jest nie do zniesienia. Kryzys trwa już prawie dwa miesiące i nic nie przynosi ulgi. Kładę się ze łzami w oczach i w takim samym stanie się budzę.
Dwie sesje tygodniowo. Każda taka sama. Siadam nieruchoma. Ale gdy tylko wypowiem pierwsze słowa, lecą łzy. Dużo łez. Opowiadam, mówię o tym bólu. Kilka godzin po terapii czuję ulgę, ale potem wszystko wraca za zdwojoną siłą.
Mam poczucie, za nikt w ten ból nie wierzy. Ot, coś sobie wymyśliła, taki ma kaprys, gdyby chciała, czułaby się dobrze. Gówno prawda. Czuję się sama. Całkowicie sama. Tylko ból na zmianę z pustką nią odstępują mnie na krok.
Mam dość. Nie mam sił. Śpię po kilkanaście godzin na dobę i ciągle mi mało. Chcę się zapaść. Rozpaść na kawałki. Tak, by nikt nie był w stanie pozbierać mnie w całość.

530 – sesja

W weekend napisałam do terapeuty. Musiałam się z nim spotkać jak najszybciej. Nie byłam już w stanie funkcjonować. Bałam się o swoje życie.

Na sesji na zmianę płacz i łamiący się głos. Całe 45 minut.
-Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem panią w tak złym stanie. Chyba wtedy, gdy Mrówek był za granicą.
Opowiadałam o wszystkim, co przyszło mi do głowy zakrapiając to solidną dawka łez.
– A może jednak pójdzie pani do szpitala?
Nie chciałam. Nie chcę. Wytrzymam. Na pewno. Chyba…

527 – terapia borderline: martwica

Nie widziałam sensu w czwartkowej sesji. Szłam tam, jak na ścięcie. Jak miałam cokolwiek powiedzieć, skoro nie żyłam?
Siadłam w fotelu, jak zwykle wpatrując się w swoje dłonie i skubiąc paznokcia małego palca prawej ręki.
Cisza.
– Nie ma pani ochoty rozmawiać? – odezwał się po kilku minutach.
Zawahałam się.
– To nie tak… – udało mi się w końcu z siebie wydusić.
– A jak?
A w moich oczach, jak na rozkaz, łzy. Mnóstwo łez. Nie płakałam. Same leciały.
– Nie wiem, co powiedzieć. Ja… Nie myślę. Czuję się martwa w środku…
Do końca sesji płakałam. Próbowałam odpowiadać na pytania terapeuty, ale chciałam stamtąd wyjąć.
Ostatecznie w pewnym stopniu mnie to oczyściło.
Usłyszałam, żebym skontaktowała się z psychiatrą. Tak też zrobiłam.
Wizyta we wtorek o 18:00.
Ale jakoś przestałam wierzyć w leki. W trwałą poprawę. Ten syf przychodzi cyklicznie. Niezależnie od wszystkiego. Dwa, trzy miesiące spokoju i wszystko zaczyna się od początku – poważny kryzys, zmiana leków. Nie mam już siły.

525 – terapia borderline: niemoc

To była kolejna z milczących sesji, podczas których z bezsilności i poczucia beznadziei stawały mi łzy w oczach.
– Nic dziwnego, że się pani źle czuje – powiedział w końcu terapeuta.
Po chwili wahania, zapytałam dlaczego.
– Bo odcina się pani od świata.
Ma rację. Wiem. Ale nie jestem w stanie powrócić do rzeczywistości. To zbyt boli.
Nie mam siły żyć. Nie mam siły pisać ani czytać. Cały czas wypełnia mi praca zawodowa, która też jest ucieczką. Ja, komputer i wirtualni ludzie na służbowym czacie. Tylko pieniądze realne.
Przez 45 minut powiedziałam w sumie może ze trzy zdania. Miałam ochotę wstać i powiedzieć:
– Kończmy na dziś. To i tak nie ma sensu.
Ale siedziałam tam nieruchomo. Wpatrzona w plamę mikroświata. Obraz rozmyty całkowicie. Uniemożliwiający identyfikację dłoni na tle czarnych spodni.
Nie czuję, że żyję. Nie ma mnie.

534 – terapia borderline: przyjemność

Wstałam po dziewiątej. Dokończyłam czytać jedną książkę i zaczęłam drugą.
Pierwsze piętnaście minut opowiadałam o bieżących wydarzeniach, a potem cisza.
– Minął kwadrans, a pani znów zaczęła milczeć.
Przytaknęłam głową, wciąż nie otwierając ust.
– Pani Aniu, znów ma pani pustkę w głowie?
– Tak… – potwierdziłam nieśmiało.
Zaleceniem terapeuty jest zwiększenie przyjemnych doznań, których ponoć mój mózg się domaga – choć takiej potrzeby
zupełnie nie odczuwam.

522 – terapia borderline: nie ma mnie

To była jedna z dziwniejszych i najbardziej milczących sesji podczas mojego leczenia.
Szłam tam z nastawieniem, że znów będę dużo mówić. A tu… Guzik z pętelką.
Bąknęłam coś na początku, a potem cisza. I nie ma mnie. Zapadam się w sobie.
– O czym pani myśli? – wyrywa mnie z nicości głos terapeuty.
– Właśnie o niczym…
– Tak, jakby pani nagle stawała się obojętna na kontakt z drugim człowiekiem.
To pytanie pozostało bez odpowiedzi.
– To wygląda tak, jakby traciła pani zainteresowanie rzeczywistością – po jakimś czasie znów przerwał milczenie.
Z dużym opóźnieniem odpowiedziałam, że czasami.
– A teraz?
W końcu wydusiłam z siebie, że czuję się, jakby mnie nie było.
– A pani musi, czy chce być w tym stanie? – zapytał widząc mnie wpatrzoną w jeden punkt od początku sesji.
Byłam zmęczona, tak bardzo zmęczona. Znów utraciłam zdolność ostrego widzenia.
Wszystko się zlewa w jedną masę. Nie rozpoznaję kształtów.
Chciałam już tylko wrócić do domu i położyć się spać.
Ale nie spałam po przyjściu. Wróciłam do pracy.

515 – pierwsza sesja od prawie miesiaca

Okropnie się bałam. Paraliżujący lęk kazał nogom zawrócić. Nie dotrzeć do gabinetu.
A jednak. Nie było tak źle. Mówiłam. Opowiadałam, czasem robiąc dłuższe przerwy.
– Jest pani smutna?
– Tak, chyba tak.
– Pomyślała pani o czymś?
– Nie. Tak po prostu. Bez racjonalnego powodu.
Bałam się, że będzie, jak na początku spotkań. Że będzie skrępowanie, wstyd, blokada. Ale nie było. A przynajmniej nie o takim nasileniu, jakiego się spodziewałam.
– Czyli były to trudne trzy tygodnie?
– Oj, tak.

Nastrój poprawiła mi za to lektura rekomendacji mojej „Borderline: Autoterapia, czyli…” w magazynie „Charaktery”. Otrzymałam zgodę na zamieszczenie jej u siebie. Zrobię to na dniach, dziś padam na pysk po pracy.

514 – powrót do sesji

Mam stresa. Tak dużego, że nie wiem, jak dać sobie z tym radę.
Ostatnio kipi we mnie złość i nienawiść.
Teraz jeszcze pojawił się lęk. Powrót po przerwie jest zawsze taki sam – jakbym szła do gabinetu kogoś, kogo w ogóle nie znam. Kogo się boję i wstydzę. Mam ochotę jutro nie dotrzeć na sesję. Ale wiem, jak bardzo byłoby to zgubne…