Category Archives: uchwycone chwile

485 – ze śmiercią Ci nie do twarzy

Zamiast żyć, drażniła się ze śmiercią. Patrząc w lustro, nie poznawała siebie. Cóż to za dziwna istota? Czy to ciało można w ogóle nazwać człowiekiem?
– Śmierci! Podaj mi swą dłoń! – krzyczała nienawidzac życia aż pewnego dnia zrozumiała. Zeskrobała zaschnięte łzy. Odkleiła sztuczny uśmiech i założyła szczery. Pojęła, że ze śmiercią było jej nie do twarzy.

312 – uratuj!

Ktoś nałożył filtr na rzeczywistość. Derealizacyjny świat wokół. Chciałby się wedrzeć do wnętrza, ale próżne to wysiłki.
Deszcz jesiennych liści hipnotyzuje swym tańcem. Tańcz! Tańcz! Jak najdłużej! Tym tańcem żegnającym życie. Jeszcze chwila, ostatni piruet na wietrze. Jak myśl opadł jeden z drugim, rozpoczynając swą przygodę gnilną. Wszędzie śmierć.
Lęk. To lęk – wiem, wiem. Napina nerwy, rozwiewa myśli, rzeczywistość mąci, jak kijem przy brzegu, gdy na dnie warstwa mułu spoczywa.
Zwariowany wariat powstał z mózgu, w rzeczach codziennych, zwyczajnych, nie rozpoznając ich zastosowania. Dziwność. Dziwność nad dziwnościami. Ta fajka, która się spala. Pali. Żar czerwonością kusi. Ulatuje i rozpływa się jak dym – świadomość.
Jestem? Czy byłam? Czy kiedyś powrócę? Na te łąki wiosenne. W te lasy roześmiane, bawiące się promieniami słońca – są, nie ma, są, nie ma, są.
Wdech. Wydech. Wdech. Byle nie zapomnieć, jak się oddycha. Śmierci się nie chce, a wiecznego życia.
Kap. Kap. Kap. Kapią jesienne liście za oknem. A wraz z nimi moja rzeczywistość. Realność. Poczucie bycia. I życie.

Uratuj…

311 – nauka siebie

Znów mnie nie ma. Zniknęłam. Nie istnieję.
Już wiem, że to lęk. To pod nim się rozpływam. Jak poranna rosa wypalona słońcem.
I pustka we mnie przestała być tak pusta, jak była do niedawna.
Spokojny oddech poskramia rozszalałe serce. Bijące na ślep, jakby się dokądś spieszyło. Jakby chciało zdążyć uciec przed śmiercią lub, wręcz przeciwnie, wskoczyć wprost w jej otwartą paszczę.
Uczę się życia, uczę się siebie. Odkrywam po maleńkim kawałeczku. Codziennie. Uparcie. Niestrudzenie.

173 – wiosenne chwile

Bywają chwile, że naprawdę kocham ten świat. I życie. Promienie wiosennego słońca plączą się w gałęziach. Te zaś, leniwie bujają w rytm wiatru. Delikatnego. Jakże oczyszczającego. Poleciał zeszłoroczny, uschnięty liść. Jeden z nielicznie pozostałych. Zrobił miejsce dla rodzących się następców. Nieuchronnie zbliża się do wybuchu. Eksplozja siły, której nic nie powstrzyma. Życia.
I nawet komputer-rzęch nie jest w stanie wytrącić mnie z równowagi. To moment radości. Błogostanu. Zjednoczenia z naturą. Gdy otula mnie upajające, wiosenne powietrze.

160 – wezwanie

Nocną ulicę otulało mdłe światło wysokiej latarni. Cisza.
W delikatny wiaterek wmieszał się mocniejszy podmuch. Ciszę przeciął martwy szelest liści. Pierwsze skrzypce w tym niespodziewanym koncercie odegrała huśtawka. Skrzypiąc złowieszczo w poszukiwaniu zbłakanych dzieci.
Okno otwarte. Usłyszała wezwanie.
Stając na parapecie rozpostarła ramiona jak skrzydła.
– Już lecę!…