530 – sesja

W weekend napisałam do terapeuty. Musiałam się z nim spotkać jak najszybciej. Nie byłam już w stanie funkcjonować. Bałam się o swoje życie.

Na sesji na zmianę płacz i łamiący się głos. Całe 45 minut.
-Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem panią w tak złym stanie. Chyba wtedy, gdy Mrówek był za granicą.
Opowiadałam o wszystkim, co przyszło mi do głowy zakrapiając to solidną dawka łez.
– A może jednak pójdzie pani do szpitala?
Nie chciałam. Nie chcę. Wytrzymam. Na pewno. Chyba…

529 – sobota

Pobudka po dwunastej. Załamanie, że się żyje. Szybkie wyjście z psem.
Porcja leków: 2xantydepresant, 2xneuroleptyk i benzo, dla pewności, że teraz jeszcze nic głupiego nie zrobię.
Zasłonięte okna. Parująca czarna kawa. Łyk za łykiem, łza za łzą.
Tak bardzo boli życie…

527 – terapia borderline: martwica

Nie widziałam sensu w czwartkowej sesji. Szłam tam, jak na ścięcie. Jak miałam cokolwiek powiedzieć, skoro nie żyłam?
Siadłam w fotelu, jak zwykle wpatrując się w swoje dłonie i skubiąc paznokcia małego palca prawej ręki.
Cisza.
– Nie ma pani ochoty rozmawiać? – odezwał się po kilku minutach.
Zawahałam się.
– To nie tak… – udało mi się w końcu z siebie wydusić.
– A jak?
A w moich oczach, jak na rozkaz, łzy. Mnóstwo łez. Nie płakałam. Same leciały.
– Nie wiem, co powiedzieć. Ja… Nie myślę. Czuję się martwa w środku…
Do końca sesji płakałam. Próbowałam odpowiadać na pytania terapeuty, ale chciałam stamtąd wyjąć.
Ostatecznie w pewnym stopniu mnie to oczyściło.
Usłyszałam, żebym skontaktowała się z psychiatrą. Tak też zrobiłam.
Wizyta we wtorek o 18:00.
Ale jakoś przestałam wierzyć w leki. W trwałą poprawę. Ten syf przychodzi cyklicznie. Niezależnie od wszystkiego. Dwa, trzy miesiące spokoju i wszystko zaczyna się od początku – poważny kryzys, zmiana leków. Nie mam już siły.

526 – kim jestem?

Nicością jestem. Nie ma we mnie nic. Otchłań unicestwiająca wszystko.
Zarabianie, żeby wydawać. Choć bez wydawania też się żyło. Tworzyło się…
Chwycić za żyletkę i wyrwać się z tej pustki. Choć na chwilę.
Od dawna już nie piszę.

Niechaj pasie brzuchy nędzny filistrów naród!

Choć ciało wciąż oddycha, ja umarłam.

525 – terapia borderline: niemoc

To była kolejna z milczących sesji, podczas których z bezsilności i poczucia beznadziei stawały mi łzy w oczach.
– Nic dziwnego, że się pani źle czuje – powiedział w końcu terapeuta.
Po chwili wahania, zapytałam dlaczego.
– Bo odcina się pani od świata.
Ma rację. Wiem. Ale nie jestem w stanie powrócić do rzeczywistości. To zbyt boli.
Nie mam siły żyć. Nie mam siły pisać ani czytać. Cały czas wypełnia mi praca zawodowa, która też jest ucieczką. Ja, komputer i wirtualni ludzie na służbowym czacie. Tylko pieniądze realne.
Przez 45 minut powiedziałam w sumie może ze trzy zdania. Miałam ochotę wstać i powiedzieć:
– Kończmy na dziś. To i tak nie ma sensu.
Ale siedziałam tam nieruchomo. Wpatrzona w plamę mikroświata. Obraz rozmyty całkowicie. Uniemożliwiający identyfikację dłoni na tle czarnych spodni.
Nie czuję, że żyję. Nie ma mnie.

534 – terapia borderline: przyjemność

Wstałam po dziewiątej. Dokończyłam czytać jedną książkę i zaczęłam drugą.
Pierwsze piętnaście minut opowiadałam o bieżących wydarzeniach, a potem cisza.
– Minął kwadrans, a pani znów zaczęła milczeć.
Przytaknęłam głową, wciąż nie otwierając ust.
– Pani Aniu, znów ma pani pustkę w głowie?
– Tak… – potwierdziłam nieśmiało.
Zaleceniem terapeuty jest zwiększenie przyjemnych doznań, których ponoć mój mózg się domaga – choć takiej potrzeby
zupełnie nie odczuwam.

523 – weekend na wsi

Było cudownie. W piątek wolne i wyjazd do moich rodziców. Ich dom jest na skraju lasu. Wróciliśmy wczoraj z trzema wiaderkami własnoręcznie zebranych grzybów.
Przez te wszystkie lata zdążyłam zapomnieć, jak to jest przedzierać się przez dwumetrowy młodnik sosnowy. I te piękne podgrzybki, kozaki, prawdziwki, kanie.
Do czwartej nad ranem czyściliśmy je i gotowaliśmy sos ze świeżych grzybów.
Dziś dzień przetworów – marynowanie, obgotowywanie, mnożenie i suszenie, jak za dawnych lat (kawałki zawieszane na nici i podwieszone pod okap kuchenny). Przypomniały mi się dawne lata, lata dzieciństwa. Wspólne robienie przetworów na zimę. Uwielbiałam to. A jak potem smakowały ogórki, grzybki, kompoty i powidła, gdy otwierało się je w zimie!

522 – terapia borderline: nie ma mnie

To była jedna z dziwniejszych i najbardziej milczących sesji podczas mojego leczenia.
Szłam tam z nastawieniem, że znów będę dużo mówić. A tu… Guzik z pętelką.
Bąknęłam coś na początku, a potem cisza. I nie ma mnie. Zapadam się w sobie.
– O czym pani myśli? – wyrywa mnie z nicości głos terapeuty.
– Właśnie o niczym…
– Tak, jakby pani nagle stawała się obojętna na kontakt z drugim człowiekiem.
To pytanie pozostało bez odpowiedzi.
– To wygląda tak, jakby traciła pani zainteresowanie rzeczywistością – po jakimś czasie znów przerwał milczenie.
Z dużym opóźnieniem odpowiedziałam, że czasami.
– A teraz?
W końcu wydusiłam z siebie, że czuję się, jakby mnie nie było.
– A pani musi, czy chce być w tym stanie? – zapytał widząc mnie wpatrzoną w jeden punkt od początku sesji.
Byłam zmęczona, tak bardzo zmęczona. Znów utraciłam zdolność ostrego widzenia.
Wszystko się zlewa w jedną masę. Nie rozpoznaję kształtów.
Chciałam już tylko wrócić do domu i położyć się spać.
Ale nie spałam po przyjściu. Wróciłam do pracy.

521 – i po wolnym

Tygodniowy urlop dobiega końca. Jutro do pracy.
Zdążyłam w tym czasie przeczytać pół „Uśpionej” i straciłam werwę.
Nieliczne promienie słońca wpadają przez okno. Rozświetlają pokój, tworząc taneczne widowisko światła z cieniem. Łysiejące drzewa bujają się w rytm wiatru. Nieuchronnie nadchodzi jesień.
Smutek we mnie i umieranie dookoła mnie. Nie nastraja to zbyt optymistycznie.
Zawinąć się w koc. Schować przed światem. I zapomnieć, że się żyje…