Tag Archives: autoagresja

537 – terapia borderline: oni się znają!

Dziś miałam sesję w środku nocy, bo o 9:15 to ja się przewracam na drugi bok i śpię dalej.
Co ciekawe, byłam dziś bardziej aktywna niż zwykle. Terapeuta też to zauważył.
– Jest pani bardziej w kontakcie niż zazwyczaj. Wczesna godzina pani służy.
– Niee – pokręciłam głową. – Jak wrócę do domu, idę spać – i już nie mogłam się doczekać otulenia kołdrą.
Opowiadałam coś o „Samobójstwie na raty”.
– A dlaczego zrezygnowała pani z poprzedniej terapii? – zagaił.
Zaczęłam mu opowiadać o tym, co mi przeszkadzało w tamtym terapeucie. Nie omieszkałam pożalić się też na jego wykluczenie mnie z sesji, gdy się potnę.
– Płaciła pani za te opuszczone spotkania?
– Nie.
I tak od słowa do słowa. Nagle okazało się, że mój terapeuta zna Doktorka!
– To nie jest zły terapeuta. Znam złych, ale on się do nich nie zalicza – powiedział z przekonaniem.
– Nie mówię, że był zły. Po prostu… Nie przypasował mi.

526 – kim jestem?

Nicością jestem. Nie ma we mnie nic. Otchłań unicestwiająca wszystko.
Zarabianie, żeby wydawać. Choć bez wydawania też się żyło. Tworzyło się…
Chwycić za żyletkę i wyrwać się z tej pustki. Choć na chwilę.
Od dawna już nie piszę.

Niechaj pasie brzuchy nędzny filistrów naród!

Choć ciało wciąż oddycha, ja umarłam.

476 – schemat

Schemat jest wciąż, codziennie taki sam. Wstaję o ósmej. Do dziesiątej piszę rozdział „Majki”. Po czym dopada mnie bezsens. Ni zdania więcej, ni życia we mnie. Sytuację poprawia spacer, kontakt z naturą. Jednak, mimo wszystko, plączą się we mnie myśli samobójcze. Autoagresywne przymusy powodują smutek. I nie wiem, jak z tym walczyć. Nie mam siły. Brak mi umiejętności.
Lecz następnego dnia znów wstaję rano by pisać. I znów przez dwie godziny czuję, że żyję.

469 – byłoby w porządku

I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie te cholerne przymusy autoagresywne. Ból w nadgarstku, ból na ramieniu. Koszulka delikatnie ociera się o skórę, a w środku skręca, że czuję dotyk bawełny, zamiast metalu.
– Musimy być przygotowani na to, że to będzie wracać. Nie chodzi o to, żeby się pani nie chciało. Tylko o to, żeby umiała pani nad tym zapanować i nie poddać się temu.
Tak, wiem. Terapeuta ma rację. Wyobrażam sobie, że przychodzę na sesję i muszę przyznać się, że znów upadłam. To trochę otrzeźwia. Przypomina o tym, co dla mnie ważne. Że od stycznia nie naruszyłam ciągłości skóry i jestem z tego zadowolona. Że tyle razy się powstrzymywałam, choć chciało się bardzo. I powtarzam sobie, że dam radę. Bo przecież tego chcę. Tego pragnę. Do tego dążę.
Mrówczyńska, musisz wytrzymać!

464 – autoagresja

W domu żyletek brak – z wiadomych względów. Jednak kioski kuszą posiadanymi fragmentami metalu. Wystarczy przecież tylko podjeść, poprosić i zapłacić. I cały misterny plan obróci się wniwecz. Dlatego tak ważna jest ta silna wola, która ostatnio jest słaba. Czy zbyt słaba, by przeciwstawić się przymusom?
Próbuję ją umacniać. Rozmawiam o tym na sesji. Powtarzam, jak mantrę, swoje dążenia do zdrowia.
Wytrzymaj, Mrówczyńska, wytrzymaj!
Deprecjonowanie tego, co dla mnie najważniejsze – książek. Lewa ręka dopina ostatni guzik, ale prawa rozpina te dolne. Nieudolnie próbuję je zsynchronizować. Nieskutecznie? To się okaże.
Za półtorej godziny terapia. Muszę wylać z siebie cały syf. I znów iść do przodu z podniesioną głową. Nie zwracać uwagi na przeciwności. Być pewną swego. Walczyć o siebie i o to, czasem znienawidzone, życie.

460 – skoro jest dobrze, czemu jest źle?

Mrówczyńska, mam do siebie pytanie. Dlaczego, skoro jest dobrze, to jest źle? Czy ty nie potrafisz się tak po prostu cieszyć z życia?
Zobacz. Masz kochającego partnera. W końcu żyjecie z sobą w zgodzie i miłości. Jesteś aktywna. Masz do wydania dwie kolejne książki. Zamierzasz wrócić do pisania „Majki”. Na sesjach się otworzyłaś i w końcu rozmawiasz z terapeutą swobodnie. Masz dobre relacje z rodziną. Nawet nastrój jest w miarę dobry. Więc o co ci chodzi? Skąd te myśli samobójcze? Skąd ten przymus cięcia? Skąd te cisnące się do oczu suche łzy?
Mrówczyńska, ja już naprawdę nie mam do ciebie siły…

459 – terapia borderline: górka

Żywo opowiadałam o ostatnich wydarzeniach.
– To chyba dość dobry okres w pani życiu, prawda?
– W zasadzie tak. Ale wolę tego nie mówić na głos, żeby nie zapeszyć. Bo wie pan, jak jest za dobrze…
Roześmiał się.
– A ciąć się dalej pani chce?
– Powiedzmy, że nie.
Właśnie. Ta cholerna autoagresja. Kiedy się chce – wkurzam się na siebie. Kiedy się nie chce – czegoś mi brakuje. Pieprzone uzależnienie. Cholerstwo trzyma się mnie od 15 lat. Ale nic to. Trzeba zmądrzeć. Wyleczyć blizny, walnąć tatuaż na nadgarstku i dalej iść przez życie z podniesioną głową.

458 – maraton

U Mrówczyńskich w domu maraton czytania. Na tapecie „Samobójstwo na raty”. Czytanie, poprawianie. Kreślenie i dopisywanie.

Na terapii się rozgadałam. W końcu. Po dwóch latach się otworzyłam. Terapeuta też to widzi. Mówię swobodnie, o wszystkim, co przyjdzie mi do głowy. Jest lepiej.

Samopoczucie w normie. Stany depresyjne w remisji. Myśli o żyletce i samobójstwie – brak. Teraz tylko tego nie spieprzyć…

450 – lorazepam

Lorazepam we krwi. Nastał względny spokój. Wyciszenie.
Gorąca kąpiel, optymistyczne mantry w myślach:
– Będzie dobrze. Nie musi być źle. Będzie lepiej. To zależy od ciebie.
Napisane trzy strony książki. Trudno było się zmotywować, gdy w tyle głowy słychać nieustający krzyk:
– Skacz! Uciekaj!
Skakać w śmierć? Uciekać od życia? Przecież nie tego chcę!
Kolejny zbrojny konflikt wewnętrzny. Moje „Ja” nie mają skrupułów. Chcą liczyć trupy przeciwnika.