783 – terapia, psychiatra, list pożegnalny i pijaństwo

Dziś mija równo rok odkąd ostatniej akcji pod kryptonimem „żyletka”. W ciągu osiemnastu lat autoagresji, to pierwsze takie dwanaście miesięcy, kiedy ani razu się nie okaleczylam. Brawo ja? Być może.

Wczoraj w południe sesja z panem M., a potem o czternastej wizyta u pana T. Efekt? Nowy neuroleptyk – amisulpridum pod nazwa handlową Amisan 50mg. Jedna tabletka rano.

Powiedziałam o silnych myślach samobójczych. Oczywiście padła propozycja szpitala lub chociaż L4. Jednak ani na jedno, ani na drugie nie mogę sobie pozwolić. Nikt za mnie ZUSu i innych podatków nie zapłaci. Poza tym w robocie Sajgon.

– Najchetniej bym się najebała.
– To może w takim razie trzeba się najebać?
Nie omieszkałam nie skorzystać z tej propozycji. Po powrocie do domu płacz, Lorafen i chlanie. Efekt? Nie dałam już rady. Napisałam list pożegnalny i zaplanowałam swoje odejście w najdrobniejszych szczegółach. Żyletka już czekała. Dwusetka wódki też. Miałam wstać przed Mrówkiem, jako że on chodzi później spać i wstaje po mnie. Niestety. Zaspałam. Jakież było moje rozczarowanie, że nie z tego nie wyszło.
Dziś ten przeklęty 365. dzień bez żyletki. Żyletki, która jest na wyciągnięcie ręki i krzyczy i woła, że chce zatańczyć na tej nieznośnie ciągłej skórze.

Siedem miesięcy dobrobytu. To musiało się tak skończyć… Musiało.

781 – a kysz! Paszoł won!

Powoli mija rok, odkąd okaleczyłam się po raz ostatni. Jeśli dobrze pamiętam, 23 stycznia.
– To pani rekord, prawda? – zapytał pan M. na ostatniej sesji.
Tak, to pierwsze dwanaście miesięcy przez osiemnaście lat autoagresji, gdy nie sięgnęłam po żyletkę ani razu. Pewnie zastanawiacie się, czy z upływem czasu jest łatwiej? Rozczaruję Was. Jest trudniej. Coraz trudniej. Może to przez świadomość pierwszej rocznicy? Przewija się przeze mnie chęć, by nie dotrwać. By to zniszczyć. Ależ bym tego żałowała po fakcie…

Wdziera się we mnie mrok. Pazurami rozdziera mnie od środka. I ten przymus by mu się poddać. Popłynąć. I płynąć. Płynąć. Płynąć.
Wiem, znam te mechanizmy. Rozpoznaję je w sobie i swoich zachowaniach. Dawne emocje wracają. I każą znów siąść w swoim bagienku i krzyczeć:
– Ratuj! Uratuj mnie!

Ale nie. Nie tym razem. Nie dam się!

756 – terapia borderline: płacz, dziecięce mechanizmy i spóźnienie

Na środową sesję zaspałam. Obudziłam się o 10:44, czyli minutę przed terminem spotkania.
Oczywiście znów płakałam. Pan M. stwierdził, że moje mechanizmy i strategie radzenia sobie ze złym nastrojem i myślami samobójczymi tylko pogłębiają mój stan.
Jak nauczyć się nowych strategii? Tych dorosłych? Nie destrukcyjnych?
Myśli samobójcze wciąż silne. Przymus cięcia szaleje w najlepsze.
W przyszłym tygodniu też mam dwie sesje – poniedziałek i wtorek.
Terapeuta i psychiatra uważają, że powinnam iść do szpitala. Nie ukrywam, że najchętniej uciekłabym na zamknięty.
Mrówek załatwił mi wolne do końca tygodnia. Być może gdzieś pojedziemy. Bardzo się o mnie troszczy. Wzrusza mnie tym do tego stopnia, że pisząc to mam łzy w oczach. A może to cierpienie?
Dość mam tych kryzysów. Naprawdę, tak serdecznie dość. Chcę być zdrowa. Cieszyć się życiem, a nie szukać wzrokiem pętli na szyję!

755 – terapia borderline: kryzys i trudne tematy

Całą dzisiejszą sesję przepłakałam. Nie byłam w stanie się uspokoić. Mówiłam o tym, czego dowiedziałam się od mamy w weekend.
Przymus cięcia, silne myśli samobójcze, chęć zniszczenia siebie. To wszystko sprawiło, że poprosiłam o jeszcze jedną sesję w tym tygodniu.
Jutro o 10:45 znów widzę się z panem M.

752 – telefon od psychiatry

Wczoraj dzwonił psychiatra. Pogadałam z nim chwilę.
Uważa, że na obecny kryzys leki nie mają wpływu. Że to przez terapię. Przez emocje, jakie w jej czasie się pojawiają.
Może…
Mam się zastanowić, czy nie chcę się spotkać i pogadać. Za dwa tygodnie wyjeżdża na urlop.
Chyba się zdecyduję. Często sama rozmowa z nim sprawia, że czuję się lepiej.

Napisałam również SMS do terapeuty. Opisałam w nim to, co się ze mną działo. Że opisałam przymus cięcia i chciałam to przeczytać na sesji, ale nie dałam rady. Że wymiotowałam przed sesją. Że czuję się beznadziejna i zaczęły się pojawiać myśli samobójcze.
„Rozumiem, że jest Pani ciężko. Może we wtorek na sesji uda nam się o tym porozmawiać.”
Może…

751 – terapia borderline: porażka

Zgodnie z tym, co zasugerował terapeuta, napisałam list. Opisałam w nim przymus cięcia i swoje skojarzenia z nim.
Przed sesją zwymiotowałam z nerwów przed przeczytaniem go. I co? I gówno.
Choć miałam kartkę położoną obok siebie na fotelu, nie byłam w stanie po nią sięgnąć. Dukałam tylko coś z pamięci. Niewiele.
Jak się czuję po tej sesji? Zła, wściekła na siebie. Rozgoryczona i załamana.
Ciąć mi się chce jeszcze bardziej. Jestem beznadziejna.

750 – SMS do terapeuty

Nie daję już sobie rady z przymusem cięcia. Napisałam w tej sprawie do pana M.
„Proszę opisywać ten przymus na kartce. We wtorek sobie o tym porozmawiamy.”
Czy to pomoże? Czy w końcu się otworzę i będę mówić o tym otwarcie?
Muszę szczerze porozmawiać z terapeutą na następnej sesji.

749 – smutek

Od kilku dni jest mi źle. Znów zakrada się smutek, poczucie pokrzywdzenia, wstyd i poczucie winy. Pan M. uważa, że ma to związek z przeszłością.
– Jakby żyła pani w oczekiwaniu na zły nastrój, przymus cięcia i myśli samobójcze.
Coś w tym jest.
Odstawiłam naltrexon. Za zgodą lekarza i tylko na kilka dni. Jednak nie umiem funkcjonować bez tych tabletek.
A może to tylko pogoda?

721 – terapia borderline: rozstanie

O tym, że rozstałam się z Mrówkiem, pan M. dowiedział się od razu w sobotę, z SMS-a. Jednak chyba nie spodziewał się, w jakim nastroju przyjdę na sesję. Byłam rozpromieniona.
– Widzę, że nastrój się pani zmienił – zaczął.
Opowiedziałam mu o cierpieniach zeszłego tygodnia, pijaństwie i cięciu. Potem o tym, jak się rozstaliśmy.
– Chyba pani ulżyło, że w końcu zostało to nazwane, prawda?
– Bardzo!
– Ja tak myślę, że te ostatnie problemy w terapii to była zapowiedź tego. Że chciała się pani rozstać, ale nie ze mną, tylko z Mrówkiem.
Przyznałam, że jest to całkiem możliwe. A więc znowu projekcja!

Cóż mam Wam napisać. To było burzliwe jedenaście lat. Ale tak będzie lepiej dla nas obojga.

720 – terapia borderline: autodestrukcja

Na sesji mówiłam. W końcu. Nie było czarnych dziur i pustki w głowie. No, chwilami.
Tym razem rozmawiałam. A o czym? O autodestrukcji, rzecz jasna. Przecież o tym mogę nawijać godzinami, nie?
Problem w tym, że znów wrócił przymus powieszenia się. Ale nie, nie po to, by się zabić. A skrzywdzić. Poczuć ból i mieć śmierć na wyciągnięcie ręki. Poczuć w końcu kontrolę.
Pan M. nie wezwał policji ani nie odesłał mnie do psychiatry. Zna ten stan tak samo, jak ja. Wie, że nie chcę się zabić.
– A co panią powstrzymuje przed tym? – Zapytał w którymś momencie.
– Nie chcę robić sobie krzywdy – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Co nie powstrzymało mnie przed pocięciem się po powrocie do domu…