804 – autoagresywny rachunek sumienia

W tamtym tygodniu zrobiłam autoagresywny rachunek sumienia. Wypisałam „za” i „przeciw”. Nie ukrywam, że zdecydowana przewaga „przeciw” pomogła mi nie sięgnąć po żyletkę.

Za:

  • zaspokojenie przymusu,
  • chwilowe, acz natychmiastowe poczucie ulgi,
  • odwrócenie uwagi od cierpienia psychicznego.

Przeciw:

  • pogłębienie stanu depresyjnego,
  • blizny,
  • wzmacnianie psychopatycznej i sadystycznej części mnie,
  • sprzeczność z celami:
    • zdrowie psychiczne,
    • dobre samopoczucie,
    • umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami i dyskomfortem psychicznym,
    • przeżywanie emocji i umiejętność ich regulacji zamiast odreagowywania na sobie.
  • wzmacnianie złości i poczucia winy,
  • poczucie porażki,
  • wpadanie w ciągi,
  • ranienie bliskich.

Autoagresywna abstynencja trwa.

790 – cicho szaaa

Jest siódma. Wstałam o szóstej. Ciemno, zimno. Wszyscy śpią oprócz wiernego psa.

Siedzę w kuchni nad zeszytem z kubkiem parującej kawy. Wspominam swoje poprzednie pobyty na oddziałach. Nie chcę, tak bardzo nie chcę tam wracać…

Psychiatra stwierdził kategorycznie, że widzimy się jutro. W celu omówienia szczegółów mojego pobytu w psychiatryku.

A jednak. Stało się. Klamka.zapadła. Świecie bez klamek, witaj!

Gdyby choć udało się coś pisać albo chociaż czytać. Ale we mnie chaos. Chaos, którego tylko otrze żyletki potrafi jakoś okiełznać. Tylko, czy tego chcę? Pakować się znów w ten syf? Ręce, brzuch, nogi – one zapewne mają inne zdanie.

Spokoju chcę, ciszy. Samotności. Czyli czegoś, czego w zamknieciu nie dostanę.

Doktorze, pomóż mi! Nie pozwól im testować na mnie tych wszystkich leków, których brać nie mogę. I jestem martwa w środku, jak bohaterzy Martwicy Mozgu.

Czy ja w ogóle chcę żyć? Czy mam na to siły? A chęci? Panie T. gdyby to pan był lekarzem prowadzącym mnie na oddziale… Ale to tylko mrzonki. Zwykłe myślenie życzeniowe, nie mające nic wspólnego z tą wersją rzeczywistości.

789 – klamka zapadła – klamek nie bedzie

Po tym, jak Mrówek zadzwonił do ciotki i przywiozła nas do domu rodziców, leżę i płaczę. Niektórzy z Was zarzucają mi egoizm. Może i mają rację.

Wszyscy zebrali się w kuchni i zerkając na mnie co chwilę, o czymś dyskutowali. Ja siedziałam w salonie i chciałam zniknąć.

Co chwilę ktoś przychodzi i pyta, czy czegoś mi nie trzeba. Nienawidzę takich sytuacji. Wolałabym być niewidoczna. Żeby nikt nie zwracał na mnie uwagi.

Pierwsza przyszła matka. Przytuliła mnie bardzo mocno, nie zdając sobie sprawy, jak duży ból mi sprawia, ściskając świeże rany na rękach i brzuchu. Poleciało kilka niezauważonych łez.. Ale kiedy zaczęła mówić i zadawać pytania o moje samopoczucie psychiczne… Nie wytrzymałam i rozpłakałam się.

Napisałam do psychiatry „Błagam, niech mnie Pan stąd zabierze! Nie wytrzymam tutaj całego weekendu. Chciałabym zasnąć i się nie obudzić. Nie mam siły na nic…”

Odpowiedź nadeszła szybko „Widzimy się w poniedziałek i ogarniamy temat.”

A więc to tak. Tak się kończy ta przygoda – zamknięciem za kratami.

W przyszłym tygodniu, o ile będę mogła mieć telefon, odezwę się już z psychiatryka.

Koniec wolności, koniec fajnej pracy zarobkowej, porzucenie kilku projektów przed końcem i zamknięcie firmy. Oto co mnie czeka w najbliższym czasie.

Ale, Ale. Powinnam się cieszyć. Przecież tam podobno uratują moje nędzne życie.

785 – terapia borderline: intensywniej

Na sesję przyszłam pół godziny wcześniej. Nie chciałam siedzieć w domu i gapić się tępo w ścianę. Bałam się, że coś sobie zrobię. Jak wczoraj…

Kiedy weszłam do gabinetu i usiadłam, nie byłam w stanie nic powiedzieć. Nie zauważyłam nawet tego, na co zwrócił uwagę pan M.
– Nie ściąga pani okularów?
No tak, przeciwsłoneczne wciąż tkwiły na moim nosie. To dlatego panował taki bezpieczny półmrok. Podniosłam okulary na czubek głowy. Nieznośne światło, obiektywnie przyćmione, raziło oczy.

Tak bardzo chciałam porozmawiać, wyrzucić z siebie ten cały ból, cierpienie, bezsilność, frustrację, złość… A siedziałam, patrząc na własne dłonie.
– Jest pani śpiąca? – zapytał pan M., widząc mnie taką skuloną z na wpół zamkniętymi oczami.
– Nie… – udało mi się wyszeptać. – Chciałam bardzo z panem porozmawiać, ale nie mam siły…
To chyba już wtedy łzy napłynęły do oczu i do końca sesji broniły dostępu do oczu.

Do końca sesji opowiadałam o tym, co we mnie siedzi.

O pomyśle psychiatry, żebym dała się zamknąć w psychiatryku.
– Może to dobry pomysł?
– Przecież w szpitalu też można się zabić. To nic trudnego. Szczególnie, jak siedzi się tam całymi dniami i obmyśla plan unicestwienia siebie.

O zaleconej dawce dziennej 7,5 miligrama lorazepamu, żeby nie dać się zabić samej sobie. O tym, że wytrzymałam ledwie rok bez żyletki i zegar trzeba było wyzerować. O planie samobójstwa, przygotowaniach do niego, liście pożegnalnym i pierwszym od siedmiu lat wierszu. O poczuciu braku wsparcia, zrozumienia, o wpędzaniu w poczucie winy. O utraconej nadziei i braku chęci, by ją odzyskać. O umieraniu. I martwicy wnętrza.

A na koniec, zamiast standardowego „kończymy na dziś”, usłyszałam propozycję spotkania w czwartek.
– Zapisać panią?
Chętnie na to przystałam. Zwiększona częstotliwość sesji to jest to, czego mi teraz tak bardzo trzeba.

783 – terapia, psychiatra, list pożegnalny i pijaństwo

Dziś mija równo rok odkąd ostatniej akcji pod kryptonimem „żyletka”. W ciągu osiemnastu lat autoagresji, to pierwsze takie dwanaście miesięcy, kiedy ani razu się nie okaleczylam. Brawo ja? Być może.

Wczoraj w południe sesja z panem M., a potem o czternastej wizyta u pana T. Efekt? Nowy neuroleptyk – amisulpridum pod nazwa handlową Amisan 50mg. Jedna tabletka rano.

Powiedziałam o silnych myślach samobójczych. Oczywiście padła propozycja szpitala lub chociaż L4. Jednak ani na jedno, ani na drugie nie mogę sobie pozwolić. Nikt za mnie ZUSu i innych podatków nie zapłaci. Poza tym w robocie Sajgon.

– Najchetniej bym się najebała.
– To może w takim razie trzeba się najebać?
Nie omieszkałam nie skorzystać z tej propozycji. Po powrocie do domu płacz, Lorafen i chlanie. Efekt? Nie dałam już rady. Napisałam list pożegnalny i zaplanowałam swoje odejście w najdrobniejszych szczegółach. Żyletka już czekała. Dwusetka wódki też. Miałam wstać przed Mrówkiem, jako że on chodzi później spać i wstaje po mnie. Niestety. Zaspałam. Jakież było moje rozczarowanie, że nie z tego nie wyszło.
Dziś ten przeklęty 365. dzień bez żyletki. Żyletki, która jest na wyciągnięcie ręki i krzyczy i woła, że chce zatańczyć na tej nieznośnie ciągłej skórze.

Siedem miesięcy dobrobytu. To musiało się tak skończyć… Musiało.

781 – a kysz! Paszoł won!

Powoli mija rok, odkąd okaleczyłam się po raz ostatni. Jeśli dobrze pamiętam, 23 stycznia.
– To pani rekord, prawda? – zapytał pan M. na ostatniej sesji.
Tak, to pierwsze dwanaście miesięcy przez osiemnaście lat autoagresji, gdy nie sięgnęłam po żyletkę ani razu. Pewnie zastanawiacie się, czy z upływem czasu jest łatwiej? Rozczaruję Was. Jest trudniej. Coraz trudniej. Może to przez świadomość pierwszej rocznicy? Przewija się przeze mnie chęć, by nie dotrwać. By to zniszczyć. Ależ bym tego żałowała po fakcie…

Wdziera się we mnie mrok. Pazurami rozdziera mnie od środka. I ten przymus by mu się poddać. Popłynąć. I płynąć. Płynąć. Płynąć.
Wiem, znam te mechanizmy. Rozpoznaję je w sobie i swoich zachowaniach. Dawne emocje wracają. I każą znów siąść w swoim bagienku i krzyczeć:
– Ratuj! Uratuj mnie!

Ale nie. Nie tym razem. Nie dam się!

756 – terapia borderline: płacz, dziecięce mechanizmy i spóźnienie

Na środową sesję zaspałam. Obudziłam się o 10:44, czyli minutę przed terminem spotkania.
Oczywiście znów płakałam. Pan M. stwierdził, że moje mechanizmy i strategie radzenia sobie ze złym nastrojem i myślami samobójczymi tylko pogłębiają mój stan.
Jak nauczyć się nowych strategii? Tych dorosłych? Nie destrukcyjnych?
Myśli samobójcze wciąż silne. Przymus cięcia szaleje w najlepsze.
W przyszłym tygodniu też mam dwie sesje – poniedziałek i wtorek.
Terapeuta i psychiatra uważają, że powinnam iść do szpitala. Nie ukrywam, że najchętniej uciekłabym na zamknięty.
Mrówek załatwił mi wolne do końca tygodnia. Być może gdzieś pojedziemy. Bardzo się o mnie troszczy. Wzrusza mnie tym do tego stopnia, że pisząc to mam łzy w oczach. A może to cierpienie?
Dość mam tych kryzysów. Naprawdę, tak serdecznie dość. Chcę być zdrowa. Cieszyć się życiem, a nie szukać wzrokiem pętli na szyję!

755 – terapia borderline: kryzys i trudne tematy

Całą dzisiejszą sesję przepłakałam. Nie byłam w stanie się uspokoić. Mówiłam o tym, czego dowiedziałam się od mamy w weekend.
Przymus cięcia, silne myśli samobójcze, chęć zniszczenia siebie. To wszystko sprawiło, że poprosiłam o jeszcze jedną sesję w tym tygodniu.
Jutro o 10:45 znów widzę się z panem M.

752 – telefon od psychiatry

Wczoraj dzwonił psychiatra. Pogadałam z nim chwilę.
Uważa, że na obecny kryzys leki nie mają wpływu. Że to przez terapię. Przez emocje, jakie w jej czasie się pojawiają.
Może…
Mam się zastanowić, czy nie chcę się spotkać i pogadać. Za dwa tygodnie wyjeżdża na urlop.
Chyba się zdecyduję. Często sama rozmowa z nim sprawia, że czuję się lepiej.

Napisałam również SMS do terapeuty. Opisałam w nim to, co się ze mną działo. Że opisałam przymus cięcia i chciałam to przeczytać na sesji, ale nie dałam rady. Że wymiotowałam przed sesją. Że czuję się beznadziejna i zaczęły się pojawiać myśli samobójcze.
„Rozumiem, że jest Pani ciężko. Może we wtorek na sesji uda nam się o tym porozmawiać.”
Może…

751 – terapia borderline: porażka

Zgodnie z tym, co zasugerował terapeuta, napisałam list. Opisałam w nim przymus cięcia i swoje skojarzenia z nim.
Przed sesją zwymiotowałam z nerwów przed przeczytaniem go. I co? I gówno.
Choć miałam kartkę położoną obok siebie na fotelu, nie byłam w stanie po nią sięgnąć. Dukałam tylko coś z pamięci. Niewiele.
Jak się czuję po tej sesji? Zła, wściekła na siebie. Rozgoryczona i załamana.
Ciąć mi się chce jeszcze bardziej. Jestem beznadziejna.