Tag Archives: autoagresja

721 – terapia borderline: rozstanie

O tym, że rozstałam się z Mrówkiem, pan M. dowiedział się od razu w sobotę, z SMS-a. Jednak chyba nie spodziewał się, w jakim nastroju przyjdę na sesję. Byłam rozpromieniona.
– Widzę, że nastrój się pani zmienił – zaczął.
Opowiedziałam mu o cierpieniach zeszłego tygodnia, pijaństwie i cięciu. Potem o tym, jak się rozstaliśmy.
– Chyba pani ulżyło, że w końcu zostało to nazwane, prawda?
– Bardzo!
– Ja tak myślę, że te ostatnie problemy w terapii to była zapowiedź tego. Że chciała się pani rozstać, ale nie ze mną, tylko z Mrówkiem.
Przyznałam, że jest to całkiem możliwe. A więc znowu projekcja!

Cóż mam Wam napisać. To było burzliwe jedenaście lat. Ale tak będzie lepiej dla nas obojga.

720 – terapia borderline: autodestrukcja

Na sesji mówiłam. W końcu. Nie było czarnych dziur i pustki w głowie. No, chwilami.
Tym razem rozmawiałam. A o czym? O autodestrukcji, rzecz jasna. Przecież o tym mogę nawijać godzinami, nie?
Problem w tym, że znów wrócił przymus powieszenia się. Ale nie, nie po to, by się zabić. A skrzywdzić. Poczuć ból i mieć śmierć na wyciągnięcie ręki. Poczuć w końcu kontrolę.
Pan M. nie wezwał policji ani nie odesłał mnie do psychiatry. Zna ten stan tak samo, jak ja. Wie, że nie chcę się zabić.
– A co panią powstrzymuje przed tym? – Zapytał w którymś momencie.
– Nie chcę robić sobie krzywdy – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Co nie powstrzymało mnie przed pocięciem się po powrocie do domu…

716 – SMS do terapeuty

Dzień po tej milczącej sesji zdobyłam się na odwagę i napisałam do terapeuty.
„Panie M, znów się pocięłam. Czuję się tragicznie. Na sesji znów nie byłam w stanie nic powiedzieć, choć tak bardzo chciałam normalnie rozmawiać. Potrzebuję rozmowy z Panem, bo chyba wybuchnę. Tylko nie wiem, jak mam się przełamać. Czy mogłabym napisać to, co chcę powiedzieć i przeczytać na sesji? Może to pomoże mi się otworzyć ponownie…”

Zgodził się.
Teraz mam jeszcze większe obawy niż miałam. Odliczam dni. Muszę jeszcze raz napisać ostatni list.
Tylko… Jak ja go przeczytam?

715 – terapia borderline: kolejna przemilczana sesja

Stresowałam się tą sesją od tygodnia. Czułam silny przymus, by się pociąć. Jednak tego nie zrobiłam.
A siadając w gabinecie… zupełnie wyparowały mi z głowy wszystkie myśli. Znów siadłam nieruchomo, wpatrzona w swoje paznokcie.
– Nie chce pani ze mną rozmawiać? – Zagadnął terapeuta.
– Chcę… – szepnęłam.
– Jeśli nie wnosi pani żadnego materiału, ja nie mogę pani pomóc.
Tak, wiem. Wiem, że nie domyśli się, o czym myślę i co mnie gryzie.
Jednak nie potrafiłam przełamać milczenia. Układałam sobie w głowie dwa-trzy zdania, ale nie potrafiłam otworzyć ust, by je wypowiedzieć.
Czuję się beznadziejnie. Przez te trzy tygodnie brakowało mi terapii, a kiedy już na niej byłam, zmarnowałam szansę na rozmowę.
Jestem na siebie wściekła. Jeszcze bardziej chce mi się ciąć. I boję się, jak cholera, że tej relacji nie da się już naprawić…

714 – blizny

Przed chwilą, paląc fajkę, przyjrzałam się swojej lewej ręce. Zrobiło mi się smutno i żal samej siebie. Na całym ciele mam wyoraną żyletką swoją psychiczną historię. Ręka nadaje się do wymiany…
Te setki blizn małych i dużych. Po ranach płytkich i głębokich. Przypominają mi one sytuacje, w których je zostawiałam na skórze.
Chyba najgorsza jest ta największa na nadgarstku. Która, wraz z licznymi mniejszymi, przypomina mi chwilę, w której chciałam się zabić. Ile to minęło? Półtora roku? Dwa i pół? Nie pamiętam. Czy Wy też macie takie okropne luki w pamięci, problemy z chronologią, oceną ilości upłyniętego czasu?

706 – terapia borderline: zakończenie terapii

Wczoraj napisałam do terapeuty, że rezygnuję z terapii. Po odpowiedzi pana M., że porozmawiamy o tym na następnej sesji, wysłałam kolejnego. Że chcę zniszczyć naszą relację i nie chcę więcej przychodzić.
Dziś już to jakoś przetrawiłam. Ten silny lęk przed bliskością. Doszłam do tego, że chciałam zniszczyć tę relację i zakończyć terapię, bo przestraszyłam się, że mogę się bardziej zbliżyć do pana M.
Nawał emocji i chęć zniszczenia były tak silne, że się pocięłam. Dziś tego żałuję.
Teraz już się nie boję. Idę w poniedziałek na sesję. Już zaczęłam pisać kolejny list. Tym razem ja go przeczytam. Albo opowiem, co w tym liście napisałam, jeśli pan M. nie będzie chciał, żebym czytała.

Walczę dalej!

702 – z listu do pana M.

Robiłam kilka podejść do napisania tego listu. I kilka razy dochodziłam do wniosku, że dam radę go napisać dopiero, jak się potnę. Och, przecież wtedy miałabym tyle do opisywania! Poza tym czułabym się bezpieczniej. Sam fakt, że jestem pocięta, sprawia, że mam dziwnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa. Jakby nikt wtedy nie mógł mnie skrzywdzić. Sama siebie przecież umiem najdotkliwiej zranić.
Podobnie jest, gdy próbuję się przygotować do sesji i nie za bardzo wiem, o czym mówić. Gdy nie przychodzi mi do głowy żaden temat, mam ochotę wywołać u siebie kryzys, żeby móc rozmawiać o tym, jak mi źle, jak cierpię i jak nienawidzę życia.

Często, gdy siedzę nieruchoma, wpatrzona w jeden punkt i mam pustkę w głowie, czuję, jakby mnie nie było. Obraz najpierw mi się rozmazuje, a potem całkowicie czarnieje. Widzę tylko niewyraźne plamki na czarnym tle. Wtedy się nie boję. Czuję się bezpieczna. Często chcę wtedy, aby sesja się już skończyła. Potem pojawia się lęk, że nic nie mówię. Za jakiś czas dochodzi do tego wyczekiwanie na Pana „O czym pani myśli?”. Wtedy nie myślę o niczym innym, tylko w kółko odtwarzam w głowie to pytanie. Lęk się nasila, bo wpadam w panikę, że nie będę wiedziała, co odpowiedzieć. A mnie nic nie przychodzi do głowy. To właśnie wtedy najczęściej mam pustkę w głowie. Czasem przychodzą mi do głowy jakieś urywki myśli. Jednoobrazowe wspomnienia tworzące swego rodzaju film. Zupełnie bez sensu, jak zdanie z otrzymanego e-maila czy stos brudnych naczyń w zlewie.

699 – wstyd

Kilka razy próbowałam zabrać się do napisania listu do pana M. Jednak coś mnie blokuje. Coś nie pozwala mi zacząć. Czyżby był to paraliżujący wstyd?
Mam ochotę się pociąć. Wydaje mi sie, że wtedy mogłabym go napisać. Dziwne.
W maju miną cztery lata u pana M. A ja wciąż nie potrafię się otworzyć w stu procentach. Wciąż jest wiele przemilczeń, niedopowiedzeń, braków odpowiedzi.
Czy to się kiedyś zmieni?

696 – terapia borderline: agresja, czyli zrobię ci na złość!

Do gabinetu weszłam rozpromieniona. W końcu miałam powód. Od soboty nie mogłam się doczekać aż opowiem panu M. o targach. Powiedziałam, co miałam powiedzieć i nastała cisza. Rozmowa miała zmierzać już tylko w jednym kierunku.
– Ale przez tę radość przebija się smutek.
– Nic dziwnego, że ten smutek się pojawia. Może mieć to związek z pani rezygnowaniem z pozytywnych doświadczeń. Niewiele brakowało, a na te targi też by pani nie pojechała. Prawda?
Nie mogłam się z nim nie zgodzić.
A potem już od słowa do słowa. Od zdania do zdania, pan M. wciągnął mnie w temat autodestrukcji, kryzysów i agresji. Terapeuta tego nie powiedział na głos, ale czułam, że znów moja mimika się zmieniła. Wpatrzona w swoje dłonie, skubałam paznokieć. Fala rozpaczy zalała oczy i nagle obraz się rozmył. Nie widziałam już swoich rąk, a jedynie czarniejące plamy. Kiedy będzie koniec sesji?
– Bo pani tego wciąż nie czuje, prawda? Że będąc obojętną w takich stanach kryzysowych jest pani agresywna w stosunku do ludzi i świata.
Znów potwierdziłam jego słowa. Ale coś we mnie krzyczało, że nie ma racji.
– Wtedy myśli pani, że ma prawo do takiego zachowania, bo źle się pani czuje.
Przytaknięcie i narastający opór. Głos wewnętrzny podpowiadający, że nie ma racji. Że przecież MAM PRAWO być obojętna, gdy jest mi źle. Bo to moja i tylko moja sprawa. Nikt i nic się nie liczy. To właśnie jakoś wtedy zachciało mi się ciąć, czego nie powiedziałam.
Wychodząc z gabinetu miałam plan, by się okaleczyć. Ale po chwili zaczęłam się zastanawiać nad tą potrzebą.
Czy nie byłoby to „zrobię ci na złość, bo zepsułeś mi humor” i „już ja ci pokażę, że taka ja jest prawdziwa”! Wyłapałam schemat, bo już go rozumiem. Co nie sprawia, że ciąć się chce mniej…

681 – jest tragicznie

Napisałam rozpaczliwego SMS do terapeuty. Kolejnego w ciągu ostatnich dni.
„Panie M., tak bardzo przepraszam, za zawracam Panu głowę. Wiem, ze nie powinnam pisać, ale ja już nie mogę. Psychiatra nie odpisuje a ja mam znów myśli samobójcze. Cały czas płaczę. Proszę, niech Pan powie, ze to minie…”
Po kilku minutach nadeszła odpowiedź.
„Wie Pani o tym. Za dwa dni o tym porozmawiamy.”
Taka głupia wymiana kilku zdań. A tylko to trzyma mnie przy życiu.
We wtorek psychiatra.
Siedzę i płaczę. Walczę ze sobą żeby się nie pociąć. I nie zawiązać pętli na szyi.