Tag Archives: autoagresja

681 – jest tragicznie

Napisałam rozpaczliwego SMS do terapeuty. Kolejnego w ciągu ostatnich dni.
„Panie M., tak bardzo przepraszam, za zawracam Panu głowę. Wiem, ze nie powinnam pisać, ale ja już nie mogę. Psychiatra nie odpisuje a ja mam znów myśli samobójcze. Cały czas płaczę. Proszę, niech Pan powie, ze to minie…”
Po kilku minutach nadeszła odpowiedź.
„Wie Pani o tym. Za dwa dni o tym porozmawiamy.”
Taka głupia wymiana kilku zdań. A tylko to trzyma mnie przy życiu.
We wtorek psychiatra.
Siedzę i płaczę. Walczę ze sobą żeby się nie pociąć. I nie zawiązać pętli na szyi.

678 – ta cholerna pustka…

Od wczoraj jestem na Lorafenie. Wróciła ta cholerna pustka. Wróciły pieprzone smutek i rozpacz.
Czyżby za dużo dobrego działo się ostatnio w moim życiu? Za dużo kroków oznaczających zdrowienie?
Udany wywiad, ujawnienie swojego wyglądu, sprzedaż papierowej Autoterapii, dobry nastrój i duma z siebie. Czyżby mój chory umysł zapragnął mnie ukarać, bo za dobrze sobie radziłam?
Łzy. Wcale nie przynoszą ukojenia. Rzeźbią w policzkach bolesne ścieżki. Wypalają oczy piekącym bólem. Tego bólu przecież nigdy za wiele w cholernym życiu.
Dlaczego? Dlaczego nie może być po prostu dobrze? Dlaczego trzeba odpokutować każdą dobrą chwilę?

Poprosiłam o spotkanie z psychiatrą. Doktorze, czy poradzisz coś mądrego? Wiem, co powiesz. Że było dobrze i musiałam to zniszczyć…

663 – terapia borderline: cięcie jako masturbacja

Bardzo stresowałam się dzisiejszą sesją. Miesiąc przerwy sprawił, że zupełnie odzwyczaiłam się od rozmawiania o problemach.
Dużo mówiłam o wakacjach, jednak rozmawialiśmy też o trudnościach w wyrażaniu i odczuwaniu złości.
– Pani umie wyrażać złość tylko na Mrówka, prawda?
– Tak, i w ogóle odczuwać ją w stosunku do niego. Jeśli chodzi o inne osoby, nie potrafię odczuwać złości.
– Bo pani tę złość przerzuca na siebie.
– I się tnę.
– No właśnie, a dla nas jest ważne, żeby pani nie odreagowywała na sobie i nie krzywdziła swojego ciała.
Od słowa do słowa i nagle z ust pana M. padło kontrowersyjne stwierdzenie.
– Bo dla pani cięcie się pełni rolę masturbacji.
Skojarzyło mi się to z sytuacjami w pracy.
– Kiedy na przykład obierałam ziemniaki, mówiłam sobie, że jak skończę, to w nagrodę się potnę.
– Bo sprawia to pani pewien rodzaj przyjemności, prawda?
Nie mogłam się z tym nie zgodzić.

652 – terapia borderline: milczenie

Tak czekałam na tę sesję. Miałam tyle do powiedzenia, a w gabinecie milczałam.
– Ciężko było, prawda? – zaczął terapeuta mając na myśli sytuację sprzed dwóch tygodni i moje SMS do niego.
– Bardzo ciężko… – przyznałam.
Dlaczego nie chciałam iść do szpitala? Panie M., bo nie chciałam siedzieć tam miesiąc i testować kolejne leki.
– I znów, przesadziłam z cięciem i zrobiło mi się lepiej.
– Tak, jakby odreagowała pani jakieś emocje. Ma pani pomysł, jakie?
– Kilka dni się zastanawiałam i w końcu podjęłam decyzję o rozstaniu z Mrówkiem. Wtedy wpadłam w ten stan.
– Co pani wtedy czuła?
– Z jednej strony ulgę, ale z drugiej… smutek, rozpacz, tęsknotę.
– Nie wyobraża sobie pani życia bez Mrówka.
– Nie wyobrażam…
– Mocno się pani pocięła?
– Zależy, kilka razy tak.
– I duże są blizny?
– Niektóre…
– I to się stało wtedy, kiedy pani do mnie pisała czy później?
– Wtedy.
Pan M. mówił, gdy zapytał, co o tym myślę, nie potrafiłam się ustosunkować do jego wypowiedzi.
– Bo ja wiem… może… – odparłam po chwili.
– Pani Aniu, to tak, jakby pani nie interesowało co mam do powiedzenia.
– Czuję się słabo osadzona w rzeczywistości – odparłam po dłuższym milczeniu.
– Znów zamyka się pani w swoim świecie i nie interesują pani relacje z innymi ludźmi.
Siedząc tak, tak bardzo chciałam się otworzyć. Tym bardziej, że kolejna sesja 19 października, ze względu na nasz urlop.
Ale nie potrafiłam. Obraz rozmazany, zawroty głowy, poczucie nieznośnej lekkości, słowa terapeuty docierały do mnie, jak zza światów.
To zmarnowana sesja. Jest mi jeszcze gorzej.

645 – zawalił się świat

Zwalił mi się na głowę cały świat. Życie leży na wznak i ma wszystko w dupie.
Nasz związek to fikcja. Suma frustracji, lęków i złych emocji.
Ostatnio najczęściej przytula mnie łózko. Poduszka spija litry łez. To jedyni przyjaciele.
Zabrał mi Lorafen. Przecież bez niego nie funkcjonuję. A raczej funkcjonują wszystkie lęki i najgorsze mechanizmy.
Wczorajsza rozmowa smsowa z terapeutą. Tak mi wstyd. Po co napisałam, by porozmawiał z moim psychiatrą? Co by to miało dać?
Obiecałam panu M. że się nie zabiję. Trudna to była obietnica. Ale zamierzam jej dotrzymać. Będę się starać. Z całych sił.
Inaczej się ma rzecz z okaleczaniem… Za późno.
Czuję się niepotrzebnym nikomu śmieciem. Pierdolonym zerem, dla którego szkoda tlenu.
Chciałabym krzyczeć: POMOCY! Ale wiem, że odpowie mi tylko echo.

644 – Artykuł: Wpływ osoby psychoterapeuty na przebieg terapii

Wpływ osoby psychoterapeuty na przebieg terapii

Terapia psychodynamiczna. Dlaczego w jednej wyrwałam tylko dziewięć miesięcy, a druga trwa już ponad trzy lata? Odpowiedź jest prosta – głównym czynnikiem była tu osoba psychoterapeuty. Postanowiłam więc porównać obu terapeutów i pokazać Wam, dlaczego jedna z terapii została skazana na porażkę, a druga trwa od kilku lat i nic nie zapowiada, żeby nasza współpraca zakończyła się przedwcześnie.

Obaj całkowicie od siebie inni. Tak pod względem osobowościowym, jak i fizycznym. Wyglądem jednak nie będę się zajmować, mając na uwadze panów prywatność.

Styl bycia

Pan S. był bardzo powściągliwy. Siedział prosto, mało się ruszał. Nie śmiał się. Nie reagował spontanicznie. Zdawało się, że każdy jego ruch i słowo są dogłębnie przemyślane. To mnie dodatkowo usztywniało. Sprawiało, że nie mogłam złapać potrzebnej do rozmowy dawki luzu. Czułam się skrępowana i zastygałam na fotelu jak on.

Pan M. zachowuje się luźno. Siada wygodnie, zmienia pozycje, śmieje się, gdy powiem coś śmiesznego. Mam wrażenie, że jego wypowiedzi są spontaniczne, szczere.
Przy panu M. czuję się swobodnie i bardziej się otwieram. Przede wszystkim darzę pana M. sympatią i zaufaniem.

Podejście do SMS

Pan S. miał kategoryczne podejście do SMS. Nie akceptował ich, jeśli nie dotyczyły spraw formalnych, czyli odwoływania sesji. Gdy zdarzyło mi się coś napisać, nie odpisywał, a na sesji mnie za to „karcił”.
– Mam pustkę w głowie – powiedziałam.
– Ma pani pomysł dlaczego pojawił się lęk?
– Nie.
– Na pewno? Bo ja wiem. Wysłała pani do mnie SMS.
Mówił tak, jakby była to jakaś zbrodnia.

Pan M. również nie dopuszcza kontaktu SMS, jednak nie trzyma się tego tak restrykcyjnie. Gdy zdarzy mi się do niego napisać, np. że chce mi się ciąć lub nie mam siły żyć, odpisuje, że będziemy o tym rozmawiać na sesji. Jednak zawsze dodaje jakieś zdanie przed tą informacją, np. „rozumiem, że jest pani ciężko” albo „proszę starać się wytrzymać”. To sprawia, że nie czuję się zignorowana, a jednocześnie przypomina, że rozmowy dopuszczalne są tylko podczas sesji.

Reakcja na autodestrukcję i autoagresję

Pan S. początkowo próbował analizować moje zachowania destrukcyjne. Jednak po jakimś czasie najwyraźniej zaczęło go to przerastać, bo każde takie zachowanie karał brakiem sesji.
Powodowało to, że czułam się skarcona, odrzucona. To bezpośrednio doprowadziło do zerwania relacji terapeutycznej przez SMS.

Pan M. różnie reaguje na moją autodestrukcję. Raz nawet sarkastycznie zapytał:
– I co, pomogło?
Gdy opowiadałam mu o podwieszeniu się. Zazwyczaj jednak jest wspierający, bo wie, że tego właśnie potrzebuję. Nigdy nie karze mnie za takie zachowania. Nie daje mi po sobie odczuć, że zrobiłam źle. Ja to przecież wiem i dodatkowe besztanie nie jest mi potrzebne. I bez tego czuję się wystarczająco źle.
Zdarzało mi się również przychodzić na sesję pod wpływem alkoholu. Pan M. nie wypraszał mnie. Podczas sesji przyznawałam się do tego i wyjaśniałam, że chciałam mu bardzo coś powiedzieć, ale bez alkoholu nie dałabym rady. Nie krytykował tego, ale ja nie nadużywałam.

Podejście do dialogu

Pan S. podchodził do mnie bardziej analitycznie. Mniej skupiał się na dialogu, bardziej na wolnych skojarzeniach i analizie moich wypowiedzi. Mówiłam coś, po czym on to analizował. Nie za bardzo przypadło mi to do gustu.
Swoje analizy uważał za jedyne słuszne i ostateczne. Nawet, gdy się z nim nie zgadzałam, tak prowadził rozmowę, by mi to udowodnić.

Pan M. główny nacisk kładzie na dialog, wymianę myśli. Nie analizuje mnie i moich zachowań w tak oczywisty sposób. Rozmawia ze mną o tym. Przez to czuję się bardziej jak ktoś w relacji partnerskiej niż w relacji ucznia i mistrza lub rodzica i dziecka. Sprzyja to otwieraniu się i budowaniu zaufania. Pan M. otwarty jest na moje zastrzeżenia do jego wypowiedzi.

Odnoszenie się do własnej osoby

Pan S. nieustannie odwoływał się do swojej osoby. Jakby z góry zakładał, że reaguję w sposób typowy dla osoby z pogranicza. Ja miałam właśnie duże problemy żeby się do niego zbliżyć. A jemu się wydawało, że nie wyobrażam sobie życia bez niego.

Pan M. odniósł się do swojej osoby tylko kilka razy przez trzy lata. Na przykład pamiętam sesję, podczas której się nie odzywałam. Zamknęłam się w sobie i nie potrafiłam nic powiedzieć. Pan M. pochylił się w moją stronę i mówił. Nagle zapytał:
– Chyba nie chce mi pani sprawić przykrości?
Obserwował mnie dobrą chwilę pochylony w moją stronę, ale nie potrafiłam nic powiedzieć. Prawdę mówiąc, w tamtej chwili chciałam mu sprawić przykrość. A przynajmniej miałam to gdzieś.
Jest bardzo ważną osobą w moim życiu, jednak tego nie wykorzystuje i nie podkreśla.

Ogólne wrażenie i odczucia

Pan S. był w gabinecie sztywny i niespontaniczny. Powodowało to, że jeszcze bardziej się usztywniałam i zamykałam w sobie. Na sesjach miałam wrażenie, że musi się dowartościowywać moim kosztem. Często wmawiał mi, że jest dla mnie tak samo ważny jak Mrówek (mój narzeczony), a tak nie było. Czułam się traktowana przez niego jak obraz kliniczny borderline, a nie, jako ja, indywidualna jednostka.

Pan M. jest człowiekiem wyluzowanym, pewnym siebie. Czuć, że jest profesjonalistą. Czuję się przy nim bezpiecznie i swobodnie, jest wart zaufania. Nigdy nie wykorzystał nic co powiedziałam przeciwko mnie. W moim odczuciu traktuje mnie, jak indywidualną jednostkę, a nie obraz kliniczny.
Ufam mu jako specjaliście i wierzę, że przy jego pomocy się wyleczę.

Wnioski i podsumowanie

Osoba psychoterapeuty i jego osobowość mają w terapii ogromne znaczenie. Nie twierdzę, że pan S. nie był profesjonalistą. Po prostu nie pasowaliśmy do siebie. Nie potrafiłam z nim nawiązać odpowiedniej więzi i nasza relacja pełna była niedomówień i barier.
Przy panu M. czuję się swobodnie. Jego osobowość bardzo mi odpowiada. Dzięki temu i sposobowi, w jaki prowadzi terapię nasza relacja jest głęboka i oparta na zaufaniu. Chcę z nim dalej pracować, aż do wyleczenia.
Jednym z ważniejszych czynników mających wpływ na pomyślność psychoterapii psychodynamicznej jest odpowiednie dobranie terapeuty. Zatem, gdy w waszej relacji terapeutycznej coś jest nie tak, nie bójcie się zmienić osoby prowadzącej, bo bez zaufania i poczucia bezpieczeństwa nie osiągniecie swoich terapeutycznych celów.

Zapraszam do zakupu moich autobiograficznych książek w Empiku: KUP TERAZ

643 – terapia borderline: panika

– Poprosiła pani jednak o jeszcze jedną sesję. Dlaczego się pani zdecydowała?
– Bo… Wpadłam w panikę. W poniedziałek wieczorem pojawiły się myśli samobójcze. We wtorek tak samo. I przestraszyłam się, że ten zły nastrój wraca.
Potem zaczęliśmy rozmawiać o moich relacjach z ludźmi. Że jest we mnie paradoks. Z jednej strony pragnę kontaktu i go szukam, a z drugiej napawa mnie on lękiem i go unikam.
– Dobrze to było widać na poprzedniej sesji, prawda? – Zapytał terapeuta. – Zrezygnowała pani że spotkania ze mną, jakby nie było pani potrzebne. A jednak dzień później już chciała się pani spotkać.
Mówiłam o tym, że nie rozumiem ludzi. Sensu ich wypowiedzi, żartów. Nie wiem, czego ode mnie oczekują. Mam problem z wyczuciem, kto w jakim jest nastroju i jaki ma do mnie stosunek.
– Ważne dla nas jest, żeby się pani nie krzywdziła, kiedy źle się pani czuje, bo to tylko pogarsza pani stan.
Tak. To zdecydowanie jest ważne.
– Ostatnio była pani taka radosna. Dziś nic z tego nie pozostało.
– Bo ostatnio byłam młodym bogiem. Dziś jestem raczej smutnym szatanem.
– Dlaczego smutnym?
– Bo z jednej strony czuję się szczęśliwa, ale z drugiej… czuję, jakbym jedną nogą stała w dobrym nastroju, a drugą w rozpaczy.
– Nam chodzi żeby wzmocnić tę nogę, która stoi pani w szczęściu, prawda?
– No tak…
I tak się zakończyła sesja.

635 – wyimaginowana choroba

Powiedziałam szefowi, że jestem chora. Skłamałam.
Przez cały tydzień przepracowałam cztery godziny. Godzina przy kompie, pięć w łóżku z płaczem.
Obiecałam, że w przyszłym tygodniu wszystko nadrobię. Tylko jak?
Z tymi myślami samobójczymi, przymusami autoagresywnymi, cisnącymi się do oczu łzami? Wszechogarniającym bezsensem?
Jak mam się zebrać w kupę? Możecie powiedzieć „przestań się nad sobą użalać i zacznij tyrać fizycznie, to przejdzie ci depresja”. A gówno prawda. Harowałam fizycznie a objawy tylko się nasilały.
Mam siłę tylko leżeć w łóżku, a i to mnie męczy. Męczą mnie myśli. I przymusy. I ta nieodparta chęć powieszenia się, choć nie po to, by umrzeć, a skrzywdzić się. Jak kiedyś. Nie podwieszałam się od trzech lat. Dzieki pomocy pana M. Wiem, że bardzo bym go tym zawiodła…

631 – przełom?

Z utęsknieniem czekam na przełom. Na dzień, w którym wstanę i będzie chciało mi się żyć. Będzie chciało mi się wstać.
Wczoraj cały dzień przespałam. Po powrocie z terapii nie miałam siły na nic. Wstałam dopiero późnym popołudniem, żeby zrobić obiad. A i to wydawało się ponad moje siły.
Najgorsze jest to, że w takim stanie nie potrafię pisać. Bestselleru nie ruszyłam od jakichś trzech tygodni.
Postanowiłam dziś spróbować, choćby na siłę. Otworzyłam plik na komputerze i zeszyt. Napisałam „Gdy wybiła godzina dwudziesta trzecia” i siedzę z długopisem zawieszonym nad kartką.
Popijam czarną kawę z kardamonem i zastanawiam się nad sensem życia.
Kupiona wczoraj przed sesją żyletka leży w zamkniętym opakowaniu. Nie użyłam jej, choć ciągnie niemiłosiernie.
Zapytałam psychiatrę, czy będę mogła do niego pisać w razie potrzeby podczas jego urlopu (dziś wyjeżdża). Zgodził się, podobno nie będę przeszkadzać.
Trafiłam na wspaniałych specjalistów i czuję się niewdzięczna, że cały czas popadam w kryzysy. Że ich praca idzie na marne.
Czuję się paskudnie. Chciałabym zapaść w głęboki, nieprzerwany sen.

630 – terapia borderline: kryzys i nienawiść

– O czym pani myśli? – spytał w końcu terapeuta, gdy siedziałam kilka minut po wejściu do gabinetu, wpatrzona w swoje dłonie.
Jeszcze chwilę milczałam.
– Wczoraj długo ze sobą walczyłam, żeby wyrzucić żyletkę. Ale w końcu to zrobiłam – rozpłakałam się. – Przed wyjściem tutaj pokłóciłam się z Mrowkiem. Powiedział, że jestem raczyskiem, które nawet świętego by wykończyło. Kiedy wyszłam z domu, kupiłam drugą. Nie mogłam się powstrzymać.
– Dawno nie była pani w tak złym stanie, prawda?
Przytaknęłam głową nie potrafiąc otworzyć ust.
Całą sesję płakałam.
– Nienawidzę siebie.
– Mówi to pani w taki sposób, jakby ta nienawiść była racjonalna a nie wynikiem pani zaburzenia.
– Krzywdzę ludzi.
– A robi to pani świadomie?
– Nie…
Po chwili zmieniłam temat.
– Gdyby nie ten Lorafen, powiesiłabym się. Czuję silny przymus.
– To ciecie i powieszenie, jakby miało być karą. Za to, że ma pani problemy i się źle czuje. Pani Aniu, ale wie pani, że to minie? To zawsze mija.
– Ja sie tylko zastanawiam jaki jest w tym wszystkim sens. Dobrze się czuć, żeby potem znów…
– Dlatego się pani leczy, prawda?
Przytaknęłam.

To była dla mnie kolejna bardzo trudna sesja. Na swój sposób trochę oczyszczająca, ale to raczej zasługa łez.
Następne spotkanie w poniedziałek.

Po przyjściu do domu nie usiadłam do pracy. Poszłam spać. Teraz robię obiad i znów idę się położyć. Nie mam siły żyć. Nie mam siły oddychać.