809 – terapia borderline: zakończenie terapii

Dziś na sesji stało się dla mnie coś bardzo ważnego. Udało mi się powiedzieć panu M. o przeniesieniu, o którym pisałam w poprzednim poście. Dlaczego to tak ważne? Ano dlatego, że czuję ogromny lęk przed tego typu wypowiedziami. Często jest tak, że mam jakieś przemyślenia, o których nawet piszę na blogu, jednak nie jestem w stanie ich zwerbalizować w gabinecie. Panicznie boję się uznania moich przemyśleń za błędne i mnie za głupka oraz przyznania, że pan M. jest dla mnie bardzo ważną osobą. Ja to wiem, on to wie, ale nie potrafię tego przyznać na głos.

Dziś jednak powiedziałam o przeniesieniu lęku.
– Znów chciałam przerwać terapię.
– Oo, naprawdę? A kiedy? – Pan M. wyraźnie się ożywił, wskazując tym na swoje zainteresowanie tematem.
– W poniedziałek czy wtorek… nie pamiętam.
– A co się stało?
I właśnie wtedy opowiedziałam mu o lęku związanym z opuszczeniem mnie przez Mrówka.
– I przeniosłam ten lęk na naszą relację.
– A z czym związany jest ten lęk?
– Że Mrówek mnie opuści, a pan zakończy terapię.
– I wolała to pani uprzedzić i sama ją zakończyć?
– Dokładnie.
I wtedy padły słowa, które sprawiły, że ogromny kamień spadł mi z serca.
– Pani Aniu, terapię będziemy kończyć razem.
Gdy to usłyszałam, poczułam radość i wewnętrzny spokój. Jeśli sama nie przerwę gwałtownie terapii, będzie ona trwać aż oboje uznamy, że mogę ją zakończyć. Niby to wiedziałam, zdawałam sobie sprawę z tego, że nie stanie się to nagle i nie będzie dla mnie zaskoczeniem. Jednak pierwszy raz pan M. powiedział mi o tym wprost. Potrzebowałam tych słów z jego ust.

Pochwaliłam się również wypieprzeniem z domu wszystkich żyletek.
– Bo chociaż dają mi one poczucie bezpieczeństwa, to wiem, że prędzej czy później zawsze ich użyję.

807 – terapia borderline: cięcie stoi w sprzeczności z terapią

Bałam się dzisiejszej sesji. W weekend narobiłam głupot. Pocięłam się we własne 33. urodziny. Napisałam do pana M., że rezygnuję z terapii.

– Pojawił się we mnie lęk, że straci pan do mnie cierpliwość – udało mi się wyartykułować swoje obawy w pewnym momencie sesji.
– Naszym celem jest to, żeby powstrzymywała się pani od działań autodestrukcyjnych – pan M. nie odniósł się do mojego lęku. – Cięcie stoi w sprzeczności z terapią. To działa na zasadzie uzależnienia. To tak, jakby pani ćpała i chodziła na terapię – poczułam, że chce mi dosadnie przekazać to, co ma na myśli. O dziwo, nie poczułam się skrytykowana ani zbesztana. Raczej upomniana, bym przypomniała sobie, jakie cele mi przyświecają.

Nie mówiłam dziś zbyt dużo. Terapeuta zauważył, że trudno mi opisywać to, co przeżywam. Przyznałam mu rację, stwierdzając, że zamknęłam się w sobie.

Większość sesji poświęciłam tematowi złości, którą wypieram z obawy, że pod jej wpływem stracę kontrolę nad sobą.

Wracając do domu, wyciągnęłam z plecaka paczkę żyletek, które nosiłam przy sobie od kilku miesięcy. Ściskałam ją mocno w ręce. Róg kartonowego pudełeczka wbijał się boleśnie w dłoń. Walczyłam ze sobą, powtarzając w myślach słowa pana M. Obiecałam sobie wtedy, że ten ból będzie ostatnim, jakiego doznam od tych żyletek. W połowie drogi powrotnej, wyrzuciłam je do kosza. W momencie otwarcia dłoni i wypuszczenia paczki poczułam ogromną ulgę. Jakbym pozbyła się części negatywnych, przykrych emocji.

Muszę jeszcze przeszukać swoje skrytki w domu. Wypierdolić każdą znalezioną żyletkę. Koniec z tym. Cięcie stoi w sprzeczności z moją terapią.

804 – autoagresywny rachunek sumienia

W tamtym tygodniu zrobiłam autoagresywny rachunek sumienia. Wypisałam „za” i „przeciw”. Nie ukrywam, że zdecydowana przewaga „przeciw” pomogła mi nie sięgnąć po żyletkę.

Za:

  • zaspokojenie przymusu,
  • chwilowe, acz natychmiastowe poczucie ulgi,
  • odwrócenie uwagi od cierpienia psychicznego.

Przeciw:

  • pogłębienie stanu depresyjnego,
  • blizny,
  • wzmacnianie psychopatycznej i sadystycznej części mnie,
  • sprzeczność z celami:
    • zdrowie psychiczne,
    • dobre samopoczucie,
    • umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami i dyskomfortem psychicznym,
    • przeżywanie emocji i umiejętność ich regulacji zamiast odreagowywania na sobie.
  • wzmacnianie złości i poczucia winy,
  • poczucie porażki,
  • wpadanie w ciągi,
  • ranienie bliskich.

Autoagresywna abstynencja trwa.

790 – cicho szaaa

Jest siódma. Wstałam o szóstej. Ciemno, zimno. Wszyscy śpią oprócz wiernego psa.

Siedzę w kuchni nad zeszytem z kubkiem parującej kawy. Wspominam swoje poprzednie pobyty na oddziałach. Nie chcę, tak bardzo nie chcę tam wracać…

Psychiatra stwierdził kategorycznie, że widzimy się jutro. W celu omówienia szczegółów mojego pobytu w psychiatryku.

A jednak. Stało się. Klamka.zapadła. Świecie bez klamek, witaj!

Gdyby choć udało się coś pisać albo chociaż czytać. Ale we mnie chaos. Chaos, którego tylko otrze żyletki potrafi jakoś okiełznać. Tylko, czy tego chcę? Pakować się znów w ten syf? Ręce, brzuch, nogi – one zapewne mają inne zdanie.

Spokoju chcę, ciszy. Samotności. Czyli czegoś, czego w zamknieciu nie dostanę.

Doktorze, pomóż mi! Nie pozwól im testować na mnie tych wszystkich leków, których brać nie mogę. I jestem martwa w środku, jak bohaterzy Martwicy Mozgu.

Czy ja w ogóle chcę żyć? Czy mam na to siły? A chęci? Panie T. gdyby to pan był lekarzem prowadzącym mnie na oddziale… Ale to tylko mrzonki. Zwykłe myślenie życzeniowe, nie mające nic wspólnego z tą wersją rzeczywistości.

789 – klamka zapadła – klamek nie bedzie

Po tym, jak Mrówek zadzwonił do ciotki i przywiozła nas do domu rodziców, leżę i płaczę. Niektórzy z Was zarzucają mi egoizm. Może i mają rację.

Wszyscy zebrali się w kuchni i zerkając na mnie co chwilę, o czymś dyskutowali. Ja siedziałam w salonie i chciałam zniknąć.

Co chwilę ktoś przychodzi i pyta, czy czegoś mi nie trzeba. Nienawidzę takich sytuacji. Wolałabym być niewidoczna. Żeby nikt nie zwracał na mnie uwagi.

Pierwsza przyszła matka. Przytuliła mnie bardzo mocno, nie zdając sobie sprawy, jak duży ból mi sprawia, ściskając świeże rany na rękach i brzuchu. Poleciało kilka niezauważonych łez.. Ale kiedy zaczęła mówić i zadawać pytania o moje samopoczucie psychiczne… Nie wytrzymałam i rozpłakałam się.

Napisałam do psychiatry „Błagam, niech mnie Pan stąd zabierze! Nie wytrzymam tutaj całego weekendu. Chciałabym zasnąć i się nie obudzić. Nie mam siły na nic…”

Odpowiedź nadeszła szybko „Widzimy się w poniedziałek i ogarniamy temat.”

A więc to tak. Tak się kończy ta przygoda – zamknięciem za kratami.

W przyszłym tygodniu, o ile będę mogła mieć telefon, odezwę się już z psychiatryka.

Koniec wolności, koniec fajnej pracy zarobkowej, porzucenie kilku projektów przed końcem i zamknięcie firmy. Oto co mnie czeka w najbliższym czasie.

Ale, Ale. Powinnam się cieszyć. Przecież tam podobno uratują moje nędzne życie.

785 – terapia borderline: intensywniej

Na sesję przyszłam pół godziny wcześniej. Nie chciałam siedzieć w domu i gapić się tępo w ścianę. Bałam się, że coś sobie zrobię. Jak wczoraj…

Kiedy weszłam do gabinetu i usiadłam, nie byłam w stanie nic powiedzieć. Nie zauważyłam nawet tego, na co zwrócił uwagę pan M.
– Nie ściąga pani okularów?
No tak, przeciwsłoneczne wciąż tkwiły na moim nosie. To dlatego panował taki bezpieczny półmrok. Podniosłam okulary na czubek głowy. Nieznośne światło, obiektywnie przyćmione, raziło oczy.

Tak bardzo chciałam porozmawiać, wyrzucić z siebie ten cały ból, cierpienie, bezsilność, frustrację, złość… A siedziałam, patrząc na własne dłonie.
– Jest pani śpiąca? – zapytał pan M., widząc mnie taką skuloną z na wpół zamkniętymi oczami.
– Nie… – udało mi się wyszeptać. – Chciałam bardzo z panem porozmawiać, ale nie mam siły…
To chyba już wtedy łzy napłynęły do oczu i do końca sesji broniły dostępu do oczu.

Do końca sesji opowiadałam o tym, co we mnie siedzi.

O pomyśle psychiatry, żebym dała się zamknąć w psychiatryku.
– Może to dobry pomysł?
– Przecież w szpitalu też można się zabić. To nic trudnego. Szczególnie, jak siedzi się tam całymi dniami i obmyśla plan unicestwienia siebie.

O zaleconej dawce dziennej 7,5 miligrama lorazepamu, żeby nie dać się zabić samej sobie. O tym, że wytrzymałam ledwie rok bez żyletki i zegar trzeba było wyzerować. O planie samobójstwa, przygotowaniach do niego, liście pożegnalnym i pierwszym od siedmiu lat wierszu. O poczuciu braku wsparcia, zrozumienia, o wpędzaniu w poczucie winy. O utraconej nadziei i braku chęci, by ją odzyskać. O umieraniu. I martwicy wnętrza.

A na koniec, zamiast standardowego „kończymy na dziś”, usłyszałam propozycję spotkania w czwartek.
– Zapisać panią?
Chętnie na to przystałam. Zwiększona częstotliwość sesji to jest to, czego mi teraz tak bardzo trzeba.

783 – terapia, psychiatra, list pożegnalny i pijaństwo

Dziś mija równo rok odkąd ostatniej akcji pod kryptonimem „żyletka”. W ciągu osiemnastu lat autoagresji, to pierwsze takie dwanaście miesięcy, kiedy ani razu się nie okaleczylam. Brawo ja? Być może.

Wczoraj w południe sesja z panem M., a potem o czternastej wizyta u pana T. Efekt? Nowy neuroleptyk – amisulpridum pod nazwa handlową Amisan 50mg. Jedna tabletka rano.

Powiedziałam o silnych myślach samobójczych. Oczywiście padła propozycja szpitala lub chociaż L4. Jednak ani na jedno, ani na drugie nie mogę sobie pozwolić. Nikt za mnie ZUSu i innych podatków nie zapłaci. Poza tym w robocie Sajgon.

– Najchetniej bym się najebała.
– To może w takim razie trzeba się najebać?
Nie omieszkałam nie skorzystać z tej propozycji. Po powrocie do domu płacz, Lorafen i chlanie. Efekt? Nie dałam już rady. Napisałam list pożegnalny i zaplanowałam swoje odejście w najdrobniejszych szczegółach. Żyletka już czekała. Dwusetka wódki też. Miałam wstać przed Mrówkiem, jako że on chodzi później spać i wstaje po mnie. Niestety. Zaspałam. Jakież było moje rozczarowanie, że nie z tego nie wyszło.
Dziś ten przeklęty 365. dzień bez żyletki. Żyletki, która jest na wyciągnięcie ręki i krzyczy i woła, że chce zatańczyć na tej nieznośnie ciągłej skórze.

Siedem miesięcy dobrobytu. To musiało się tak skończyć… Musiało.

781 – a kysz! Paszoł won!

Powoli mija rok, odkąd okaleczyłam się po raz ostatni. Jeśli dobrze pamiętam, 23 stycznia.
– To pani rekord, prawda? – zapytał pan M. na ostatniej sesji.
Tak, to pierwsze dwanaście miesięcy przez osiemnaście lat autoagresji, gdy nie sięgnęłam po żyletkę ani razu. Pewnie zastanawiacie się, czy z upływem czasu jest łatwiej? Rozczaruję Was. Jest trudniej. Coraz trudniej. Może to przez świadomość pierwszej rocznicy? Przewija się przeze mnie chęć, by nie dotrwać. By to zniszczyć. Ależ bym tego żałowała po fakcie…

Wdziera się we mnie mrok. Pazurami rozdziera mnie od środka. I ten przymus by mu się poddać. Popłynąć. I płynąć. Płynąć. Płynąć.
Wiem, znam te mechanizmy. Rozpoznaję je w sobie i swoich zachowaniach. Dawne emocje wracają. I każą znów siąść w swoim bagienku i krzyczeć:
– Ratuj! Uratuj mnie!

Ale nie. Nie tym razem. Nie dam się!

756 – terapia borderline: płacz, dziecięce mechanizmy i spóźnienie

Na środową sesję zaspałam. Obudziłam się o 10:44, czyli minutę przed terminem spotkania.
Oczywiście znów płakałam. Pan M. stwierdził, że moje mechanizmy i strategie radzenia sobie ze złym nastrojem i myślami samobójczymi tylko pogłębiają mój stan.
Jak nauczyć się nowych strategii? Tych dorosłych? Nie destrukcyjnych?
Myśli samobójcze wciąż silne. Przymus cięcia szaleje w najlepsze.
W przyszłym tygodniu też mam dwie sesje – poniedziałek i wtorek.
Terapeuta i psychiatra uważają, że powinnam iść do szpitala. Nie ukrywam, że najchętniej uciekłabym na zamknięty.
Mrówek załatwił mi wolne do końca tygodnia. Być może gdzieś pojedziemy. Bardzo się o mnie troszczy. Wzrusza mnie tym do tego stopnia, że pisząc to mam łzy w oczach. A może to cierpienie?
Dość mam tych kryzysów. Naprawdę, tak serdecznie dość. Chcę być zdrowa. Cieszyć się życiem, a nie szukać wzrokiem pętli na szyję!

755 – terapia borderline: kryzys i trudne tematy

Całą dzisiejszą sesję przepłakałam. Nie byłam w stanie się uspokoić. Mówiłam o tym, czego dowiedziałam się od mamy w weekend.
Przymus cięcia, silne myśli samobójcze, chęć zniszczenia siebie. To wszystko sprawiło, że poprosiłam o jeszcze jedną sesję w tym tygodniu.
Jutro o 10:45 znów widzę się z panem M.