858 – terapia borderline: uświadomienie traumy

Odkąd opowiedziałam na sesji o hospitalizacji w dzieciństwie z powodu zapalenia opon mózgowych, nie potrafię przestać o tym myśleć.
– Wraca pani do tego? – Zapytał pan M., gdy mu o tym powiedziałam na wczorajszej sesji.
– Raczej to wraca do mnie. Cały czas – w tamtym momencie poczułam, że czas poszerzyć jego wiedzę o to doświadczenie z nagością oraz prysznicem i, choć opór kazał mi milczeć, po chwili ciszy zebrałam się w sobie, artykułując to, co tak mnie męczy.
– Takie były wtedy procedury… Liczyło się tylko to, żeby jak najszybciej umyć te dzieci – skomentował łagodnym tonem z wyczuwalnym smutkiem w głosie.
Reakcja terapeuty sprawiła, że poczułam się zrozumiana, a pytanie, które padło chwilę później, uprawomocniło moje emocje.
– Odczuwa to pani jako traumatyczne doświadczenie? – Pierwszy raz o to zapytał. Nigdy wcześniej nie zadał mi takiego pytania. Chyba widział, że było to dla mnie trudne.
Odpowiedziałam, że nigdy tak o tym nie myślałam. Raczej podchodziłam do tego na zasadzie „byłam chora, wylądowałam w szpitalu” i tyle. Jednak przyglądając się swoim emocjom po tylu latach, widzę, że to było coś więcej niż przykre doświadczenie, które przeżyłam i zapomniałam. Nie, nie zapomniałam tak zdrowo i zwyczajnie. Ja to wyparłam, a mówiąc o tym na sesji, zdaje się, że otworzyłam puszkę Pandory. Nie potrafię wyzbyć się wrażenia, że jestem małym, nagim dzieckiem, które pragnie zwinąć się w kulkę i wcisnąć w najgłębszy i najciemniejszy kąt, by tylko pozostać niezauważonym.

Czyżby tamto doświadczenie to był mój zły dotyk?

851 – jak na promie do Neapolu

Od wczoraj znów jest źle. Wszechogarniający smutek i rezygnacja. Nie chce mi się nic i na nic nie mam siły.

Jest parę minut po dziewiątej, a ja od dwóch godzin siedzę na kanapie, popijam już drugą kawę i tępo gapię się w okno. Nie potrafię się do niczego zmobilizować. Jedyne, co zrobiłam, to nastawiłam rosół dla Mrówka, żeby był gotowy, jak wstanie. Oprócz tego nic. Leży koło mnie wydruk Granic obłędu, ale nie przeczytałam ani słowa. A żeby napisać tę notatkę, musiałam wznieść się na wyżyny samozaparcia.

Mój nastrój faluje – góra, dół, jeszcze większa góra, rów Mariański. Nie potrafię sobie z tym poradzić. Na ostatniej sesji pan M. powiedział, że prawie wcale nie mówię o swoich górkach, jakbym się bała, że może mi je odebrać.
– Nie mówię , bo one nie są problemem – odpowiedziałam.
– A ja myślę, że właśnie są dużym problemem i bezpośrednio wpływają na pani kryzysy. Kiedy czuje się pani dobrze, wierzy pani, że ma ogromną moc, ale kiedy okazuje się, że jej pani nie ma, staje się to nie do zniesienia do tego stopnia, że chce się pani zabić.
Hmm… może i ma rację. Postanowiłam, że będę więcej mówić o swoim hurraoptymizmie na terapii.

Rozmawiałam również z psychiatrą na temat rewizji diagnozy depresji nawracającej. Opisałam swoje górki i wahania nastrojów w sześciu i pół tysiącu znaków. Wyszły mi prawie dwie strony A4. Po zapoznaniu się z tą ścianą tekstu, lekarz zadzwonił, by rozwiać moje wątpliwości. Otóż, według niego, mimo dużego podobieństwa, nie jest to ChAD. A na pewno, nie typowy. Gdybym miała typowy ChAD, na zestawie leków, które biorę, po dwóch tygodniach wylądowałabym w psychiatryku z silną manią.
Według mojego psychiatry są to silne dekompensacje w przebiegu zaburzeń osobowości.

Tak czy inaczej, mam dość. Moje życie do złudzenia przypomina naszą podróż promem z Palermo do Neapolu. Nie sprawdziliśmy pogodny i okazało się, że nad Włochami tamtego dnia przechodził silny front, który przyniósł ze sobą ogromny sztorm. Wiał porywisty wiatr, morze było bardzo wzburzone i fale tak ogromne, a w konsekwencji promem bujało tak bardzo, że nawet załoga miała problemy z utrzymaniem równowagi. Restauracja i kawiarnia zostały zamknięte ze względów bezpieczeństwa. Jedynie bar pozostał otwarty, ale każdy musiał trzymać swoją szklankę w ręce, gdyż nie było najmniejszej szansy, by cokolwiek utrzymało się na stolikach i ladzie. Barman pozamykał wszystko, co się dało, bo naczynia co chwilę zjeżdżały z trzaskiem tłuczonego szkła na podłogę. I tak, właśnie tak wygląda moje życie. Chwila nieuwagi i wchodzą duże straty.

Morze uspokoiło się dopiero, gdy dopływaliśmy już do wybrzeży Neapolu. Nie chcę tak. Nie chcę zakończenia tego sztormu dopiero przed śmiercią. Pragnę spokoju, gładkiej tafli wody. I życia bez obaw, w którą stronę rzuci mnie tym razem i co się stanie za chwilę.

850 – terapia borderline: przepoczwarzenie

Ciężar i trud wczorajszej sesji się opłacił. Przepoczwarzył się dziś w dobry nastrój, poczucie lekkości i zadowolenia z siebie. A do tego zaowocował. Czym, zapytacie?

Do tej pory nie mogę przestać myśleć o tym, o czym rozmawialiśmy. Ale dzięki temu doszłam do trzech, bardzo ważnych dla mnie wniosków. Wszystkie dotyczą ojca. Podejrzewałam, że złe relacje z nim miały duży wpływ na moje zaburzenie, ale nie sądziłam, że to wszystko się tak łączy, a według mnie wszystko złożyło się w całość, stało się jasne i przejrzyste.
Autoagresja, autodestrukcja, tendencje samobójcze, nieszczęśliwa, trwająca ponad pół życia miłość do Marka, lęk przed bliskością, opuszczeniem… to wszystko ma swoje korzenie w tej właśnie nieszczęsnej relacji.
Dziś czuję się jak olśniona i wprost nie mogę uwierzyć, że wcześniej tego nie dostrzegałam!

I – lęk przed ojcem
Wiele razy pisałam o tym, że w relacji z ojcem czuję duży lęk. Że boję się go panicznie jak diabeł święconej wody. Nie był to strach, że mi coś zrobi, a właśnie lęk – paradoksalny, racjonalnie nie mający podstaw do bytu. A jednak.
Wczoraj uświadomiłam sobie, że cały ten lęk tak naprawdę związany jest z lękiem przed opuszczeniem, odtrąceniem, krytyką i odebraniem miłości.
Ojciec mnie kocha od dnia moich narodzin. Jednak w dzieciństwie, a szczególnie w okresie dorastania, był niedostępny emocjonalnie, zablokowany. Często mnie krytykował, a robił to w sposób agresywny i, niejednokrotnie, okrutny. W swoich oczach musiałam być idealna, by zasłużyć na jego miłość i nie zostać opuszczona. A to wpływało na istnienie lęku przed nim. Podświadomie bałam się, że, gdy zrobię coś nie tak, spotkam się z dezaprobatą z jego strony lub krytyką czy odrzuceniem wyrażonymi wprost, co z kolei przeżywałabym, jako kolejną stratę – ponowną utratę jego miłości i bliskości. To dlatego w jego obecności byłam wiecznie spięta, bałam się wygłaszać poglądy, sprzeciwiać się mu, czułam się jak na wiecznym cenzurowanym. Wiecznie oczekiwałam w napięciu na to, kiedy znów doświadczę z jego strony emocjonalnego opuszczenia.

II – koniec terapii uruchomił lęk przed utratą miłości ojca
Pan M. uważa, że ten silny kryzys sprzed paru dni i ta determinacja, by odebrać sobie życie mogły mieć swoje źródło w wizji zakończenia terapii. Natomiast mnie po pierwszym wniosku nasunął mi się drugi. Pan M. ma rację – myśli samobójcze i nasilone akty autoagresji to agresja do ojca skierowana przeciw sobie. A ich wyzwalaczem był lęk przed opuszczeniem spowodowany kończeniem terapii. Jak to się łączy? Ano bardzo prosto.
Fakt, że mamy z terapeutą ustalony termin ostatecznego rozstania uruchamia we mnie lęk przed opuszczeniem i utratą tej relacji. Po drugie, moja relacja z panem M. to, jak zauważałam wielokrotnie, praktycznie jedno wielkie przeniesienie relacji z ojcem. W swoim wewnętrznym świecie przeżywam terapeutę jako ojca, który w końcu jest emocjonalnie dostępny, nieopuszczający, nieodrzucający, wspierający i tak dalej. W momencie, gdy odezwał się we mnie lęk przed rozstaniem z terapeutą, pobudził on lęk przed utratą miłości i bliskości ojca. To z kolei spowodowało ogromną falę agresji i złości do ojca, ale nie potrafiąc jej przyjąć i przeżyć, skierowałam ją przeciw sobie. Podświadomie zaatakowałam w ten sposób ojca, co realizowało się w pragnieniu popełnienia samobójstwa, czyli ukaraniu ojca w sposób najbardziej dotkliwy – odebraniem mu jedynego dziecka, ukochanej córki.
Przecież to takie oczywiste!

III – miłość do Marka jako odtworzenie/przeniesienie relacji z ojcem
Natomiast dziś, do dwóch poprzednich, dołączył trzeci wniosek, który odkrył przede mną tajemnicę trwającej już osiemnaście lat nieszczęśliwej i niespełnionej miłości do Marka, której trzymałam się kurczowo i nie potrafiłam puścić. Trwała ona mimo niezaprzeczalnej miłości do Mrówka i faktu, że to właśnie jego wybrałam na życiowego partnera i nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy nie być razem.
Marka pokochałam od pierwszej chwili, gdy go zobaczyłam. Początkowo był to etap zakochania i wyczekiwania na coś więcej niż przyjaźń, która nas łączyła. Powiedział mi jednak wprost, że nic z tego nie będzie i nigdy nie będziemy razem. Ale mnie to nie przeszkadzało w cierpieniu z miłości. Obsesyjnie podsycałam to uczucie, nie pozwalałam temu płomieniowi zgasnąć. Marek, mimo upływu lat i braku kontaktu, funkcjonował w moim wewnętrznym świecie. Według terapeuty jego obraz i to uczucie ucieleśniało moje pragnienie platonicznej miłości, którą mógłby zniszczyć erotyzm. Zastanawiałam się wtedy, dlaczego tak ważnym elementem jest ta platoniczność i brak jakiegokolwiek seksualnego pożądania. Było to dla mnie niezrozumiałe. Aż do dzisiaj.
Jak grom z jasnego nieba wykiełkowała we mnie myśl, że to uczucie było tak naprawdę przeniesieniem lub odtworzeniem relacji z ojcem. Wszystko złożyło się w prostą układankę. Marek, mimo przyjaźni, emocjonalnie trzymał mnie na dystans, był niedostępny dla mnie, nieosiągalny i to miało się nigdy nie zmienić. A ja wciąż byłam tak głodna jego miłości. Tak jej pragnęłam i potrzebowałam, że, aby móc funkcjonować, wyobrażałam ją sobie, fantazjowałam o niej. Czyż to nie jest kopia relacji z ojcem, którego miłość, w swoich oczach, często traciłam, byłam jej głodna i wiecznie bałam się jej utraty? Z tej perspektywy fakt, że pragnęłam by ta miłość była platoniczna, jest oczywisty.

Jakie to wszystko jest, za przeproszeniem, kurewsko zagmatwane i popierdolone. Zaburzona relacja z ojcem wywróciła do góry nogami i zdeterminowała całe moje dotychczasowe życie. Z kolei nasza relacja była taka, jak podejrzewam, dlatego, że ojciec miał niedostępną emocjonalnie i apodyktyczną matkę. Ona z kolei pewnie też miała takiego rodzica lub rodziców, ale sięgamy w tym już do innych czasów i zupełnie innej mentalności. I tak ciągnęły się przez pokolenia te patologiczne relacje rodzinne, aż ich kumulacja doszła do mnie i tak mocno zaburzyła mój rozwój, że wyszła z tego nieźle pocharatana osobowość. Jak to określił pan M., mroczniejsza wersja dr Jeklly’a i mr Hyde’a, bo tamten przypadek, w porównaniu z moim, był lajtowy, hehe.

Już nie mogę się doczekać piątkowej sesji i chwili, gdy opowiem panu M. o swoich przemyśleniach. Ciekawa jestem, czy on myśli podobnie.

I znów wychodzi na to, że z czegoś złego wyszło coś dobrego. Może ten silny kryzys był mi potrzebny? Może te, jak to odebrałam, surowość, ostrość i powaga terapeuty, pomogły mi dostrzec to, co miałam cały czas przed nosem? Może moje życie musiało po raz kolejny zawisnąć na włosku, żebym w końcu zrozumiała, dlaczego sama mu wiecznie zagrażam?


Jakby to wielu powiedziało: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło!

849 – terapia borderline: wstrząśnięta, ale czy nie zmieszana?

Siedzę i płaczę nad sobą. Nad tym, co chciałam zrobić. To była bardzo trudna sesja.

Po wyjściu z gabinetu musiałam przysiąść na ławce przed klatką. Było mi tak ciężko i byłam tak wstrząśnięta, że musiałam zapalić fajkę i posiedzieć kilkanaście minut, by w ogóle dać radę dojść do domu. A co mnie tak rozwaliło?

Gdy usiadłam na fotelu, pan M. zapytał, co się ze mną działo od ostatniej sesji. Nie wiedziałam, jak to ubrać w słowa, więc po prostu powiedziałam, że naprawdę niewiele brakowało, żebyśmy się już nie spotkali. Po tym wyznaniu dosłownie odjęło mi mowę. W jednej chwili otoczył mnie mur tak gruby i wysoki, że nie potrafiłam nic więcej z siebie wydusić.
– Buduje pani napięcie? – Zapytał.
Pokręciłam głową, wciąż nie mogąc wydać z siebie głosu.
– To co pani robi? – Jego poważny ton sprawił, że poczułam się jak dziecko, które nie tyle coś przeskrobało, co zrobiło coś naprawdę niebezpiecznego i okropnego. Chciałam, naprawdę chciałam mówić, ale minęła jeszcze dobra chwila, nim przerwałam milczenie.
– W sumie uratowało mnie chyba to, że wypiłam dużo whisky i zasnęłam. Bo czekałam tylko aż Mrówek pójdzie spać…
– I jak pani to rozumie?
Po ciężkim westchnięciu przyznałam, że boję się o własne życie.
– A o życie bliskich się pani nie boi? – Terapeuta zupełnie zbił mnie z tropu tym pytaniem. No i się zaczęło… Kilkadziesiąt minut analizy mojego niedoszłego powieszenia się.

Temat samobójstwa przewija się na sesjach od lat. Ale pierwszy raz pan M. powiedział coś, co mnie naprawdę zdziwiło i jednocześnie mną wstrząsnęło. Otóż według niego, motywacją do zabicia się, jest ogromna ilość złości i agresji skierowanej przeciw ojcu. Zauważył, że żadna moja bliska relacja nie zmieniła się tak bardzo pozytywnie, jak ta z tatą.
– Wyobraża sobie pani, że mogłaby bardziej skrzywdzić ojca niż odbierając mu córkę? Jak by się wtedy czuł? Załamałby się, że nie uratował, nie ocalił swojego dziecka czy dlatego, że miałby poczucie winy? Potrafi sobie pani wyobrazić, jak wielkie brzemię dźwigałby do końca życia? Jak bardzo by cierpiał? – Jego pytania wydawały mi się wtedy bezlitosne. Wiedziałam, że mnie nie oszczędza i dobitnie chce mi pokazać, jak tragiczne konsekwencje miałaby moja śmierć. Z każdym pytaniem czułam się ciężej i byłam coraz bardziej wstrząśnięta. Chciałam, żeby już przestał. A on wciąż analizował tę sytuację, do bólu.

Dawno nie czułam tylu emocji na raz. Takiego chaosu. Mętliku – jak to nazwałam.
– Co to za mętlik? – Ciągnął mnie niestrudzenie za język, nie dając chwili wytchnienia. Wystarczyła chwila bez odpowiedzi, by podszedł mnie od innej strony. – Co się wyłania z tego mętliku?
– Najbardziej przerażenie, poczucie winy i porażki – powiedziałam zgodnie z tym, co czułam w tamtej chwili.

Podczas całej sesji nie uroniłam ani jednej łzy. Ani przez sekundę nie zapiekły mnie oczy, zapowiadając płacz. Ale coś we mnie, w środku, płakało, wyło z bólu, przerażenia i wstrząśnięcia.

844 – no i jak mam to zatytułować? Tragedia?

Od jakiegoś tygodnia jestem w dole. Co ja mówię, w Rowie Mariańskim.

Wtorkową sesję w całości poświęciłam śmierci i samobójstwie. Puściły mi wszelkie hamulce. Nie obchodziło mnie, czy pan M. zaraz złapie za telefon i zadzwoni po karetkę, żeby na sygnale zabrali mnie do psychiatryka. Miałam to gdzieś. Musiałam w końcu to z siebie wyrzucić.

Niestety, teraz, gdy tak bardzo potrzebuję spotkań z nim, pan M. wyjechał służbowo na tydzień. Także dzisiejszej sesji nie było, a ja widzę się z nim dopiero we wtorek. Niby mamy odrobić tę dzisiejszą sesję w przyszłym tygodniu. No, ale zobaczymy, jak będzie.

Dwa dni temu niespodziewanie do drzwi zadzwonił listonosz. Polecony. Już miałam jakieś złe przeczucia. Patrzę na kopertę – z Włoch. Czego mogą ode mnie chcieć Włosi po roku od mojej wycieczki tam? Otwieram i co widzę? MANDAT! Po jebanym roku sycylijska policja przypomniała sobie o mnie i przysłała mi mandat za wjechanie na buspas. Byli na tyle wspaniałomyślni, że jeśli opłata nastąpi w ciągu pięciu dni, zapłacę 98 euro, zamiast 200. Także 450 złotych poszło się jebać przez pieprzony buspas, którego nie zauważyłam.

Robiłam kontrolnie test Becka, co sugerował mi kiedyś psychiatra. Wynik? Bagatela 54 punkty i komentarz o ciężkiej depresji. Yupi, normalnie.

Nie mam siły jeść. Nie mam siły pracować. Łykam Lorafen jak cukierki i śpię, ile się da. Budzę się o 4 i nie mogę już zasnąć. Czy wierzę w świetlaną przyszłość? Wierzę w przyszłość na pasku.

Zaczęłam to wszystko analizować. Dlaczego ja, terapeuta i wszyscy dookoła widzimy, jak ogromne poczyniłam postępy, a jeden jedyny Mrówek uważa, że mi się pogarsza. Już to widzę, już to rozumiem – patrzymy na inne kryteria.

Przez te ponad pięć lat terapii zajmowałam się najróżniejszymi kwestiami i naprawdę udało mi się bardzo wiele zrozumieć i przepracować. Ale jeden temat zawsze traktowałam po macoszemu. Choć nie zdawałam sobie z tego sprawy i nie sądziłam, że nim muszę zająć się w szczególności. Chodzi mi o autodestrukcję i tendencje samobójcze. Bo kiedy wracało to samopoczucie, pogadaliśmy o tym, a potem przechodziło i zajmowaliśmy się czymś innym. A to właśnie mojej chęci i przymusowi zabicia się powinniśmy poświęcić najwięcej czasu.

Dlatego Mrówek nie zauważa we mnie zmian. Przymyka oko na te różne kwestie, które udało mi się przepracować. On widzi ogromną skalę mojej niestabilności. Powiedział nawet, że z roku na rok jest coraz gorzej. Gdy przychodzi dobry nastrój, latam pod sufit coraz wyżej, a kiedy odchodzi – spadam coraz niżej. Amplituda tej sinusoidy rośnie w zastraszającym tempie. Okres coraz bardziej się wydłuża. Częstotliwości już nie mierzę w minutach czy godzinach, no… czasem dniach. Teraz to kwestia tygodni, a nawet miesięcy. I biorąc pod uwagę to kryterium – rzeczywiście – pogarsza mi się.

Autoagresja też na dobre zagościła, rozgościła się pod naszym dachem. Łapa cała pocięta i poprzypalana fajkami. Rzygać się chce, jak na nią patrzę. I tak, macie rację, w tej kwestii nic się nie zmieniło. Terapia nie pomogła, bo nie mogła pomóc. Omijałam ten temat szerokim łukiem. Chyba panicznie bojąc się, że mogę tak na dobre pokochać życie. I odrzucić samobójstwo jako wyjście awaryjne.

Trening umiejętności DBT online

Zapraszamy wszystkie osoby wysoko wrażliwe, cierpiące z powodu zaburzenia osobowości Borderline lub pokrewnych problemów na pełny cykl treningu umiejętności DBT – w całości online. Trening będzie syntetycznym zebraniem wszystkich modułów:
– umiejętności ogólnych (analiza własnego zachowania)
– umiejętności związanych z uważnością (Mindfulness)
– tolerancji dolegliwości psychicznych (przetrwanie kryzysów bez ich pogarszania)
– regulacja emocji
– skuteczność interpersonalna.

Dla osób, które uczestniczyły uprzednio w niektórych modułach istnieje możliwość dołączenia tylko na jeden moduł. Zapisy i szczegółowe informacje:

alicja@poznawczo.pl
katarzyna.z@poznawczo.pl

lub pod numerem telefonu: 791 239 832

Warunkiem dołączenia do grupy jest kwalifikacja przez jedną z prowadzących oraz wpłacenie zaliczki w wysokości 100 zł (cena jednych zajęć) na poniższy numer konta:
Noesis Alicja Baranek
Zwycięstwa 56/6
44-100 Gliwice
06 1050 1588 1000 0090 7679 1970
Tytułem: trening DBT online, imię i nazwisko.
Pozostałe płatności można wykonywać za dany miesiąc z góry. (400 zł – 4 zajęcia po 2h każde).
Cały trening obejmuje 16 spotkań.
Koszt całego treningu umiejętności od października do lutego to 1600 zł.
Dla osób zdecydowanych na płatność z góry proponujemy solidny rabat w wysokości 320 zł.
Cały trening kosztować będzie wówczas tylko 1280 zł.
Koszt jednych zajęć przy jednorazowej wpłacie to 80 zł.

Informacje o prowadzących:

mgr Alicja Baranek – psycholog, certyfikowana terapeutka poznawczo-behawioralna (numer certyfikatu 463), terapeutka DBT po całościowym szkoleniu w B-tech (filia szkoleniowa Marsha Linehann Institute). Specjalizuje się w terapiach cbt tzw. 3 fali, szczególnie terapii zaburzeń osobowości z pogranicza, wykorzystując Terapię Schematów oraz DBT. Od ponad 2 lat nieprzerwanie prowadzi treningi umiejętności dla osób z diagnozą Borderline i pokrewnych. Należy do Polskiego Towarzystwa DBT i Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczych i Behawioralnych. Prowadzi szkolenia dokształcające dla terapeutów z tematyki DBT.
Współprowadzi ośrodek Poznawczo.pl
W wolnym czasie praktykuje jogę i wspinaczkę skałkową. Ma męża i dwoje dzieci, na których stara się praktykować wszystkie umiejętności związane z odpornością psychiczną.

mgr Katarzyna Ziółek-Jura – psycholog, w trakcie edkacji w 4-letniej szkole psychoterapii poznawczo-behawioralnej SWPS. Członkini PTTPB i PTDBT. Uczestniczy w zespole samokształceniowo-konsultacyjnym DBT. Spefjalizuje się w pracy z dziećmi i młodzieżą z zaburzeniami rozwojowymi. Prowadzi zajęcia psychoedkacyjne dla młodzieży i seniorów z Uniwersytetu Trzeciego Wieku.

Link do wydarzenia na FB:
» Trening umiejętności DBT online «

839 – terapia borderline: to nigdy pani nie przejdzie

W tym tygodniu miałam sesje dzień po dniu – wtorek i środa. Wtorkowe spotkanie niemal w całości poświęciłam mojej relacji z Mrówkiem. Jednak zahaczyłam również o problem chwiejności emocjonalnej.
– Cały piątek byłam na petardzie emocji z konferencji. I pół soboty. Siedzieliśmy sobie nad rzeką, piliśmy piwo i nagle jeb, zrobiło mi się tak okropnie smutno, wszystko straciło sens. Mam dość tych wahań nastroju. Jeszcze rozumiem, jakbym o czymś pomyślała, coś sobie przypomniała albo zinterpretowała na swoją niekorzyść jakąś pierdołę. Ale nic takiego nie miało miejsca – żaliłam się panu M., a wtedy on powiedział coś, co sprawiło, że poczułam się jeszcze bardziej chujowo.
– Ta chwiejność nigdy pani nie przejdzie – rzekł poważnie.
CO?! Że co? Jak to, kurwa, nie przejdzie? To będzie tak już do końca życia?! W tamtej chwili straciłam ochotę na cokolwiek. Pojawiły się nawet myśli rezygnacyjne, które delikatnie ocierały się o samobójcze.

Później rozmawiałam z B., moją bliską koleżanką. Nieco mnie pocieszyła, bo powiedziała, że jej wahania nastrojów przeszły zupełnie. Próbuję nie nastawiać się negatywnie i mieć nadzieję, że i mnie uda się wyjść z chwiejności. Cóż, pożyjemy, zobaczymy.

836 – terapia borderline: 28 maja 2021

Właśnie wróciłam z sesji i doświadczam całej gamy emocji. Od smutku, przez poczucie straty, rozpacz po wzruszenie, radość i poczucie bycia z siebie dumnym. A co to spowodowało? Ano już wyjaśniam.

Weszłam do gabinetu znowu spóźniona pięć minut. Szlag by to, im wcześniej zaczynam się zbierać, tym bardziej się spóźniam. Wyjaśni mi ktoś ten paradoks? Ale do rzeczy.

Gdy już wyjaśniłam panu M., skąd to dzisiejsze spóźnienie, zapytał mnie, jak się czuję, z racji tego ostatniego kryzysu. Stanowczo podsumowałam tamte dziesięć dni.
– Wróciłam z dalekiej podróży. Dziesięć dni od poniedziałku dwa tygodnie temu do wtorku w zeszłym tygodniu mam wycięte z życiorysu. Dosłownie – zaczęłam opowiadać o tym, co się działo. O paczce Lorafenu zeżartej w tydzień, cięciu, spaniu i płakaniu jako głównych aktywnościach. No, wiecie, o całym tym syfie, o którym tu pisałam.
Pan M. wcale nie był zły o ostatnią sesję, na którą przyszłam pijana. Wykazał się pełnym zrozumieniem.
– To nam tylko pokazuje, jak trudnym tematem jest dla pani rozstanie.
Przyznałam, że mnie to przygniotło.
– Wizja końca terapii stała się poczuciem końca… – zawahałam się, nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa.
– Wszystkiego – terapeuta dokończył za mnie, a ja mu przytaknęłam.
– No tak, nic, tylko położyć się do grobu – dodałam.
Zaczęliśmy rozmawiać o tym wyznaczeniu terminu zakończenia terapii.
– To jest tak, że terapia nie będzie trwać do końca życia – pan M. powiedział łagodnie, jakby nie chcąc znów wyzwalać we mnie burzy emocji.
– Tak, ja to wiem – odparłam stanowczo.
Pan M. wyjaśnił mi również, skąd się wzięła jego sugestia.
– Pani Aniu, kiedyś prowadziłem dłuższe terapie. Ale z doświadczenia wiem, że nie mają one sensu. Najwięcej udaje się wypracować przez te pięć, sześć lat. A dalsza terapia jest już ze szkodą dla pacjenta, bo wyrabia on w sobie przeświadczenie, że sam sobie nie poradzi. I tak naprawdę zaczyna się on uzależniać od terapii.
Wzięłam jego słowa na poważnie i podeszłam do nich racjonalnie. To, co mówił, miało sens. Spojrzałam na to zakończenie terapii z innej perspektywy.
– Wyznaczymy sobie na tyle długi okres, żebyśmy przepracowali temat rozstania. Myślę, że tak do wakacji powinniśmy zdążyć – ostatnie zdanie spowodowało, że w pierwszej chwili zdębiałam i próbowałam sobie przypomnieć, jaki mamy obecnie miesiąc i czy do wakacji zostało dużo czasu. Uświadamiając sobie po chwili, że jest wrzesień, odetchnęłam z ulgą.
– Ja myślałam o maju, bo w maju zaczynaliśmy – przyznałam szczerze, zdradzając wynik swoich tygodniowych rozmyślań na ten temat.
– Jasne, koniec maja będzie odpowiedni – terapeuta zgodził się ze mną, a ja w duchu się uśmiechnęłam, bo myślałam o początku maja. Wyszło więc na to, że podarował mi kilka spotkań w gratisie.
– Zakładając, że będziemy się spotykać we wtorki i piątki… – urwał, biorąc swój kalendarz i przekartkowując go. – Ostanie spotkanie wypada nam dwudziestego ósmego maja – rzekł i spojrzał na mnie.
Opadłam plecami na oparcie fotela, jednocześnie ciężko wydychając powietrze. Było mi dziwnie, nie potrafiłam nazwać tego stanu.
– No, dobrze. Skoro tak musi być, niech tak będzie – odpowiedziałam w końcu, przypieczętowując tym samym wspólne ustalenie daty naszej ostatniej sesji.

Tak więc 28 maja 2021 roku o godzinie 9:15 ostatni raz wejdę do gabinetu pana M. A punkt dziesiąta, zakończę swoją sześcioletnią indywidualną terapię psychodynamiczną z człowiekiem, którego polubiłam, któremu zaufałam, powierzyłam swój los i zaryzykowałam wpuszczenie go do mojego intymnego świata wewnętrznego.

Pan M. zachęcił mnie również do poszukiwania osób poza terapią, z którymi będę mogła pogadać. Żebym zobaczyła, że mogę rozmawiać o problemach nie tylko na sesji z terapeutą. Przyznałam, że mam taką jedną osobę (tak, tak, B., to o Tobie). Jednak stwierdził, że potrzeba ich więcej. Co przyjęłam z lekkim oporem.

Chce mi się płakać. Ale chyba bardziej ze wzruszenia niż rozpaczy. Choć, ciul wie, bo kłębi się we mnie tyle emocji, że trudno je wszystkie rozpoznać i nazwać.

Myślę, że ta data będzie dla mnie ważna z dwóch względów – będzie jednocześnie końcem i początkiem. Końcem leczenia psychoterapeutycznego i początkiem nowego etapu w życiu, w którym będę musiała dojrzale polegać na sobie i tym, czego się podczas terapii nauczyłam.

835 – terapia borderline: to kara!

Minął tydzień, a ja wciąż nie napisałam nic o zeszłoponiedziałkowej sesji. A działo się, oj, działo.

Jeszcze przed wyjściem z domu zatankowałam jakieś dwieście mililitrów białej Żubrówki. Na wyjście wzięłam ze sobą jeszcze setkę zmieszaną z colą. Zwykle droga do gabinetu zajmuje mi kwadrans. Tym razem jednak szłam o wiele wolniej, więc mogło mi to zająć kilka minut więcej.

Kiedy usiadłam na ławce przed klatką, w której mieszkaniu przyjmuje pan M., było około pięciu minut do początku sesji. Popijałam swojego drinka i paliłam papierosa. Z klatki wyszedł pan M. i witając się ze mną, gdzieś poszedł. Nie odpowiedziałam mu. Po chwili wrócił i powiedział, że zaprasza do środka. Jednak ani nie spojrzałam na niego, ani nie drgnęłam. Byłam całkowicie skostniała, a w głowie szumiał alkohol.

Wiedziałam, że nadszedł czas, by iść do gabinetu, ale nie potrafiłam się ruszyć. Rozpacz, lęk, złość, poczucie opuszczenia i odtrącenia oraz utrata poczucia bezpieczeństwa – to wszystko sprawiało, że naprawdę nie byłam w stanie wstać i przekroczyć progu gabinetu.

Po upłynięciu jakichś dziesięciu minut sesji, napisałam do terapeuty SMS-a, mimo niezbyt wyraźnego widzenia literek na klawiaturze telefonu.

Nie moge sie przymuc,przelamac,zeby wejsc do srodka. (pisownia oryginalna)

Chwilkę później w drzwiach do klatki pojawił się pan M.
– Zapraszam, jest już pani tak blisko. Czekam na panią.
Jego słowa, jakby skruszyły część oporu. Po jakiejś minucie, gdy dopaliłam kolejnego szluga, wstałam i poszłam do gabinetu.

Z samej sesji nie pamiętam wiele. Rozhisteryzowałam się, zaczęłam płakać i praktycznie nie przestałam przez kolejnych dziesięć dni. Oskarżałam, żaliłam się, atakowałam i wycofywałam.

– Nie dalej, jak miesiąc temu, powiedziałam panu, że się do pana bardziej zbliżyłam. I co? Dlaczego mnie pan za to karze zakończeniem terapii?! – Bełkotałam.
– Pani Aniu, nie należy tego rozpatrywać w kategoriach kary… – zaczął, jednak nie chciałam go słuchać. Byłam przekonana o swojej racji. Emocje we mnie kipiały, skraplając się w oczach w postaci niekończących się łez. Nic nie mogło mnie uspokoić, żadne słowa.

Kiedy wróciłam do domu, pocięłam się po raz kolejny, dopiłam colę z wódką i, powalona rozpaczą, poszłam spać.

Z tej dalekiej i niebezpiecznej podróży wróciłam dopiero w środę. Po dziesięciu dniach od sugestii pana M. o wyznaczeniu terminu zakończenia terapii. Ale o tym już wiecie.

834 – przememłane emocje lub ukrzyżowanie terapeuty

No, dobra.

Dziś odniosłam mały sukces. Pierwszy dzień od półtora tygodnia nie ryczałam. Od zeszłego poniedziałku było to jedyne zajęcie (oprócz spania), któremu poświęcałam zdecydowaną większość dnia. Ale nie, to nie tak, że przetrawiłam emocje. Przez dziesięć dni je memłałam, żeby w końcu przegryźć i przełknąć. Dopiero teraz zaczyna się etap trawienia.

Jestem dużo spokojniejsza. Na tyle, że również pierwszy dzień nie wzięłam Lorafenu. A ostatnimi czasy leciałam na maksymalnej dawce albo i powyżej (przepraszam, Doktorze).

Wczoraj po dwudziestej drugiej zadzwonił pan T. w odpowiedzi na moje wiadomości. Biedny pracoholik dopiero wrócił z pracy i właśnie wychodził z psem na spacer, więc nie rozmawialiśmy długo. Chciał się dowiedzieć, jak się czuję i, zapewne, wybadać, czy moje doniesienia o stanie zbliżającym się do tego sprzed hospitalizacji w lutym rzeczywiście mają rację bytu. Po usłyszeniu, że wybrałam się na sesję pod wpływem alkoholu, zażartował, że jednak sprawdzi się jego scenariusz (o którym pisał mi niedawno) i niedługo ukrzyżuję terapeutę.
– Może tak być – bąknęłam pod nosem, nieskora do żartów.
Ku jego uciesze, nie chciałam zmieniać leków z obawy, że może to przynieść więcej szkody niż pożytku. Gdyby sytuacja nie została opanowana, mam wpaść do niego za tydzień i pogadać.

Wciąż jestem senna i ogromnie kusi mnie ucieczka w sen, ale dziś już pracowałam nieco dłużej, choć robiąc przerwy co jakąś godzinę, półtorej.

Cały czas myślę o propozycji czy też sugestii pana M. o wyznaczeniu daty zakończenia terapii. Powoli zaczyna się we mnie rodzić myśl: cholera, a może on rzeczywiście ma rację? Może jestem już na to gotowa? Niesamowite, co? Przynajmniej nie odrzucam tego tak kategorycznie jak wcześniej. Myślę, że będziemy jeszcze o tym rozmawiać na sesji.

Zareagowałam bardzo gwałtownie. To była wielka nadreakcja, zupełnie nieadekwatna do sytuacji, a proces dochodzenia do siebie trwał niezwykle długo. Wiem. Nie zamierzam się jednak biczować. Po prostu wstanę, otrzepię się, wyciągnę wnioski i pójdę dalej.