858 – terapia borderline: uświadomienie traumy

Odkąd opowiedziałam na sesji o hospitalizacji w dzieciństwie z powodu zapalenia opon mózgowych, nie potrafię przestać o tym myśleć.
– Wraca pani do tego? – Zapytał pan M., gdy mu o tym powiedziałam na wczorajszej sesji.
– Raczej to wraca do mnie. Cały czas – w tamtym momencie poczułam, że czas poszerzyć jego wiedzę o to doświadczenie z nagością oraz prysznicem i, choć opór kazał mi milczeć, po chwili ciszy zebrałam się w sobie, artykułując to, co tak mnie męczy.
– Takie były wtedy procedury… Liczyło się tylko to, żeby jak najszybciej umyć te dzieci – skomentował łagodnym tonem z wyczuwalnym smutkiem w głosie.
Reakcja terapeuty sprawiła, że poczułam się zrozumiana, a pytanie, które padło chwilę później, uprawomocniło moje emocje.
– Odczuwa to pani jako traumatyczne doświadczenie? – Pierwszy raz o to zapytał. Nigdy wcześniej nie zadał mi takiego pytania. Chyba widział, że było to dla mnie trudne.
Odpowiedziałam, że nigdy tak o tym nie myślałam. Raczej podchodziłam do tego na zasadzie „byłam chora, wylądowałam w szpitalu” i tyle. Jednak przyglądając się swoim emocjom po tylu latach, widzę, że to było coś więcej niż przykre doświadczenie, które przeżyłam i zapomniałam. Nie, nie zapomniałam tak zdrowo i zwyczajnie. Ja to wyparłam, a mówiąc o tym na sesji, zdaje się, że otworzyłam puszkę Pandory. Nie potrafię wyzbyć się wrażenia, że jestem małym, nagim dzieckiem, które pragnie zwinąć się w kulkę i wcisnąć w najgłębszy i najciemniejszy kąt, by tylko pozostać niezauważonym.

Czyżby tamto doświadczenie to był mój zły dotyk?

851 – jak na promie do Neapolu

Od wczoraj znów jest źle. Wszechogarniający smutek i rezygnacja. Nie chce mi się nic i na nic nie mam siły.

Jest parę minut po dziewiątej, a ja od dwóch godzin siedzę na kanapie, popijam już drugą kawę i tępo gapię się w okno. Nie potrafię się do niczego zmobilizować. Jedyne, co zrobiłam, to nastawiłam rosół dla Mrówka, żeby był gotowy, jak wstanie. Oprócz tego nic. Leży koło mnie wydruk Granic obłędu, ale nie przeczytałam ani słowa. A żeby napisać tę notatkę, musiałam wznieść się na wyżyny samozaparcia.

Mój nastrój faluje – góra, dół, jeszcze większa góra, rów Mariański. Nie potrafię sobie z tym poradzić. Na ostatniej sesji pan M. powiedział, że prawie wcale nie mówię o swoich górkach, jakbym się bała, że może mi je odebrać.
– Nie mówię , bo one nie są problemem – odpowiedziałam.
– A ja myślę, że właśnie są dużym problemem i bezpośrednio wpływają na pani kryzysy. Kiedy czuje się pani dobrze, wierzy pani, że ma ogromną moc, ale kiedy okazuje się, że jej pani nie ma, staje się to nie do zniesienia do tego stopnia, że chce się pani zabić.
Hmm… może i ma rację. Postanowiłam, że będę więcej mówić o swoim hurraoptymizmie na terapii.

Rozmawiałam również z psychiatrą na temat rewizji diagnozy depresji nawracającej. Opisałam swoje górki i wahania nastrojów w sześciu i pół tysiącu znaków. Wyszły mi prawie dwie strony A4. Po zapoznaniu się z tą ścianą tekstu, lekarz zadzwonił, by rozwiać moje wątpliwości. Otóż, według niego, mimo dużego podobieństwa, nie jest to ChAD. A na pewno, nie typowy. Gdybym miała typowy ChAD, na zestawie leków, które biorę, po dwóch tygodniach wylądowałabym w psychiatryku z silną manią.
Według mojego psychiatry są to silne dekompensacje w przebiegu zaburzeń osobowości.

Tak czy inaczej, mam dość. Moje życie do złudzenia przypomina naszą podróż promem z Palermo do Neapolu. Nie sprawdziliśmy pogodny i okazało się, że nad Włochami tamtego dnia przechodził silny front, który przyniósł ze sobą ogromny sztorm. Wiał porywisty wiatr, morze było bardzo wzburzone i fale tak ogromne, a w konsekwencji promem bujało tak bardzo, że nawet załoga miała problemy z utrzymaniem równowagi. Restauracja i kawiarnia zostały zamknięte ze względów bezpieczeństwa. Jedynie bar pozostał otwarty, ale każdy musiał trzymać swoją szklankę w ręce, gdyż nie było najmniejszej szansy, by cokolwiek utrzymało się na stolikach i ladzie. Barman pozamykał wszystko, co się dało, bo naczynia co chwilę zjeżdżały z trzaskiem tłuczonego szkła na podłogę. I tak, właśnie tak wygląda moje życie. Chwila nieuwagi i wchodzą duże straty.

Morze uspokoiło się dopiero, gdy dopływaliśmy już do wybrzeży Neapolu. Nie chcę tak. Nie chcę zakończenia tego sztormu dopiero przed śmiercią. Pragnę spokoju, gładkiej tafli wody. I życia bez obaw, w którą stronę rzuci mnie tym razem i co się stanie za chwilę.

850 – terapia borderline: przepoczwarzenie

Ciężar i trud wczorajszej sesji się opłacił. Przepoczwarzył się dziś w dobry nastrój, poczucie lekkości i zadowolenia z siebie. A do tego zaowocował. Czym, zapytacie?

Do tej pory nie mogę przestać myśleć o tym, o czym rozmawialiśmy. Ale dzięki temu doszłam do trzech, bardzo ważnych dla mnie wniosków. Wszystkie dotyczą ojca. Podejrzewałam, że złe relacje z nim miały duży wpływ na moje zaburzenie, ale nie sądziłam, że to wszystko się tak łączy, a według mnie wszystko złożyło się w całość, stało się jasne i przejrzyste.
Autoagresja, autodestrukcja, tendencje samobójcze, nieszczęśliwa, trwająca ponad pół życia miłość do Marka, lęk przed bliskością, opuszczeniem… to wszystko ma swoje korzenie w tej właśnie nieszczęsnej relacji.
Dziś czuję się jak olśniona i wprost nie mogę uwierzyć, że wcześniej tego nie dostrzegałam!

I – lęk przed ojcem
Wiele razy pisałam o tym, że w relacji z ojcem czuję duży lęk. Że boję się go panicznie jak diabeł święconej wody. Nie był to strach, że mi coś zrobi, a właśnie lęk – paradoksalny, racjonalnie nie mający podstaw do bytu. A jednak.
Wczoraj uświadomiłam sobie, że cały ten lęk tak naprawdę związany jest z lękiem przed opuszczeniem, odtrąceniem, krytyką i odebraniem miłości.
Ojciec mnie kocha od dnia moich narodzin. Jednak w dzieciństwie, a szczególnie w okresie dorastania, był niedostępny emocjonalnie, zablokowany. Często mnie krytykował, a robił to w sposób agresywny i, niejednokrotnie, okrutny. W swoich oczach musiałam być idealna, by zasłużyć na jego miłość i nie zostać opuszczona. A to wpływało na istnienie lęku przed nim. Podświadomie bałam się, że, gdy zrobię coś nie tak, spotkam się z dezaprobatą z jego strony lub krytyką czy odrzuceniem wyrażonymi wprost, co z kolei przeżywałabym, jako kolejną stratę – ponowną utratę jego miłości i bliskości. To dlatego w jego obecności byłam wiecznie spięta, bałam się wygłaszać poglądy, sprzeciwiać się mu, czułam się jak na wiecznym cenzurowanym. Wiecznie oczekiwałam w napięciu na to, kiedy znów doświadczę z jego strony emocjonalnego opuszczenia.

II – koniec terapii uruchomił lęk przed utratą miłości ojca
Pan M. uważa, że ten silny kryzys sprzed paru dni i ta determinacja, by odebrać sobie życie mogły mieć swoje źródło w wizji zakończenia terapii. Natomiast mnie po pierwszym wniosku nasunął mi się drugi. Pan M. ma rację – myśli samobójcze i nasilone akty autoagresji to agresja do ojca skierowana przeciw sobie. A ich wyzwalaczem był lęk przed opuszczeniem spowodowany kończeniem terapii. Jak to się łączy? Ano bardzo prosto.
Fakt, że mamy z terapeutą ustalony termin ostatecznego rozstania uruchamia we mnie lęk przed opuszczeniem i utratą tej relacji. Po drugie, moja relacja z panem M. to, jak zauważałam wielokrotnie, praktycznie jedno wielkie przeniesienie relacji z ojcem. W swoim wewnętrznym świecie przeżywam terapeutę jako ojca, który w końcu jest emocjonalnie dostępny, nieopuszczający, nieodrzucający, wspierający i tak dalej. W momencie, gdy odezwał się we mnie lęk przed rozstaniem z terapeutą, pobudził on lęk przed utratą miłości i bliskości ojca. To z kolei spowodowało ogromną falę agresji i złości do ojca, ale nie potrafiąc jej przyjąć i przeżyć, skierowałam ją przeciw sobie. Podświadomie zaatakowałam w ten sposób ojca, co realizowało się w pragnieniu popełnienia samobójstwa, czyli ukaraniu ojca w sposób najbardziej dotkliwy – odebraniem mu jedynego dziecka, ukochanej córki.
Przecież to takie oczywiste!

III – miłość do Marka jako odtworzenie/przeniesienie relacji z ojcem
Natomiast dziś, do dwóch poprzednich, dołączył trzeci wniosek, który odkrył przede mną tajemnicę trwającej już osiemnaście lat nieszczęśliwej i niespełnionej miłości do Marka, której trzymałam się kurczowo i nie potrafiłam puścić. Trwała ona mimo niezaprzeczalnej miłości do Mrówka i faktu, że to właśnie jego wybrałam na życiowego partnera i nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy nie być razem.
Marka pokochałam od pierwszej chwili, gdy go zobaczyłam. Początkowo był to etap zakochania i wyczekiwania na coś więcej niż przyjaźń, która nas łączyła. Powiedział mi jednak wprost, że nic z tego nie będzie i nigdy nie będziemy razem. Ale mnie to nie przeszkadzało w cierpieniu z miłości. Obsesyjnie podsycałam to uczucie, nie pozwalałam temu płomieniowi zgasnąć. Marek, mimo upływu lat i braku kontaktu, funkcjonował w moim wewnętrznym świecie. Według terapeuty jego obraz i to uczucie ucieleśniało moje pragnienie platonicznej miłości, którą mógłby zniszczyć erotyzm. Zastanawiałam się wtedy, dlaczego tak ważnym elementem jest ta platoniczność i brak jakiegokolwiek seksualnego pożądania. Było to dla mnie niezrozumiałe. Aż do dzisiaj.
Jak grom z jasnego nieba wykiełkowała we mnie myśl, że to uczucie było tak naprawdę przeniesieniem lub odtworzeniem relacji z ojcem. Wszystko złożyło się w prostą układankę. Marek, mimo przyjaźni, emocjonalnie trzymał mnie na dystans, był niedostępny dla mnie, nieosiągalny i to miało się nigdy nie zmienić. A ja wciąż byłam tak głodna jego miłości. Tak jej pragnęłam i potrzebowałam, że, aby móc funkcjonować, wyobrażałam ją sobie, fantazjowałam o niej. Czyż to nie jest kopia relacji z ojcem, którego miłość, w swoich oczach, często traciłam, byłam jej głodna i wiecznie bałam się jej utraty? Z tej perspektywy fakt, że pragnęłam by ta miłość była platoniczna, jest oczywisty.

Jakie to wszystko jest, za przeproszeniem, kurewsko zagmatwane i popierdolone. Zaburzona relacja z ojcem wywróciła do góry nogami i zdeterminowała całe moje dotychczasowe życie. Z kolei nasza relacja była taka, jak podejrzewam, dlatego, że ojciec miał niedostępną emocjonalnie i apodyktyczną matkę. Ona z kolei pewnie też miała takiego rodzica lub rodziców, ale sięgamy w tym już do innych czasów i zupełnie innej mentalności. I tak ciągnęły się przez pokolenia te patologiczne relacje rodzinne, aż ich kumulacja doszła do mnie i tak mocno zaburzyła mój rozwój, że wyszła z tego nieźle pocharatana osobowość. Jak to określił pan M., mroczniejsza wersja dr Jeklly’a i mr Hyde’a, bo tamten przypadek, w porównaniu z moim, był lajtowy, hehe.

Już nie mogę się doczekać piątkowej sesji i chwili, gdy opowiem panu M. o swoich przemyśleniach. Ciekawa jestem, czy on myśli podobnie.

I znów wychodzi na to, że z czegoś złego wyszło coś dobrego. Może ten silny kryzys był mi potrzebny? Może te, jak to odebrałam, surowość, ostrość i powaga terapeuty, pomogły mi dostrzec to, co miałam cały czas przed nosem? Może moje życie musiało po raz kolejny zawisnąć na włosku, żebym w końcu zrozumiała, dlaczego sama mu wiecznie zagrażam?


Jakby to wielu powiedziało: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło!

849 – terapia borderline: wstrząśnięta, ale czy nie zmieszana?

Siedzę i płaczę nad sobą. Nad tym, co chciałam zrobić. To była bardzo trudna sesja.

Po wyjściu z gabinetu musiałam przysiąść na ławce przed klatką. Było mi tak ciężko i byłam tak wstrząśnięta, że musiałam zapalić fajkę i posiedzieć kilkanaście minut, by w ogóle dać radę dojść do domu. A co mnie tak rozwaliło?

Gdy usiadłam na fotelu, pan M. zapytał, co się ze mną działo od ostatniej sesji. Nie wiedziałam, jak to ubrać w słowa, więc po prostu powiedziałam, że naprawdę niewiele brakowało, żebyśmy się już nie spotkali. Po tym wyznaniu dosłownie odjęło mi mowę. W jednej chwili otoczył mnie mur tak gruby i wysoki, że nie potrafiłam nic więcej z siebie wydusić.
– Buduje pani napięcie? – Zapytał.
Pokręciłam głową, wciąż nie mogąc wydać z siebie głosu.
– To co pani robi? – Jego poważny ton sprawił, że poczułam się jak dziecko, które nie tyle coś przeskrobało, co zrobiło coś naprawdę niebezpiecznego i okropnego. Chciałam, naprawdę chciałam mówić, ale minęła jeszcze dobra chwila, nim przerwałam milczenie.
– W sumie uratowało mnie chyba to, że wypiłam dużo whisky i zasnęłam. Bo czekałam tylko aż Mrówek pójdzie spać…
– I jak pani to rozumie?
Po ciężkim westchnięciu przyznałam, że boję się o własne życie.
– A o życie bliskich się pani nie boi? – Terapeuta zupełnie zbił mnie z tropu tym pytaniem. No i się zaczęło… Kilkadziesiąt minut analizy mojego niedoszłego powieszenia się.

Temat samobójstwa przewija się na sesjach od lat. Ale pierwszy raz pan M. powiedział coś, co mnie naprawdę zdziwiło i jednocześnie mną wstrząsnęło. Otóż według niego, motywacją do zabicia się, jest ogromna ilość złości i agresji skierowanej przeciw ojcu. Zauważył, że żadna moja bliska relacja nie zmieniła się tak bardzo pozytywnie, jak ta z tatą.
– Wyobraża sobie pani, że mogłaby bardziej skrzywdzić ojca niż odbierając mu córkę? Jak by się wtedy czuł? Załamałby się, że nie uratował, nie ocalił swojego dziecka czy dlatego, że miałby poczucie winy? Potrafi sobie pani wyobrazić, jak wielkie brzemię dźwigałby do końca życia? Jak bardzo by cierpiał? – Jego pytania wydawały mi się wtedy bezlitosne. Wiedziałam, że mnie nie oszczędza i dobitnie chce mi pokazać, jak tragiczne konsekwencje miałaby moja śmierć. Z każdym pytaniem czułam się ciężej i byłam coraz bardziej wstrząśnięta. Chciałam, żeby już przestał. A on wciąż analizował tę sytuację, do bólu.

Dawno nie czułam tylu emocji na raz. Takiego chaosu. Mętliku – jak to nazwałam.
– Co to za mętlik? – Ciągnął mnie niestrudzenie za język, nie dając chwili wytchnienia. Wystarczyła chwila bez odpowiedzi, by podszedł mnie od innej strony. – Co się wyłania z tego mętliku?
– Najbardziej przerażenie, poczucie winy i porażki – powiedziałam zgodnie z tym, co czułam w tamtej chwili.

Podczas całej sesji nie uroniłam ani jednej łzy. Ani przez sekundę nie zapiekły mnie oczy, zapowiadając płacz. Ale coś we mnie, w środku, płakało, wyło z bólu, przerażenia i wstrząśnięcia.

848 – i znów chce się żyć!

Kto mi to wytłumaczy? Obudziłam się dziś przed szóstą. Z nową dawką siły, energii i radości życia. Zgłupieć idzie.

Po kryzysie ani śladu. Siedzę, uśmiechając się do świata, i nanoszę poprawki na „Granice obłędu”.

Dlaczego tak jest? Dlaczego przez kilka tygodni latam jak na skrzydłach, ciesząc się ze wszystkiego, a pewnego dnia budzę się przeklinając życie? Przez jakiś czas, leżąc w łóżku i nie mając siły się z niego podnieść, planuję samobójstwo. A potem znów, nadchodzi świt, który witam z uśmiechem na ustach i dziękuję za to, że żyję.

To okropnie męczące. Życie w ciągłej niepewności. W ciągłym lęku, że to, co dobre, skończy się jak nożem odciął. Że znów będę czyhać na własne zdrowie i życie. W imię czego? Cholernych wahań w biochemii mózgu? A może to coś innego? To bardzo, bardzo niebezpiecznie. Boję się, że kiedyś w takim stanie się zabiję. A ja przecież nie chcę umierać. Nie chcę umierać, bo tak bardzo kocham życie! Mam tyle marzeń i planów. I zamierzam je wszystkie spełnić! Boję się, tak bardzo boję się tych kryzysów…

845 – wciąż tu jestem

Wczoraj wszystko miało się skończyć. Definitywnie.

Miodowa whisky on the rocks z niefiltrowanym, a tłoczonym sokiem jabłkowym koiła podniebienie. Miała utulić mnie do śmierci.

Dziś miało po mnie zostać ścierwo wiszące na klamce z zamglonymi oczami, w których sama zgasiłabym blask.

Niestety, alkohol utulił mnie do snu. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Rano obudził mnie ogromny ból głowy, łzy złości na życie, które wciąż trwa oraz poczucie wstydu i winy za te wszystkie rozesłane pożegnania, w tym do terapeuty i psychiatry.

Pragnę ukojenia. Spełnienia obietnicy, jaką daje pasek na szyi, odcinający tlen. Pragnę unicestwienia. Pragnę niebytu. Pragnę…

844 – no i jak mam to zatytułować? Tragedia?

Od jakiegoś tygodnia jestem w dole. Co ja mówię, w Rowie Mariańskim.

Wtorkową sesję w całości poświęciłam śmierci i samobójstwie. Puściły mi wszelkie hamulce. Nie obchodziło mnie, czy pan M. zaraz złapie za telefon i zadzwoni po karetkę, żeby na sygnale zabrali mnie do psychiatryka. Miałam to gdzieś. Musiałam w końcu to z siebie wyrzucić.

Niestety, teraz, gdy tak bardzo potrzebuję spotkań z nim, pan M. wyjechał służbowo na tydzień. Także dzisiejszej sesji nie było, a ja widzę się z nim dopiero we wtorek. Niby mamy odrobić tę dzisiejszą sesję w przyszłym tygodniu. No, ale zobaczymy, jak będzie.

Dwa dni temu niespodziewanie do drzwi zadzwonił listonosz. Polecony. Już miałam jakieś złe przeczucia. Patrzę na kopertę – z Włoch. Czego mogą ode mnie chcieć Włosi po roku od mojej wycieczki tam? Otwieram i co widzę? MANDAT! Po jebanym roku sycylijska policja przypomniała sobie o mnie i przysłała mi mandat za wjechanie na buspas. Byli na tyle wspaniałomyślni, że jeśli opłata nastąpi w ciągu pięciu dni, zapłacę 98 euro, zamiast 200. Także 450 złotych poszło się jebać przez pieprzony buspas, którego nie zauważyłam.

Robiłam kontrolnie test Becka, co sugerował mi kiedyś psychiatra. Wynik? Bagatela 54 punkty i komentarz o ciężkiej depresji. Yupi, normalnie.

Nie mam siły jeść. Nie mam siły pracować. Łykam Lorafen jak cukierki i śpię, ile się da. Budzę się o 4 i nie mogę już zasnąć. Czy wierzę w świetlaną przyszłość? Wierzę w przyszłość na pasku.

Zaczęłam to wszystko analizować. Dlaczego ja, terapeuta i wszyscy dookoła widzimy, jak ogromne poczyniłam postępy, a jeden jedyny Mrówek uważa, że mi się pogarsza. Już to widzę, już to rozumiem – patrzymy na inne kryteria.

Przez te ponad pięć lat terapii zajmowałam się najróżniejszymi kwestiami i naprawdę udało mi się bardzo wiele zrozumieć i przepracować. Ale jeden temat zawsze traktowałam po macoszemu. Choć nie zdawałam sobie z tego sprawy i nie sądziłam, że nim muszę zająć się w szczególności. Chodzi mi o autodestrukcję i tendencje samobójcze. Bo kiedy wracało to samopoczucie, pogadaliśmy o tym, a potem przechodziło i zajmowaliśmy się czymś innym. A to właśnie mojej chęci i przymusowi zabicia się powinniśmy poświęcić najwięcej czasu.

Dlatego Mrówek nie zauważa we mnie zmian. Przymyka oko na te różne kwestie, które udało mi się przepracować. On widzi ogromną skalę mojej niestabilności. Powiedział nawet, że z roku na rok jest coraz gorzej. Gdy przychodzi dobry nastrój, latam pod sufit coraz wyżej, a kiedy odchodzi – spadam coraz niżej. Amplituda tej sinusoidy rośnie w zastraszającym tempie. Okres coraz bardziej się wydłuża. Częstotliwości już nie mierzę w minutach czy godzinach, no… czasem dniach. Teraz to kwestia tygodni, a nawet miesięcy. I biorąc pod uwagę to kryterium – rzeczywiście – pogarsza mi się.

Autoagresja też na dobre zagościła, rozgościła się pod naszym dachem. Łapa cała pocięta i poprzypalana fajkami. Rzygać się chce, jak na nią patrzę. I tak, macie rację, w tej kwestii nic się nie zmieniło. Terapia nie pomogła, bo nie mogła pomóc. Omijałam ten temat szerokim łukiem. Chyba panicznie bojąc się, że mogę tak na dobre pokochać życie. I odrzucić samobójstwo jako wyjście awaryjne.

843 – historia lubi się powtarzać…

Jesteśmy pokłóceni. On ogląda serial na Netflixie. A ja?

Ja siedzę w tej samej kuchni, na tym samym krześle, co w 2014 roku. Na tym samym miejscu, z którego pisałam notatki, jak bardzo nie chcę żyć. Przy tym samym stole piję, a jakże, piwo, tylko tym razem inne.

Nie ma we mnie nic. Prócz cierpienia, obijajacego się od wewnętrznej, przerażającej pustki. Nie chcę żyć.

Aż trudno mi uwierzyć, że rano była sesja. To wydaje się tak odległe… Całą przepłakałam. Nie potrafiłam spojrzeć na problemy racjonalnie. Pan M. powiedział, że znów wchodzę w rolę ofiary. Pewnie ma rację. Tylko ten ból, ten cholerny Weltschmerz nie są grane. To nie części roli, a prawdziwe życie.

Chciałabym odejść, zasnąć – teraz, już w tej chwili. Wczorajsze pocięcie się niewiele dało. Wiem, że tylko unicestwienie tego ciała i umysłu pozwoli przejść do wiecznej nicości, w której nie będzie już bólu, nie będzie wypalających oczy łez.

Siedzenie w tym samym miejscu, w którym katowałam siebie i swoje pijane ciało przed psychiatrykiem, sprawia, że wszystkie wspomnienia wracają. Że zastanawiam się, jakby to było nie żyć od tych sześciu lat. Nie napisałabym ani nie wydała żadnej książki. Nie poznałabym pana M. Ale i oszczędziłabym sobie tak niezliczonej ilości cierpienia. Nie potrafię spojrzeć na nic przychylnym okiem. A w mojej głowie wciąż krąży myśl, żeby doczekać do końca maja. Jeszcze te kilka miesięcy. A potem adieu pieprzony świecie.

Mój umysł ułożył sobie plan. Krzyczy mi do ucha, że nie potrafię i nie mogę żyć. Tylko doczekać do końca terapii. Nie robić tego panu M. i nie zabijać się, będąc u niego w terapii. Byle do czerwca. By w końcu móc powiedzieć sobie „dość!”.

842 – lorazepam krąży we krwi

Ciocia jest lekarką. Była dziś w naszym mieście i podrzuciła receptę na Lorafen.

Mrówek, samozwańczy naczelny psychiatra Rzeczpospolitej mnie zdiagnozował. Otóż, wbrew opinii wszystkich psychiatrycznych konowałów, u których byłam, mam ChAD. Ostatnio byłam w manii, bo mam dość mieszkania w zaniedbanej melinie i kupiłam karnisze, firanki i zasłonki do jednego pokoju. I jeszcze kilka kwiatków. Aa, no i latałam pod sufit. I energii miałam zbyt dużo.

A dziś przyszło gorsze samopoczucie. W moich standardach kwalifikujące się do wzięcia lorazepamu. A więc w jego oczach jest równia pochyła i tylko patrzeć, jak ucieknę na wakacje do psychiatryka. No tak, skończyła mi się przecież mania według jego własnego oka.

Pięć miligramów lorazepamu krąży we krwi. Krąży i krąży, jak po spirali. Coraz niżej i niżej… Ciągnąc mnie ze sobą – w dół. I już tylko myśli o autoagresji i autodestrukcji.

I przekonanie, że od czerwca nie dam sobie rady sama. Że po zakończeniu terapii nie poradzę sobie i się zabiję. I już nawet nie jest tak, że chcę walczyć i nie chcę umierać. Nie. Po prostu. Nie chcę czuć tego dojmującego cierpienia. I nienawiści. Do siebie. Do świata. Do życia…

841 – energiczny smutek

Ostatni czas owocował przeważnie dobrym, acz bardzo niestabilnym, nastrojem. Towarzyszyła mi sinusoida o dużej amplitudzie. Za to siła i energia – rozsadzały od środka. Mało śpię, wstaję o świcie i od razu siadam do pracy. Zawodowe programy zamykam po ośmiu godzinach. Odkąd mam działalność, nigdy tyle nie pracowałam.

Nasiloną niestabilność emocjonalną trzymałam na smyczy. Naprawdę, dawało się ogarnąć te wahania. Fakt, że w jednej chwili byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie, a minutę później łzy były dowodem na to, jak bardzo cierpię. Ale nie poddawałam się temu, nie brnęłam w to, nie pozwalałam sobie na zagrzebanie się w smutku i rozpaczy.

Aż do dziś. Z każdą godziną jest coraz gorzej. A ja mam wrażenie, że nie mam siły z tym walczyć. Zrezygnowana sięgnęłam do szuflady, by wziąć Lorafen. I co? Niemiła niespodzianka. Mrówek wyjadł blister do końca i zostawił puste opakowanie. I chuj, za przeproszeniem. Zostałam bez leku doraźnego…