Tag Archives: borderline objawy

508 – psychiatra

Byłam wczoraj u psychiatry. Już dawno tak wiele nie milczałam.
Wzrok wbity w jeden punkt i cisnące się do oczu łzy.
Powiedziałam o tych wszystkich myślach i impulsach, które z coraz większą siłą bombardują mi głowę.
– A ten przymus cięcia to żeby się pociąć czy zabić?
– Pociąć.
– A jak się będziemy zabijać?
– Tradycyjnie… – przyznałam, mając na myśli pętlę na szyi.
– To może szpital?
Nie. Nie chcę do zamknięcia. Nie chcę po raz trzeci kiblować za kratami. Jestem silniejsza niż kilka lat temu. Dam radę. Na pewno dam. Muszę…
Stanęło na zwiększeniu sertraliny do 200mg i Lorafenie 2,5 mg. Gdyby to nie pomogło, nowy neuroleptyk – Fluanxol. A gdyby i to nie dało rady – kraty.

506 – tak bywało

Wiem, że tak bywało. Pamiętam. Zdarzało się, że długo nie pisałam. Za każdym razem tak bardzo mi tego brakowało…
Może to znów kwestia rozpisania? Wyjścia z tej twórczej stagnacji. I nie mówię tu już nawet o pisaniu książki, którą porzuciłam po kilkunastu stronach. Ale choćby tu, na blogu.
Jak wiecie, pracuję zawodowo. Kilka godzin dziennie, z domu. Cała kreatywność i twórcza płodność poszły się jeb… Ale nic to. Pamiętam przecież, że tak bywało.
Kilka dni temu była premiera „Terapii u Doktorka”. „Autoterapia” jest na pierwszym miejscu w TOP 100 e-booków psychologicznych w Empiku. A mimo to nic nie cieszy. Patrzę z obojętnością na ten ranking i jest mi przykro – znów wrażenie, że już nigdy, przenigdy nie będę w stanie nic nowego napisać.
Terapeuta wyjechał na urlop. Wróci na koniec sierpnia. To będzie trudny czas. Bez kogoś, do kogo przyjście tak wiele mi daje, trzyma w ryzach.
Trwam w jakimś letargu. Działam automatycznie. Czuję się kompletnie pusta – bez myśli i emocji. Oprócz tego niewyobrażalnego smutku i bólu istnienia, który zjawia się znienacka i równie niespodziewanie odchodzi, pozostawiając jeszcze większą pustkę i brak sensu.
Ale to minie. Na pewno minie. Wierzę w to. Chcę wierzyć.
Trzymajcie się i nie dajcie się. W człowieku drzemie ogromna siła, o której tak często się zapomina.

502 – mazgaj

Co za z dupy dzień.
Wstałam do pracy o ósmej. Chwilę potem już siedziałam przy komputerze. I co? Przez dwie godziny nie zrobiłam nic. A nie, przepraszam – byłam bardzo zajęta. W końcu płacz, pieklenie się w myślach na los, żegnanie z pracą, pretensje do siebie, że nie umiem czegoś zrobić. A na końcu okazało się, że próbowałam robić nie to, co trzeba. A wtedy jeszcze więcej łez, rozżalenie, poczucie końca, utrata strzępków poczucia własnej wartości, pozbawienie życia sensu, myśli samobójcze i przymus autoagresywny. Lorafen nie pomógł.
Dlaczego każda moja praca musi się tak kończyć? I kończyć zanim na dobre zaczęła? Nie nadaję się do życia w tym kapitalistycznym świecie. Mam dość.
Chcę się schować w kołdrę i płakać. A potem rozpłynąć się, jak pod słońcem rosa.

501 – reakcja na słowa krytyki

To, że jestem nieodporna na krytykę jest faktem powszechnie znanym. Jednak skala hiperreakcji na nią zadziwia nawet mnie.
Dostałam dziś link do recenzji „Autoterapii” w Kuźni Literackiej.
Po przeczytaniu, życie nagle straciło sens i przestałam pisać „Bohemę” w połowie zdania (wspominałam, że zaczęłam pisać nową?).
Recenzja zawierała słowa konstruktywnej krytyki. Czy więc był powód do dziecinnej reakcji? W tej wypaczonej wersji rzeczywistości, owszem – był. Bo komuś się coś nie spodobało! Skoro więc nie wszystkim się podoba, nie będę pisać wcale. I takim sposobem łzy w oczy, nos na kwintę i siedzę naburmuszona. No ręce opadają.
I co z tego, że na końcu recenzji znalazło się zdanie:
„Niemniej jednak lekkość pióra Mrówczyńskiej, umiejętność opisywania emocji, a w efekcie również wyjście poza temat swojej „poranionej psyche”, mogą zaowocować w przyszłości konkretną literacką karierą” – to nieważne.
Liczy się przecież tylko wyłapanie tego, co złe i spotęgowanie do granic absurdu.
I jak tu z tobą żyć, Mrówczyńska?

A tu link do recenzji:

Recenzja „Borderline: Autoterapia, czyli…” w Kuźni Literackiej

500 – maruderka

Wybaczcie, ale przyszłam tu po to,żeby się nad sobą trochę poużalać. Może to mi pomoże?
Mam pracę, jaką chciałam. Robię to, co umiem i to z domu. I co? Pracuję tydzień. Te dni były przyjemne. Cieszyłam się, że mam tę fuchę. Aż tu nagle przyszedł dzisiejszy poranek. Łzy w oczach, przeklinanie budzika.
Ale zasiadłam do komputera. No i zaczęły się schody.
A bo nie wiem, a bo nie umiem, a bo nie rozumiem. Spirala zaczęła się nakręcać aż zostawiłam wszystko i zaczęłam płakać. I już, że wszystko jest bez sensu. Że żyć mi się nie chce. Że mnie zwolnią. Że sama się zwolnię. Że wszystko znowu psuję.
Miałam zacząć pracę nad „Bohemą” – książką, którą zaczęłam jakiś czas temu i porzuciłam. Ale dziś to nie jest dobry dzień na wychodzenie z łóżka.

498 – zmiany, zmiany

Trochę mnie tu nie było, a to dlatego, że dużo się dzieje.
Pracuję zawodowo kilka godzin dziennie i to zdalnie. Kończę pracować nad „Majką”. Ogólnie niby jest dobrze, momentami ociera się to o szczęście. Ale jest przeplatanka z kryzysami. Czasem chwilowymi, czasem dziennymi.
Niby nie jest źle. Odstawiłam arypiprazol. Czasem sięgam po lorafen.
Może to ta trzydziestka?
Przekroczyłam ją dwa miesiące temu i dziwnie się to składa z życiowymi zmianami.
A może to trzy lata leczenia i dwa lata terapii u obecnego terapeuty?
Nieważne – co. Ważne – jak. A generalnie jest dobrze. Tylko to uruchamia mechanizmy każące to wszystko zniszczyć, ale to już inna bajka.

494 – priorytety

Aż się dziś wzruszyłam i popłakałam, gdy rozmawialiśmy na temat dojrzałości. Że jedną nogą jestem w dorosłości, a drugą w dzieciństwie.
Coraz częściej myślę o założeniu rodziny. Ba! Jedną z motywacji w terapii jest wizja ślubu z Mrówkiem. Wiem, że tego nie wyklucza. W końcu nie zerwał zaręczyn. Po prostu muszę być bardziej normalna, zrobić większe postępy w leczeniu.
Codziennie uczę się kochać życie. I uczę się żyć.

493 – gdy jest źle

Czasem jest źle, tak bardzo źle, że stoję nad przepaścią i wszystko krzyczy:
– Skacz!
I wydaje się, że znikąd nie nadejdzie ratunek. Że to koniec. Tylko wyjście ostateczne jest rozwiązaniem. Ach, jak częste bywają te stany!
Nauczyłam się jednak sobie z nimi radzić. Uczę się nadal.
Skupiam się na życiu. I jak mantrę powtarzam:
– Wytrzymaj. Zaczekaj. Zobaczysz, będziesz się jeszcze z tego śmiać!
Te wyobrażone lub nawet autentyczne problemy zdają się nie do rozwiązania. A tydzień później można sobie powiedzieć:
– Aleś była głupia, że chciałaś umierać. Problemu już nie ma. A mogło nie być życia.

489 – bez benzo ani rusz

W kilku ostatnich dniach bez Lorafenu ani rusz. Nie potrafię sobie poradzić z przytłaczającym smutkiem, rezygnacją i poczuciem bezsensu.
Udało mi się wczoraj napisać trochę „Majki”. Przez chwilę byłam z siebie nawet zadowolona.
Usłyszałam od terapeuty kilka gorzkich słów. Słów prawdy, oczywiście. Siedziałam w tym gabinecie i chciało mi się nad sobą płakać.
Dziś jest kolejny dzień. Kolejne zmagania się z sobą. Z życiem. Z rezygnacją i suchym płaczem. I powtarzam sobie, jak mantrę:
– Pisz, pisz. Wiesz, że ci to pomoże.
Ale długopis zastygł nad pustą kartką.

487 – super moce

Kiedyś nie chciałam myśleć racjonalnie. Wydawało mi się, że jest to zbyt przyziemne. Że dzięki tym wszystkim lękom, nieracjonalnym zachowaniom, działaniem pod wpływem impulsu i emocji jestem wyjątkowa. Podsycałam dysocjacje. Depersonalizacja, derealizacja, wrażenie, jakbym właśnie poznawała tajemnicę Bytu, Istnienia, Sensu, Prawdy. Tę Prawdę przez wielkie „P” miałam znać tylko ja. I za nic nie chciałam tego oddać.
Teraz wiem, że z tym jest, jak z super mocami. Trzeba umieć je kontrolować. Spodobało mi się podejmowanie decyzji pod wpływem logiki, a nie emocji. Emocje przelewam na papier i, rzecz jasna, pozwalam sobie na ich odczuwanie. Tęsknię tylko czasem za depersonalkami. Kiedy czułam się tym, czym zawsze chciałam być – siłą pozbawioną ciała. Odkrywającą największe i najwspanialsze tajemnice wszechświata.