823 – naltrekson

W piątek wysłałam trzy na wpół rozpaczliwe SMS-y do pana T.
We wtorek wieczorem zadzwonił, że możemy się dzisiaj spotkać.

Rozmawialiśmy w gabinecie dość długo, debatując, co zrobić z tym cholernym stanem, w którym teraz jestem.

Ostatecznie stanęło na dołączeniu do obecnych medykamentów dodatkowej chemii w postaci naltreksonu. Już kiedyś brałam ten odpowiednik metadonu i czułam się lepiej.

Ciekawe, czy i tym razem coś pomoże…

A jutro wizyta u pana M.

816 – terapia borderline: nie mam już do siebie siły

Jak słowo daję, jeśli na następnej sesji się nie otworzę, to rezygnuję. Jestem na siebie zła, wściekła! Czuję się okropnie sfrustrowana. Dlaczego?

Praktycznie całą sesję przemilczałam. Nie odpowiedziałam nawet na zadane przez pana M. pytanie, o czym myślę. Chciałam, tak bardzo pragnęłam powiedzieć, ale nie potrafiłam.

Całą sesję zbierałam się do tego, by powiedzieć o swoich przemyśleniach. Przemyśleniach, o zgrozo, dotyczących naszej relacji. Kurwa, przecież ja nawet nie chciałam nic skrytykować! A po prostu stwierdzić fakt, że nie potrafię podzielić się z nim swoimi przemyśleniami. Że wypowiedzenie słowa „bliskość” w kontekście naszej relacji napawa mnie lękiem. Że boję się panicznie bardziej otworzyć, zbliżyć do niego, jakbym robiła coś złego. Jakby to było obrzydliwe i nie na miejscu. A przecież w naszej relacji nie ma ani krztyny romantyzmu czy erotyzmu ani z jednej, ani z drugiej strony. To jest mój terapeuta i tak go traktuję. Relacja z nim przypomina trochę relację matki z dzieckiem. Czy raczej dziecka z matką, bo przecież z mojej strony tak jest.

Chciałam, naprawdę pragnęłam mu o tym powiedzieć. Ale siedziałam zastygła, wzrok wbity we własne paznokcie u rąk splecionych i opartych o kolana. Wzrok… heh, przecież nawet ich nie widziałam – obraz zupełnie rozmyty za ciemnym filtrem lęku. Nie potrafiłam nawet przełknąć śliny! Odliczałam w kółko do trzech. Bo wymyśliłam sobie kiedyś sposób, by na trzy się odzywać. Nic z tego. Żadne trzy nie skończyło się nawet nabraniem większej ilości powietrza, by choć spróbować zainicjować mowę.

– O czym pani myśli? – Zapytał po długiej chwili milczenia.

A ja nic. Nawet nie drgnęłam. Odpowiedziałam mu w myślach. W myślach prowadziłam długi monolog, z którego do świata zewnętrznego nie przedostał się choćby pojedynczy dźwięk.

A w głowie wciąż słyszałam jego słowa: powinna pani mówić o tym, o czym nie chce pani mówić.

Mam dość. Nie mam już do siebie siły…

814 – łaknienie bliskości z panem M.

Jakże odmienny mam dziś nastrój od wczorajszego! Znów czuję się, jak oświecona, jak natchniona i czekająca tylko, by pobiec na sesję z panem M.!

– Czego się pani boi?
– Bliskości. Jej utraty… przerwania terapii…
– Że ja miałbym ją przerwać?
– Tak – przyznałam szczerze, ze wstydem w głosie.
– Ale to pani to robi, nie przychodząc na sesje.

Przecież to tak oczywiste!

Zawsze miałam tendencje do uprzedzania opuszczenia. Kiedy czułam, że coś jest nie tak, albo uciekałam, albo przestawało mi zależeć. Podobny mechanizm obserwuję na terapii. Ale teraz jestem silniejsza, bardziej świadoma. Potrafię się zatrzymać i temu przyjrzeć.

Oczywiście nadal jest we mnie szalenie dużo lęku i obaw, że terapia skończy się nagle, bez uprzedzenia. Albo że pan M. skrzywdzi mnie w jakiś sposób i nie będę sobie potrafiła z tym poradzić. Jednak ufam w jego mądrość, doświadczenie i profesjonalizm. To pozwala mi iść naprzód, krok po kroku, choćby malutkim.

Cieszę się, że trafiłam na tak wspaniałego terapeutę. I nie mogę się doczekać kolejnej sesji!

813 – terapia borderline: kierunek lęku przed bliskością – ujarzmienie

Spóźniłam się na dzisiejszą sesję, przed którą połknęłam aż 5mg lorazepamu. Inaczej nie dałabym rady tam pójść. Siedziałam na ławce przed klatką i paliłam papierosa, ostatecznie rozstrzygając, czy wejść do środka, czy jednak uciec, jak w poniedziałek. W końcu wstałam i poszłam na sesję.

Nie ściągnęłam okularów. Nie mogłabym mu spojrzeć w oczy, co zresztą mu pisałam. Tym razem pozwolił mi w nich siedzieć, nic na to nie powiedział. Także całą sesję oddzielały mnie one od spojrzenia pana M.

– Co to się ostatnio działo? – Zapytał od razu, gdy usiadłam.
– Nie wiem… – bąknęłam. – Myślę, że… że to ten lęk. Przed bliskością.

Dużo rozmawialiśmy o bliskości. O pochłonięciu przez drugą osobę. O utracie tożsamości. Zniewoleniu. Tak, to z tym kojarzy mi się bliskość.

Po dłuższej chwili milczenia, pan M. stwierdził, że wyglądam, jakbym czekała na karę. Przyznałam, że tak się właśnie czuję. Jak ktoś winny, zasługujący na karę.
– Za co?
– Za to, że w ogóle żyję. Zużywam tlen.

Na koniec pan M. powiedział, jak ważne jest to, żebym nie opuszczała sesji. Że będę widziała wtedy, że nie dzieje się na nich nic strasznego. A mój mózg przyzwyczai się w końcu, że to tylko fantazje, a nie realne życie.

812 – kiedy wychodzi z ciebie prawdziwy border

Ech, i cóż ja mam napisać. Narobiłam głupot, Znów. Nie, tym razem nie okaleczyłam swojego ciała, a relacje, które są dla mnie ważne.

Zaczęło się od czwartkowej sesji. Bardzo zabolało mnie to, że pan M. mnie upomniał.
W sobotę napisałam do niego długą wiadomość, w której wyjaśniłam, że przygotowuję się do sesji. Zresztą sami zobaczcie.

Panie M., myślę dużo o ostatniej sesji i Pana pytaniu, co bym chciała w sobie zmienić. Ehh… To nie jest tak, że nie przygotowuję się do sesji. Że przychodzę sobie tak oo i mówię o tym, co mi wpadnie do głowy. Założyłam sobie nawet zeszyt z tematami i przemyśleniami do poruszenia. Ale nie mogę, nie potrafię się przemóc, by wspomnieć o treści tych zapisków. Czuję się w naszej relacji dobrze, bezpiecznie, czuję się akceptowana. Mogłabym rzec nawet, że czuję się jak dziecko przy opiekuńczym rodzicu. Wiem, że nic mi nie grozi a mimo to, nie potrafię się przełamać. Chciałabym Panu tak dużo opowiedzieć. Wpuścić Pana do swojego świata wewnętrznego, żebyśmy wspólnie się mu przyjrzeli. Ale w gabinecie albo wszystko ucieka mi z głowy, albo czuję tak silny lęk, że nie potrafię otworzyć ust, nie mówiąc już o wyartykułowaniu tego, co mam na myśli. Stąd wziął się pomysł na list, który dałam Panu do przeczytania. Myślałam, że jeśli Pan go przeczyta, będę w stanie o tym rozmawiać. Niestety, do końca sesji się nie odezwałam. Już naprawdę nie wiem, co mam zrobić. Tak bardzo pragnę wpuścić Pana do tego mojego świata, dzielić się przemyśleniami, obawami, a jedyne co mi wychodzi, to głupie gadanie o sprawach bieżących albo pisaniu. Boję się, że tego nie da się zmienić… A naprawdę, tak bardzo mi na tym zależy. Bo ja chcę się wyleczyć. Naprawdę.

W poniedziałek nie poszłam na sesję. Terapeuta do mnie dzwonił, ale nie odebrałam. Napisałam mu tylko, że przepraszam, ale nie dałam rady. Pieprzony lęk przed bliskością dał się we znaki. Nie wyobrażałam sobie, że mogę spojrzeć mu w oczy. Cały dzień przepłakałam. Okłamałam szefa, że źle się czuję fizycznie i dlatego nie pracowałam.

Wieczorem napisałam do pana M. kolejną wiadomość.

Panie M., ja chyba wszystko zniszczyłam. Nie wyobrażam sobie, że mogę przyjść w czwartek do gabinetu. Czuję tak silny lęk i wstyd, że mnie to paraliżuje. Dziś cały dzień leżę w łóżku i płaczę, a Lorafen łykam jak cukierki. Nie mam siły. Tak bardzo nie mam siły żyć!

Terapeuta odpisał, że porozmawiamy o tym na sesji, ale następnego dnia rano ją odwołałam, motywując to tym, że nie dam rady. Po wzięciu Lorafenu, półtorej godziny później przyznałam, że nie chcę uciekać i przyjdę.

Drugą relacją, którą wystawiłam na próbę, była ta z psychiatrą. W niedzielę zasypałam go wiadomościami.

Nie dam rady iść jutro na sesję. Chyba wszystko zjebałam i to koniec.

Wróciły mi myśli samobójcze. Ale to chyba nie przez zmianę leków, a przez to, co dzieje się w moim życiu. Znów chcę rzucić terapię, z Mrówkiem się kłócimy, żadne wydawnictwo się nie odzywa… straciłam wiarę w sens pisania. Czy moglibyśmy pogadać kilka minut, jak znajdzie Pan czas?

Podjęłam decyzję. Kończę z terapią. I tak mi ona nic nie daje. W dupie mam już to wszystko. Jakby Pan znalazł chwilę wolnego i nie miał mnie dość, moglibyśmy chwilę pogadać? Zastanowić się, co dalej? Same leki? Czy szukać innej terapii?

W poniedziałek przed południem napisałam mu, że nie dałam rady iść na sesję.

Zadzwonił przed szesnastą, ale połączenie trwało tylko czterdzieści sekund, przez jego problemy z zasięgiem.

Punkt szesnasta, wysłałam w SMS-ie to, co napisałam do pana M. Po czym, w tej samej minucie wysłałam jeszcze dwie wiadomości.

I po prostu jest we mnie tyle wstydu i strachu,  że nie potrafiłam pójść.

Nie wyobrażam sobie, że mogłabym mu spojrzeć w oczy.

Potem były kolejne SMS-y.

Ja po prostu czuję, że to koniec. Koniec wszystkiego. Leżę i płaczę, choć nawet na to nie mam siły. Chciałabym zniknąć. Raz na zawsze.

Leżę w łóżku i płaczę. Szefa okłamałam, że źle się czuję fizycznie. Nie jestem w stanie pracować, myśleć, czytać, pisać. Tylko płacz mi wychodzi. Nie mam już siły, Doktorze.

Szkoda, że nie mogliśmy porozmawiać przez głupi zasięg. Tak bardzo potrzebuję z kimś porozmawiać, a do terapeuty nie mogę zadzwonić. Ja chyba zwariuję.

Kilka minut po dwudziestej pan T. ponownie zadzwonił. Rozmawialiśmy prawie dziesięć minut. Doktor starał się mnie uspokoić, ale znów ten cholerny zasięg…

We wtorek rano podziękowałam mu za te kilka minut rozmowy. Dzięki temu poczułam, że nie jestem sama.

Jest mi wstyd. Tak okropnie źle i wstyd. Zachowywałam się, jakbym była niespełna rozumu. Głupia idiotka…

811 – terapia borderline: dystans

Po dzisiejszej sesji nie mam najlepszego nastroju. Czułam na niej jakiś dziwny dystans pana M. do mnie. Może to przewrażliwienie, a może coś jest na rzeczy?

Na koniec sesji zapytał mnie, co bym w sobie jeszcze zmieniła. Znów pojawił się lęk przed zakończeniem terapii. Jednak zaczęłam wymieniać problemy, z którymi sobie jeszcze nie poradziłam.
– To proszę wnosić te tematy do sesji, bo te problemy same się nie rozwiążą – podsumował.
– Tak, wiem… – odpowiedziałam, czując się skrytykowana i odtrącona.

Bo przecież to nie tak, że ich nie wnoszę zupełnie. Po prostu nie wiem, jak je ugryźć. Czasem coś bąknę na jeden z tych tematów, ale nie wychodzi z tego dyskusja. Raczej tylko zasygnalizowanie problemu.

Także… po dzisiejszej sesji nie czuję się dobrze. To bardzo, bardzo niefajne uczucie. Mam ochotę płakać i więcej nie iść do gabinetu.

810 – złość

Dziś nie umiem sobie poradzić ze złością. Z całą nawałnicą złości. Złości, która wręcz przeistacza się w agresję.
Już obdarzyłam jednego z bohaterów Obłędu traumatycznych dzieciństwem pod postacią okrutnego i agresywnego ojca. Opisałam znęcanie się nad chłopakiem. To jednak pomogło tylko na chwilę.
Patrzę na blizny na nadgarstku i mam ochotę pociąć się jeszcze mocniej. Ale nic z tego. Nie ma żyletek i nie będzie autoagresji. To postanowione.

Znacie jakieś dobre sposoby na porażenie sobie z takim nawałem złości, kiedy to macie wrażenie, że zaraz wybuchniecie? Chodzi oczywiście o sposoby konstruktywne, nie autodestrukcyjne.

809 – terapia borderline: zakończenie terapii

Dziś na sesji stało się dla mnie coś bardzo ważnego. Udało mi się powiedzieć panu M. o przeniesieniu, o którym pisałam w poprzednim poście. Dlaczego to tak ważne? Ano dlatego, że czuję ogromny lęk przed tego typu wypowiedziami. Często jest tak, że mam jakieś przemyślenia, o których nawet piszę na blogu, jednak nie jestem w stanie ich zwerbalizować w gabinecie. Panicznie boję się uznania moich przemyśleń za błędne i mnie za głupka oraz przyznania, że pan M. jest dla mnie bardzo ważną osobą. Ja to wiem, on to wie, ale nie potrafię tego przyznać na głos.

Dziś jednak powiedziałam o przeniesieniu lęku.
– Znów chciałam przerwać terapię.
– Oo, naprawdę? A kiedy? – Pan M. wyraźnie się ożywił, wskazując tym na swoje zainteresowanie tematem.
– W poniedziałek czy wtorek… nie pamiętam.
– A co się stało?
I właśnie wtedy opowiedziałam mu o lęku związanym z opuszczeniem mnie przez Mrówka.
– I przeniosłam ten lęk na naszą relację.
– A z czym związany jest ten lęk?
– Że Mrówek mnie opuści, a pan zakończy terapię.
– I wolała to pani uprzedzić i sama ją zakończyć?
– Dokładnie.
I wtedy padły słowa, które sprawiły, że ogromny kamień spadł mi z serca.
– Pani Aniu, terapię będziemy kończyć razem.
Gdy to usłyszałam, poczułam radość i wewnętrzny spokój. Jeśli sama nie przerwę gwałtownie terapii, będzie ona trwać aż oboje uznamy, że mogę ją zakończyć. Niby to wiedziałam, zdawałam sobie sprawę z tego, że nie stanie się to nagle i nie będzie dla mnie zaskoczeniem. Jednak pierwszy raz pan M. powiedział mi o tym wprost. Potrzebowałam tych słów z jego ust.

Pochwaliłam się również wypieprzeniem z domu wszystkich żyletek.
– Bo chociaż dają mi one poczucie bezpieczeństwa, to wiem, że prędzej czy później zawsze ich użyję.

808 – przeniesienie

Fakt, że pan M. na ostatniej sesji nie odniósł się do mojej obawy, że straci do mnie cierpliwość, spowodował, że pojawił się silny lęk przed opuszczeniem. W reakcji na niego znów chciałam zrezygnować z terapii. Nie chciałam więcej do niego iść. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym usiąść w gabinecie i mówić lub choćby spojrzeć na niego. Włączył mi się przymus ucieczki.

Dziwnym trafem, lęk zniknął całkowicie, gdy pogodziłam się z Mrówkiem, z którym byłam bardzo pokłócona. Zaczęłam się nad tym zastanawiać i doszłam do wniosku, że miało tu miejsce przeniesienie. Bałam się, że opuści mnie Mrówek i przeniosłam te obawy na terapeutę.

Pamiętam, że była już taka sytuacja. Śniło mi się, że usłyszałam jak terapeuta mówi do swojego superwizora, że sobie ze mną nie radzi. Gdy opowiedziałam ten sen panu M., wyraził swoje przypuszczenie, że to przeniesienie obaw związanych z Mrówkiem.

Rzadko mi się to zdarza – przeniesienie. Tak mi się wydaje. A może go nie zauważam?

Tak na marginesie, nie mam w domu żadnej żyletki. Z satysfakcją wypieprzyłam wszystkie.

807 – terapia borderline: cięcie stoi w sprzeczności z terapią

Bałam się dzisiejszej sesji. W weekend narobiłam głupot. Pocięłam się we własne 33. urodziny. Napisałam do pana M., że rezygnuję z terapii.

– Pojawił się we mnie lęk, że straci pan do mnie cierpliwość – udało mi się wyartykułować swoje obawy w pewnym momencie sesji.
– Naszym celem jest to, żeby powstrzymywała się pani od działań autodestrukcyjnych – pan M. nie odniósł się do mojego lęku. – Cięcie stoi w sprzeczności z terapią. To działa na zasadzie uzależnienia. To tak, jakby pani ćpała i chodziła na terapię – poczułam, że chce mi dosadnie przekazać to, co ma na myśli. O dziwo, nie poczułam się skrytykowana ani zbesztana. Raczej upomniana, bym przypomniała sobie, jakie cele mi przyświecają.

Nie mówiłam dziś zbyt dużo. Terapeuta zauważył, że trudno mi opisywać to, co przeżywam. Przyznałam mu rację, stwierdzając, że zamknęłam się w sobie.

Większość sesji poświęciłam tematowi złości, którą wypieram z obawy, że pod jej wpływem stracę kontrolę nad sobą.

Wracając do domu, wyciągnęłam z plecaka paczkę żyletek, które nosiłam przy sobie od kilku miesięcy. Ściskałam ją mocno w ręce. Róg kartonowego pudełeczka wbijał się boleśnie w dłoń. Walczyłam ze sobą, powtarzając w myślach słowa pana M. Obiecałam sobie wtedy, że ten ból będzie ostatnim, jakiego doznam od tych żyletek. W połowie drogi powrotnej, wyrzuciłam je do kosza. W momencie otwarcia dłoni i wypuszczenia paczki poczułam ogromną ulgę. Jakbym pozbyła się części negatywnych, przykrych emocji.

Muszę jeszcze przeszukać swoje skrytki w domu. Wypierdolić każdą znalezioną żyletkę. Koniec z tym. Cięcie stoi w sprzeczności z moją terapią.