Tag Archives: borderline terapia

652 – terapia borderline: milczenie

Tak czekałam na tę sesję. Miałam tyle do powiedzenia, a w gabinecie milczałam.
– Ciężko było, prawda? – zaczął terapeuta mając na myśli sytuację sprzed dwóch tygodni i moje SMS do niego.
– Bardzo ciężko… – przyznałam.
Dlaczego nie chciałam iść do szpitala? Panie M., bo nie chciałam siedzieć tam miesiąc i testować kolejne leki.
– I znów, przesadziłam z cięciem i zrobiło mi się lepiej.
– Tak, jakby odreagowała pani jakieś emocje. Ma pani pomysł, jakie?
– Kilka dni się zastanawiałam i w końcu podjęłam decyzję o rozstaniu z Mrówkiem. Wtedy wpadłam w ten stan.
– Co pani wtedy czuła?
– Z jednej strony ulgę, ale z drugiej… smutek, rozpacz, tęsknotę.
– Nie wyobraża sobie pani życia bez Mrówka.
– Nie wyobrażam…
– Mocno się pani pocięła?
– Zależy, kilka razy tak.
– I duże są blizny?
– Niektóre…
– I to się stało wtedy, kiedy pani do mnie pisała czy później?
– Wtedy.
Pan M. mówił, gdy zapytał, co o tym myślę, nie potrafiłam się ustosunkować do jego wypowiedzi.
– Bo ja wiem… może… – odparłam po chwili.
– Pani Aniu, to tak, jakby pani nie interesowało co mam do powiedzenia.
– Czuję się słabo osadzona w rzeczywistości – odparłam po dłuższym milczeniu.
– Znów zamyka się pani w swoim świecie i nie interesują pani relacje z innymi ludźmi.
Siedząc tak, tak bardzo chciałam się otworzyć. Tym bardziej, że kolejna sesja 19 października, ze względu na nasz urlop.
Ale nie potrafiłam. Obraz rozmazany, zawroty głowy, poczucie nieznośnej lekkości, słowa terapeuty docierały do mnie, jak zza światów.
To zmarnowana sesja. Jest mi jeszcze gorzej.

651 – lęk przed sesją

Jutro sesja. W końcu. Tak długo nie mogłam się jej doczekać. A teraz jedyne, co czuję, to lęk.
Boję się, że pan M. odniesie się do tych rozpaczliwych SMS, które mu wysyłałam. Że jakoś mnie skrytykuje, powie, że mam więcej do niego nie pisać. Jestem pełna obaw i lęku.
Śniła mi się dziś terapia. W gabinecie oprócz nas, byli studenci. Przyglądali się temu, co mówię, a raczej, jak milczę. Pan M. mnie krytykował za tę ciszę.
Niech już będzie jutro po sesji…

648 – gdy nie ma terapeuty

Muszę przyznać, że to najgorsze wakacje od trzech lat. Jeśli chodzi o nieobecność terapeuty. Wcześniej nawet było mi lżej, gdy slyszałam:
– Pani Aniu, w przyszłym tygodniu mnie nie ma…
Ale nie w tym roku.
Czy to terapeuta wyjeżdża wtedy, gdy ja mam kryzys, czy ja mam kryzys kiedy go nie ma?
Oba scenariusze są tak samo prawdopodobne.
W tym roku wyjazdy terapeuty przeżyłam wyjątkowo boleśnie.

646 – szpital?

Psychiatra jest na urlopie poza Polską. Ale odpisał na kilka moich rozpaczliwych SMS. Mam iść do szpitala.
Nie chcę. Nie mogę znów dać się zamknąć na miesiąc albo i dłużej. Nie mogę sobie na to pozwolić. Choć z drugiej strony… Zupełnie sobie nie radzę. Nie potrafię przestać się okaleczać. Czuję, że moje życie jest zagrożone. Myśli samobójcze nie dają odetchnąć.
W domu brak wsparcia. Zresztą… Czego ja wymagam.
Nowe leki się nie sprawdziły. Stare już nie działają.
Nie wiem, co robić…

644 – Artykuł: Wpływ osoby psychoterapeuty na przebieg terapii

Wpływ osoby psychoterapeuty na przebieg terapii

Terapia psychodynamiczna. Dlaczego w jednej wyrwałam tylko dziewięć miesięcy, a druga trwa już ponad trzy lata? Odpowiedź jest prosta – głównym czynnikiem była tu osoba psychoterapeuty. Postanowiłam więc porównać obu terapeutów i pokazać Wam, dlaczego jedna z terapii została skazana na porażkę, a druga trwa od kilku lat i nic nie zapowiada, żeby nasza współpraca zakończyła się przedwcześnie.

Obaj całkowicie od siebie inni. Tak pod względem osobowościowym, jak i fizycznym. Wyglądem jednak nie będę się zajmować, mając na uwadze panów prywatność.

Styl bycia

Pan S. był bardzo powściągliwy. Siedział prosto, mało się ruszał. Nie śmiał się. Nie reagował spontanicznie. Zdawało się, że każdy jego ruch i słowo są dogłębnie przemyślane. To mnie dodatkowo usztywniało. Sprawiało, że nie mogłam złapać potrzebnej do rozmowy dawki luzu. Czułam się skrępowana i zastygałam na fotelu jak on.

Pan M. zachowuje się luźno. Siada wygodnie, zmienia pozycje, śmieje się, gdy powiem coś śmiesznego. Mam wrażenie, że jego wypowiedzi są spontaniczne, szczere.
Przy panu M. czuję się swobodnie i bardziej się otwieram. Przede wszystkim darzę pana M. sympatią i zaufaniem.

Podejście do SMS

Pan S. miał kategoryczne podejście do SMS. Nie akceptował ich, jeśli nie dotyczyły spraw formalnych, czyli odwoływania sesji. Gdy zdarzyło mi się coś napisać, nie odpisywał, a na sesji mnie za to „karcił”.
– Mam pustkę w głowie – powiedziałam.
– Ma pani pomysł dlaczego pojawił się lęk?
– Nie.
– Na pewno? Bo ja wiem. Wysłała pani do mnie SMS.
Mówił tak, jakby była to jakaś zbrodnia.

Pan M. również nie dopuszcza kontaktu SMS, jednak nie trzyma się tego tak restrykcyjnie. Gdy zdarzy mi się do niego napisać, np. że chce mi się ciąć lub nie mam siły żyć, odpisuje, że będziemy o tym rozmawiać na sesji. Jednak zawsze dodaje jakieś zdanie przed tą informacją, np. „rozumiem, że jest pani ciężko” albo „proszę starać się wytrzymać”. To sprawia, że nie czuję się zignorowana, a jednocześnie przypomina, że rozmowy dopuszczalne są tylko podczas sesji.

Reakcja na autodestrukcję i autoagresję

Pan S. początkowo próbował analizować moje zachowania destrukcyjne. Jednak po jakimś czasie najwyraźniej zaczęło go to przerastać, bo każde takie zachowanie karał brakiem sesji.
Powodowało to, że czułam się skarcona, odrzucona. To bezpośrednio doprowadziło do zerwania relacji terapeutycznej przez SMS.

Pan M. różnie reaguje na moją autodestrukcję. Raz nawet sarkastycznie zapytał:
– I co, pomogło?
Gdy opowiadałam mu o podwieszeniu się. Zazwyczaj jednak jest wspierający, bo wie, że tego właśnie potrzebuję. Nigdy nie karze mnie za takie zachowania. Nie daje mi po sobie odczuć, że zrobiłam źle. Ja to przecież wiem i dodatkowe besztanie nie jest mi potrzebne. I bez tego czuję się wystarczająco źle.
Zdarzało mi się również przychodzić na sesję pod wpływem alkoholu. Pan M. nie wypraszał mnie. Podczas sesji przyznawałam się do tego i wyjaśniałam, że chciałam mu bardzo coś powiedzieć, ale bez alkoholu nie dałabym rady. Nie krytykował tego, ale ja nie nadużywałam.

Podejście do dialogu

Pan S. podchodził do mnie bardziej analitycznie. Mniej skupiał się na dialogu, bardziej na wolnych skojarzeniach i analizie moich wypowiedzi. Mówiłam coś, po czym on to analizował. Nie za bardzo przypadło mi to do gustu.
Swoje analizy uważał za jedyne słuszne i ostateczne. Nawet, gdy się z nim nie zgadzałam, tak prowadził rozmowę, by mi to udowodnić.

Pan M. główny nacisk kładzie na dialog, wymianę myśli. Nie analizuje mnie i moich zachowań w tak oczywisty sposób. Rozmawia ze mną o tym. Przez to czuję się bardziej jak ktoś w relacji partnerskiej niż w relacji ucznia i mistrza lub rodzica i dziecka. Sprzyja to otwieraniu się i budowaniu zaufania. Pan M. otwarty jest na moje zastrzeżenia do jego wypowiedzi.

Odnoszenie się do własnej osoby

Pan S. nieustannie odwoływał się do swojej osoby. Jakby z góry zakładał, że reaguję w sposób typowy dla osoby z pogranicza. Ja miałam właśnie duże problemy żeby się do niego zbliżyć. A jemu się wydawało, że nie wyobrażam sobie życia bez niego.

Pan M. odniósł się do swojej osoby tylko kilka razy przez trzy lata. Na przykład pamiętam sesję, podczas której się nie odzywałam. Zamknęłam się w sobie i nie potrafiłam nic powiedzieć. Pan M. pochylił się w moją stronę i mówił. Nagle zapytał:
– Chyba nie chce mi pani sprawić przykrości?
Obserwował mnie dobrą chwilę pochylony w moją stronę, ale nie potrafiłam nic powiedzieć. Prawdę mówiąc, w tamtej chwili chciałam mu sprawić przykrość. A przynajmniej miałam to gdzieś.
Jest bardzo ważną osobą w moim życiu, jednak tego nie wykorzystuje i nie podkreśla.

Ogólne wrażenie i odczucia

Pan S. był w gabinecie sztywny i niespontaniczny. Powodowało to, że jeszcze bardziej się usztywniałam i zamykałam w sobie. Na sesjach miałam wrażenie, że musi się dowartościowywać moim kosztem. Często wmawiał mi, że jest dla mnie tak samo ważny jak Mrówek (mój narzeczony), a tak nie było. Czułam się traktowana przez niego jak obraz kliniczny borderline, a nie, jako ja, indywidualna jednostka.

Pan M. jest człowiekiem wyluzowanym, pewnym siebie. Czuć, że jest profesjonalistą. Czuję się przy nim bezpiecznie i swobodnie, jest wart zaufania. Nigdy nie wykorzystał nic co powiedziałam przeciwko mnie. W moim odczuciu traktuje mnie, jak indywidualną jednostkę, a nie obraz kliniczny.
Ufam mu jako specjaliście i wierzę, że przy jego pomocy się wyleczę.

Wnioski i podsumowanie

Osoba psychoterapeuty i jego osobowość mają w terapii ogromne znaczenie. Nie twierdzę, że pan S. nie był profesjonalistą. Po prostu nie pasowaliśmy do siebie. Nie potrafiłam z nim nawiązać odpowiedniej więzi i nasza relacja pełna była niedomówień i barier.
Przy panu M. czuję się swobodnie. Jego osobowość bardzo mi odpowiada. Dzięki temu i sposobowi, w jaki prowadzi terapię nasza relacja jest głęboka i oparta na zaufaniu. Chcę z nim dalej pracować, aż do wyleczenia.
Jednym z ważniejszych czynników mających wpływ na pomyślność psychoterapii psychodynamicznej jest odpowiednie dobranie terapeuty. Zatem, gdy w waszej relacji terapeutycznej coś jest nie tak, nie bójcie się zmienić osoby prowadzącej, bo bez zaufania i poczucia bezpieczeństwa nie osiągniecie swoich terapeutycznych celów.

Zapraszam do zakupu moich autobiograficznych książek w Empiku: KUP TERAZ

643 – terapia borderline: panika

– Poprosiła pani jednak o jeszcze jedną sesję. Dlaczego się pani zdecydowała?
– Bo… Wpadłam w panikę. W poniedziałek wieczorem pojawiły się myśli samobójcze. We wtorek tak samo. I przestraszyłam się, że ten zły nastrój wraca.
Potem zaczęliśmy rozmawiać o moich relacjach z ludźmi. Że jest we mnie paradoks. Z jednej strony pragnę kontaktu i go szukam, a z drugiej napawa mnie on lękiem i go unikam.
– Dobrze to było widać na poprzedniej sesji, prawda? – Zapytał terapeuta. – Zrezygnowała pani że spotkania ze mną, jakby nie było pani potrzebne. A jednak dzień później już chciała się pani spotkać.
Mówiłam o tym, że nie rozumiem ludzi. Sensu ich wypowiedzi, żartów. Nie wiem, czego ode mnie oczekują. Mam problem z wyczuciem, kto w jakim jest nastroju i jaki ma do mnie stosunek.
– Ważne dla nas jest, żeby się pani nie krzywdziła, kiedy źle się pani czuje, bo to tylko pogarsza pani stan.
Tak. To zdecydowanie jest ważne.
– Ostatnio była pani taka radosna. Dziś nic z tego nie pozostało.
– Bo ostatnio byłam młodym bogiem. Dziś jestem raczej smutnym szatanem.
– Dlaczego smutnym?
– Bo z jednej strony czuję się szczęśliwa, ale z drugiej… czuję, jakbym jedną nogą stała w dobrym nastroju, a drugą w rozpaczy.
– Nam chodzi żeby wzmocnić tę nogę, która stoi pani w szczęściu, prawda?
– No tak…
I tak się zakończyła sesja.

639 – terapia borderline: wypracowanie

Cześć i czołem moi Mili!
Spieszę donieść, że od wczoraj nastrój jest zgoła inny. Obudziłam się w dobrym humorze i znów jest moc!
– Jakbym rozmawiał z innym człowiekiem niż w tamtym tygodniu – zauważył terapeuta.
– Tak się czuję!
– Jak pani rozumie tę zmianę?
– Tydzień temu się nienawidziłam, a teraz… kocham siebie!
– Za co się pani nienawidziła?
Hmm, dobre pytanie.
– Ogólnie, za sam fakt, że istnieję.
– A teraz kocha się pani za sam fakt istnienia?
Chwilę milczałam, nie za bardzo wiedząc, co na ten temat sądzę.
– W zasadzie… Chyba tak – odrzekłam w końcu.
Dziś pan M. pobił jakiś rekord. Napisał o mnie chyba całe wypracowanie w swoim kajecie. Nie pamiętam, by kiedykolwiek tak dużo notował. I te jego pytania były jakieś takie… podchwytliwe.
– To jak, pani Aniu, widzimy się jeszcze w tym tygodniu? – Zapytał, mając na uwadze moją chęć powrotu do dwóch sesji tygodniowo. – Bo mnie w przyszłym tygodniu nie ma, także moglibyśmy się zobaczyć… dwudziestego dziewiątego sierpnia.
– Niech będzie ten dwudziesty dziewiąty.
Po co mi dwie sesje? Czuję się wyśmienicie!

630 – terapia borderline: kryzys i nienawiść

– O czym pani myśli? – spytał w końcu terapeuta, gdy siedziałam kilka minut po wejściu do gabinetu, wpatrzona w swoje dłonie.
Jeszcze chwilę milczałam.
– Wczoraj długo ze sobą walczyłam, żeby wyrzucić żyletkę. Ale w końcu to zrobiłam – rozpłakałam się. – Przed wyjściem tutaj pokłóciłam się z Mrowkiem. Powiedział, że jestem raczyskiem, które nawet świętego by wykończyło. Kiedy wyszłam z domu, kupiłam drugą. Nie mogłam się powstrzymać.
– Dawno nie była pani w tak złym stanie, prawda?
Przytaknęłam głową nie potrafiąc otworzyć ust.
Całą sesję płakałam.
– Nienawidzę siebie.
– Mówi to pani w taki sposób, jakby ta nienawiść była racjonalna a nie wynikiem pani zaburzenia.
– Krzywdzę ludzi.
– A robi to pani świadomie?
– Nie…
Po chwili zmieniłam temat.
– Gdyby nie ten Lorafen, powiesiłabym się. Czuję silny przymus.
– To ciecie i powieszenie, jakby miało być karą. Za to, że ma pani problemy i się źle czuje. Pani Aniu, ale wie pani, że to minie? To zawsze mija.
– Ja sie tylko zastanawiam jaki jest w tym wszystkim sens. Dobrze się czuć, żeby potem znów…
– Dlatego się pani leczy, prawda?
Przytaknęłam.

To była dla mnie kolejna bardzo trudna sesja. Na swój sposób trochę oczyszczająca, ale to raczej zasługa łez.
Następne spotkanie w poniedziałek.

Po przyjściu do domu nie usiadłam do pracy. Poszłam spać. Teraz robię obiad i znów idę się położyć. Nie mam siły żyć. Nie mam siły oddychać.

629 – po terapii

Jak wiecie, Pan M. namówił mnie na zrobienie pierwszego kroku i wyrzucenie żyletki.
Trochę się opierałam, myśląc, że jeszcze jeden ostatni raz.
W końcu połamałam ją i wyrzuciłam. Byłam z siebie dumna.
No i tu wkracza wszędobylskie „ale”.
Ale nie byłabym sobą, gdybym w tej chwili tego nie żałowała. Aż mnie w dołku ściska. Po co ja to zrobiłam?
No tak. Bo chcę z tym skończyć
Pan T. w czwartek wyjeżdża. Jeszcze nie wiem, kiedy znów nie będzie terapeuty.
Ciężko to czas, oj ciężki.

628 – terapia borderline: po przerwie

Wiem, że lubicie wpisy z sesji. Ale nie tym razem. Jestem rozbita na łopatki.
Pan M. mnie nie odtracił, choć sugerował szpital.
Po jego namowie postanowiłam wyrzucić żyletkę i zacząć walczyć.
Jutro rano kolejna sesja.
Z gabinetu wyszłam zapłakana. Aż pani w sklepie zapytała, czy coś się stało. Owszem, stało się. Po raz kolejny muszę się dźwignąć z tego cholernego bagna.