Tag Archives: borderline terapia

737 – terapia borderline: seks!

Na dzisiejszej sesji stało się coś nieprawdopodobnego! Ale zacznijmy od początku.
Kilka dni temu powiedziałam Mrówkowi, że brakuje mi romantyzmu. Zripostował to szybko:
– A mnie brakuje seksu.
Postanowiłam wtedy, że poruszę ten temat na sesji. Jak część z Was wie, to dla mnie bardzo trudny temat. Bałam się, że nie dam rady. A jednak!
Powiedziałam panu M. o tym, że Mrówkowi brakuje seksu.
– A pani? – Zapytał.
– Mnie nie. – Odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Rozmawialiśmy o moich doświadczeniach. O tym, że seks kojarzy mi się z czymś nieprzyjemnym a nawet z gwałtem.
– Nawet rozmowa na ten temat jest dla pani trudna, prawda? Mogliśmy to zaobserwować niejednokrotnie na sesji.
– To prawda… – Przyznałam.
Jednak, mimo oporów i trudu, dałam radę. Całą sesję przegadaliśmy o seksie! Nie mogę uwierzyć, że mi się udało.

735 – terapia borderline: smutek

Na początku sesji opowiedziałam panu M. o targach. Potem przyznałam, że wczoraj pojawił się smutek i nie wiem, skąd.
– A czy to nie jest normalne, że czasem się on pojawia? – Zapytał.
– Chyba jest…
– No właśnie, a pani na siłę próbuje znaleźć jego przyczynę.
Nigdy nie pomyślałam o tym w ten sposób. Że smutek nie musi mieć konkretnej przyczyny. I że jego pojawienie się nie zwiastuje nadchodzącej katastrofy.
– Ten smutek ma swoje źródła w dzieciństwie, dotyczy tego, co było. Bo nie ma konkretnej przyczyny w teraźniejszości, prawda? – Pan M. powtarzał to wiele razy.
Ale ja wciąż z uporem maniaka doszukuję jego przyczyn. Jakbym nie potrafiła zaakceptować, że smutek jest normalną emocją, która pojawia sie co jakiś czas także u zdrowych osób.

727 – terapia borderline: obojętność

Do gabinetu weszłam w dobrym nastroju.
– Od jakichś trzech tygodni dobrze się czuję – powiedziałam, a pan M. się uśmiechnął.
– Wygrzebała się pani z dużego kryzysu, prawda?
– Oj, tak.
Rozmawialiśmy o różnych sprawach. Skakałam z tematu na temat. Aż uchwyciłam się wspomnień z dzieciństwa.
– Boję się, co będzie, jak rodzice przeczytają Samobójstwo na raty.
– Dlaczego?
– Bo po przeczytaniu Psychiatryka rodzice stwierdzili, że część z moich wspomnień nie miała miejsca. A ja chciałabym wiedzieć, co jest prawdą… Czy to możliwe, że sobie to wymyśliłam? – Zadałam pytanie retoryczne.
– Czyli zaczyna pani wątpić w swoją prawdę?
– Trochę tak. Zawsze chciałam, żeby ktoś stanął z boku i powiedział mi, jaka jest prawda. Kto ma rację.
– Być może pani dzieciństwo nie było aż tak złe, jak pani pamięta?
– Ale ja nie twierdzę, że było złe. Mam też ogromną ilość dobrych wspomnień. Wiem, że rodzice mnie kochali i kochają i chcieli dla mnie jak najlepiej. Nie zakładam ich złej woli. Twierdzę po prostu, że były wydarzenia, które mnie bardzo zraniły.
– Może podać pani jakiś przykład?
– Kiedy miałam sześć czy siedem lat, byliśmy z rodzicami na wakacjach na polu namiotowym. Poznałam tam kolegę. Jego ojciec przyniósł raki. Bardzo chciałam zobaczyć, jak się je przyrządza. A rodzice w tym czasie chcieli, żebyśmy poszli na spacer. Zostałam jednak z kolegą. Kiedy wrócili, podbiegłam do nich. I usłyszałam, że mam iść do nowej rodziny, bo nie jestem już ich córką. Czy to możliwe, że sześciolatka sobie to wymyśliła? Albo kiedy byłam niegrzeczna i nie chciałam się uspokoić, rodzice udawali, że dzwonią do domu dziecka, żeby mnie zabrali.
– To bardzo brutalne słowa. Takie podejście ujawnia się w pani dorosłym życiu. Kiedy jest pani obojętna w stosunku do Mrówka i izoluje się, jest pani wtedy w stosunku do niego agresywna.
– No ja to wiem, teraz. Ale kiedy taka jestem, nie dostrzegam tego.
Pan M. uważa, że ranię, bo byłam raniona. Gdzie więc leży prawda? Czy moje wspomnienia są tylko moim wymysłem? Czy rodzice po prostu nie chcą pamiętać tych złych chwil? Czy kiedyś się tego dowiem?

724 – terapia borderline: znów w związku

Znów weszłam do gabinetu rozpromieniona. Spóźniłam się kilka minut.
– Pisałam i straciłam poczucie czasu – uśmiechnęłam się do pana M.
– Od rana?
– Tak. Trochę się pozmieniało – zaczęłam, mając na myśli sytuację w domu.
– Tak?
– Zeszliśmy się – powiedziałam z uśmiechem od ucha do ucha. – W tamten wtorek wieczorem długo rozmawialiśmy. Choć właściwie to Mrówek mówił… – zaczęłam relacjonować wydarzenia sprzed tygodnia.
– Cieszy się pani? – Spytał w końcu, gdy skończyłam opowieść.
– Bardzo! I znów poczułam ulgę. Najpierw ulga, że się rozstaliśmy, a teraz, że się zeszliśmy.
– Ja myślę, że ta ulga może być spowodowana tym, że zobaczyła pani, że może żyć bez Mrówka. Bo od jakiegoś czasu wyglądało to tak, że Mrówek nie chce z panią być, a pani jest na nim uwieszona i nie wyobraża sobie życia bez niego.
– Wiem – przyznałam.
To była dobra sesja.

721 – terapia borderline: rozstanie

O tym, że rozstałam się z Mrówkiem, pan M. dowiedział się od razu w sobotę, z SMS-a. Jednak chyba nie spodziewał się, w jakim nastroju przyjdę na sesję. Byłam rozpromieniona.
– Widzę, że nastrój się pani zmienił – zaczął.
Opowiedziałam mu o cierpieniach zeszłego tygodnia, pijaństwie i cięciu. Potem o tym, jak się rozstaliśmy.
– Chyba pani ulżyło, że w końcu zostało to nazwane, prawda?
– Bardzo!
– Ja tak myślę, że te ostatnie problemy w terapii to była zapowiedź tego. Że chciała się pani rozstać, ale nie ze mną, tylko z Mrówkiem.
Przyznałam, że jest to całkiem możliwe. A więc znowu projekcja!

Cóż mam Wam napisać. To było burzliwe jedenaście lat. Ale tak będzie lepiej dla nas obojga.

720 – terapia borderline: autodestrukcja

Na sesji mówiłam. W końcu. Nie było czarnych dziur i pustki w głowie. No, chwilami.
Tym razem rozmawiałam. A o czym? O autodestrukcji, rzecz jasna. Przecież o tym mogę nawijać godzinami, nie?
Problem w tym, że znów wrócił przymus powieszenia się. Ale nie, nie po to, by się zabić. A skrzywdzić. Poczuć ból i mieć śmierć na wyciągnięcie ręki. Poczuć w końcu kontrolę.
Pan M. nie wezwał policji ani nie odesłał mnie do psychiatry. Zna ten stan tak samo, jak ja. Wie, że nie chcę się zabić.
– A co panią powstrzymuje przed tym? – Zapytał w którymś momencie.
– Nie chcę robić sobie krzywdy – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Co nie powstrzymało mnie przed pocięciem się po powrocie do domu…

719 – terapia borderline: brak przełomu

Dziś nie wzięłam Lorafenu przed sesją. Stwierdziłam, że muszę to przeżyć bez znieczulaczy. Efekt? Nie przeczytałam listu.
Kiedy siadłam w fotelu, znów nie potrafiłam się ruszyć ani nic powiedzieć. Jednak nie przemilczałam całej sesji. Coś tam mówiłam, choć z wielkim trudem. Pan M. zadawałam pytania, a ja próbowałam na nie odpowiadać, choć szło mi różnie.
Przełomu nie było. Niemniej jednak, spotkanie nie należało do całkiem nieudanych.

717 – nie no, serio?

Jest piątek wieczór.
Powinnam mieć już napisany list na poniedziałkową sesję. A ja? W zupełnym proszku. Nie napisałam jeszcze ani jednego zdania. Nie mogę się za to zabrać, bo nie potrafię siebie przekonać, że go przeczytam. Wydaje mi sie to nierealne.
Mam przed oczami siebie wchodzącą do gabinetu. Ale czy trzymam w ręce list, by go przeczytać? Nie.
Czy wyjąć go przed wejściem, po wejściu? Złożyć na pół? A może na cztery? Lub nie składać kartki wcale, by była nieskazitelna?
Dlaczego ja zawsze rozmyślam o takich pierdołach?
Nie mam napisanego listu, którego odczytanie zapowiedziałam. Więc głupio byłoby się teraz wycofać i iść na sesję bez niego.
Zatem może nie iść wcale?

Jak ja to kocham…

716 – SMS do terapeuty

Dzień po tej milczącej sesji zdobyłam się na odwagę i napisałam do terapeuty.
„Panie M, znów się pocięłam. Czuję się tragicznie. Na sesji znów nie byłam w stanie nic powiedzieć, choć tak bardzo chciałam normalnie rozmawiać. Potrzebuję rozmowy z Panem, bo chyba wybuchnę. Tylko nie wiem, jak mam się przełamać. Czy mogłabym napisać to, co chcę powiedzieć i przeczytać na sesji? Może to pomoże mi się otworzyć ponownie…”

Zgodził się.
Teraz mam jeszcze większe obawy niż miałam. Odliczam dni. Muszę jeszcze raz napisać ostatni list.
Tylko… Jak ja go przeczytam?

715 – terapia borderline: kolejna przemilczana sesja

Stresowałam się tą sesją od tygodnia. Czułam silny przymus, by się pociąć. Jednak tego nie zrobiłam.
A siadając w gabinecie… zupełnie wyparowały mi z głowy wszystkie myśli. Znów siadłam nieruchomo, wpatrzona w swoje paznokcie.
– Nie chce pani ze mną rozmawiać? – Zagadnął terapeuta.
– Chcę… – szepnęłam.
– Jeśli nie wnosi pani żadnego materiału, ja nie mogę pani pomóc.
Tak, wiem. Wiem, że nie domyśli się, o czym myślę i co mnie gryzie.
Jednak nie potrafiłam przełamać milczenia. Układałam sobie w głowie dwa-trzy zdania, ale nie potrafiłam otworzyć ust, by je wypowiedzieć.
Czuję się beznadziejnie. Przez te trzy tygodnie brakowało mi terapii, a kiedy już na niej byłam, zmarnowałam szansę na rozmowę.
Jestem na siebie wściekła. Jeszcze bardziej chce mi się ciąć. I boję się, jak cholera, że tej relacji nie da się już naprawić…