Tag Archives: borderline terapia

592 – terapia borderline

Miałam dziś nadrogramową sesję. Poprosiłam o nią, gdyż nie mogłam już ze sobą wytrzymać. Męczyłam się.
Dawno nie miałam tak udanego spotkania. Nie tylko mówiłam – rozmawiałam na trudne tematy.
Wzięłam na tapet relację z Mrówkiem. To, że moje samopoczucie, poczucie własnej wartości zależy od niego. Że gdy jest źle – chcę umierać. Gdy jest dobrze, nie porusza się trudnych tematów.
– To widać też na sesji, prawda? – zapytał terapeuta. – Gdy pojawia się coś trudnego, zaczyna pani milczeć. Jakby traciła pani ochotę na rozmowę i pracę nad sobą. Jakby nie była pani zainteresowana kontaktem.
To prawda. Gdy tylko dzieje się coś nie po mojej myśli – uciekam. Albo do innego pokoju albo z relacji. Zamykam się w sobie. Odcinam się.
– A jakby pani chciała reagować w sytuacji kłótni z Mrówkiem?
– Właśnie ja nie wiem, jak powinno się reagować.
– Powinno, powinno. Pani Aniu, o tym jak się powinno reagować można poczytać w książkach i znaleźć rady. Ja pytam, jak pani by chciała zareagować.
To nie było dla mnie łatwe pytanie. Reaguję, jak przerażone dziecko skarcone przez rodzica. Nie, jak dorosła osoba.
– A już dawno nie jest pani dzieckiem, prawda?
Przytaknęłam.
Chciałabym się zachowywać, jak dorosły człowiek.
– Problem w tym, że myślę co innego niż czuję. Racjonalnie nie chcę sobie pozwalać na obrażanie mnie, ale emocjonalnie się temu poddaję.
– I myśli pani, że da się to zmienić?
– No ja mam taką nadzieję! – roześmiałam się, choć był to prawie śmiech przez łzy.

Mieliście tak? Udało się Wam pokonać taki schemat?

591

Terapeuta dziś stwierdził, że zachowujemy się z Mrówkiem w stosunku do siebie trochę psychopatycznie. Może…

Jakiś czas temu przypadkiem zgłosiłam się do eliminacji do tegorocznej Pracowni Prozy organizowanej przez Biuro Literackie. Myślałam, że wysyłam po prostu propozycję wydawniczą. Dziś przyszedł mail. Mój thriller „Uśpiona” został doceniony. Dostałam zaproszenie na warsztaty literackie jako jedna z 20 osób na 130 zgłoszeń.
Sukces? Może. Ja nie potrafię się z tego cieszyć. A na warsztaty nie jadę. Jestem pierdolonym dzikusem, który boi się ludzi.
„Czuję się jak przegrany śmieć” cytując Zeusa.
Czuję, że psychicznie i emocjonalnie zgniłam.

581 – terapia borderline: czy to koniec?

Muszę przyznać, że coraz niechętniej chodzę na sesje. Lubię swojego terapeutę, nie w tym rzecz.
Wydaje mi się, że nie mam już żadnych problemów. Jestem szczęśliwa, od autodestrukcji trzymam się z daleka. Z optymizmem patrzę w przyszłość.
O czym mam więc rozmawiać na sesji?
Dziś troszkę mówiłam, ale większość czasu milczałam. Było mi z tym dobrze. Po prostu.
I już nawet nie obawiam się tego, że terapia może się już skończyć. Czuję się, jakbym była gotowa na ten krok. Czy nie pochopnie? Przecież, gdy nadejdzie kryzys, a nadejdzie, nie poradzę sobie sama.
I tu wkracza niebezpieczny mechanizm. Gdy siedzę w gabinecie, myślę sobie, że kryzys byłby dobry – miałabym o czym rozmawiać. Szybko odganiam ten pomysł. Ale on i tak się pojawia.

580 – żal

Patrzę na swoje ręce i jest mi siebie żal. Minęły cztery lata leczenia. Kiedy przypomnę sobie, w jakim stanie byłam w kwietniu 2014, nie mogę uwierzyć, że przeszłam taką zmianę.
Nie pocięłam się od sierpnia. Zaczynam mieć obawy. Przez 16 lat mojej autoagresywnej „kariery” jeszcze nigdy nie udało mi się wytrzymać roku. Teraz mamy osiem miesięcy. Nie chcę tego zniszczyć!
Odkąd się leczę, nie próbowałam się zabić. To jest największy sukces, gdyż ja życie kocham! Wcale nie chcę umierać. Czasem po prostu ból był nie do zniesienia. Nie widziałam innego wyjścia. Teraz je dostrzegam.
Warto się leczyć i warto spełniać swoje marzenia! Życie mamy tylko jedno. Trzeba jak najlepiej wykorzystać ten czas.

575 – terapia borderline

U obecnego terapeuty jestem od prawie trzech lat. W tym czasie było dużo wzlotów i upadków. Było ogromne zaangażowanie i obojętność. Potoki słów i nieprzerwane milczenie. Były problemy i ich rozwiązania.
A teraz?
Teraz znów mam opory przed sesją. Dziś zastanawiałam się czy iść na nią, czy nie. Chciałam sobie zrobić wagary. Nie z powodu poczucia bezsensu terapii, nie z lęku przed powiedzeniem czegoś.
Dziś, po raz kolejny, miałam totalną pustkę w głowie. Zupełnie nie wiedziałam, o czym mam mówić. Tak jest od jakiegoś czasu.
Mimo to, poszłam. Nie mówiłam zbyt wiele, ale odzywałam się, rozmawiałam.
I po sesji jestem zadowolona, że nie poszłam na łatwiznę. Że podjęłam ten trud i wypełniłam swój obowiązek. Nałożony przecież przez samą siebie.

568 – przegrana

Leży przede mną 7,5mg arypiprazolu. Patrzę na to pół tabletki, jak na największe zło i jedyny ratunek.
Nie mogę, nie potrafię już żyć z tą pieprzoną anhedonią. Nie mam już siły tak bardzo nie mieć sił, jak teraz.
– Jest pani obojętne, czy pani żyje – podsumował wczoraj terapeuta.
Tak, jest mi obojętne. Choć pragnienie pisania jeszcze nie zniknęło, mam wrażenie, że zaraz to nastąpi. Pochłonie mnie absolutna nicość. Brak emocji. Brak sił witalnych. A na końcu brak motywacji, by to zmienić.
Nie mogę na to pozwolić. Nie mogę dać się pochłonąć tej czarnej dziurze.
Arypiprazol – wróg i ratunek.

563 – pytania o seks

Ostatnimi czasy terapia stała się dla mnie nieprzyjemna. Na sesje chodzę z pewną obawą.
Kiedy terapeuta po raz pierwszy od dłuższego czasu zapytał o seks, zamknęłam się w sobie. Nie chciałam na ten temat rozmawiać.
Od tego czasu na każdej sesji pada pytanie:
– Czy zmieniło się u pani coś w kwestii seksu?
Odpowiadam, że nie i nie chcę ciągnąć tematu. Pan M. jest jednak nieugięty.
Raz powiedział coś, czego nie potrafię sklasyfikować. Choć skłaniam się ku niefortunnej wypowiedzi.
– Nie byłoby dziwne, gdyby Mrówek przez brak seksu panią zostawił. Musi go to bardzo frustrować.
Wiem, że nie miał złych intencji. Jednak nieświadomie pobudził mój lęk przed opuszczeniem. Myśli, że Mrówek mnie zostawi urosły do gigantycznych rozmiarów. I nie umiem sobie z nimi poradzić.

562 – tak leci mi czas

Ostatnio mało piszę. To dlatego, że jestem bardzo zajęta.
Przed pracą przepisuję „Uśpioną”. Po niej – czytam książki o psychopatii, przygotowując się do pisania kolejnej książki o roboczym tytule „Bestseller”. Wspominałam już o tym?
Niestrudzenie uczęszczam na terapię. W kwietniu miną trzy lata mojej współpracy z panem M.
Po tym czasie mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że zmiana terapeuty była strzałem w dziesiątkę.
Leczenie bardzo mi pomaga. Jestem coraz normalniejszą osobą. Nie okaleczam się już, nie działam autodestrukcyjnie. Kryzysy nie są już tak silne i niebezpieczne, jak kiedyś.
Chwilami odczuwam szczęście. Choć wciąż jedną noga jestem w rozpaczy lub pustce. Ale to nic. To minie. Kiedyś na pewno.
Kochani, nie bójcie się leczenia. To najlepsze, co możecie dla siebie zrobić!

558 – terapia borderline: anhedonia

Sesję zaczęłam od ostatnich wydarzeń na Nanga Parbat.
– Całą sobotę śledziliśmy doniesienia z akcji ratowniczej. Trzymaliśmy kciuki za Tomka. Nie umiem dojść do siebie po tym, że stracił życie spełniając swoje marzenie.
Potem były łzy. W ukryciu. Za kurtyną włosów. Nie płakałam. Same leciały, gdy opowiadałam o smutku. O swoim złym stanie psychicznym.
– Ale kiedyś było gorzej, prawda? Pamiętam, jak się pani denerwowała, gdy mówiłem, że w takim stanie nie jest pani sobą. Ale teraz, gdy pani o tym opowiada, widać wciąż przywiązanie do tego nastroju.
Wyjaśniłam, że kiedyś nie chciałam czuć się lepiej. Teraz irytuje mnie, że nie potrafię się z tego otrząsnąć.
– Pisanie by pani pomogło, prawda?
Zrobiłam sobie dziś wolne. Po powrocie z terapii poszłam za radą terapeuty i wzięłam się za pisanie. Początkowo szło mi opornie, ale w końcu się rozpisałam. Jestem półtora rozdziału Uśpionej do przodu. Wysłałam tekst i okładkę „Samobójstwa na raty” do wydawnictwa. Ale nic mnie nie cieszy.
Pieprzona anhedonia.