925 – ciągłość osobowości

Jest u nas Fizia. Ciocia była wczoraj w mieście i ją podrzuciła. Niestety, dziś ją zabiera.
Kiedy tylko zobaczyłam mojego Fiziulka, od razu poprawił mi się nastrój. Usta wykrzywiły się w szczerym uśmiechu, a i na sercu zrobiło się jakby cieplej.
Ale na dłuższą metę nie potrafię się cieszyć. Świadomość, że zaraz znów jej nie będzie, odbiera mi całą radość z jej obecności.

Okropnie ciągnie mnie w autodestrukcję. Mam tak silną potrzebę, by się skrzywdzić, że już nie wiem, jak z tym walczyć. Agresja we mnie kipi. Wystarczy najmniejszy bodziec, a przez zaciśnięte zęby lecą „kurwy” i całe ciało się trzęsie. Ostatnio wszystko wyprowadza mnie z równowagi.

Doktor wciąż milczy. Szczerze? Straciłam już nadzieję, że mi odpisze i zaprosi na spotkanie. Zresztą… co by to dało? Może godzinną rozmowę, dzięki której rozładowałabym nieco napięcia i znów naprowadziła się na dobre tory. No, okej. Ale tak naprawdę mogłaby mi pomóc chyba tylko dłuższa hospitalizacja. A na nią obecnie nie mogę sobie pozwolić.

W pracy źle. Nawet bardzo. Nie jestem w stanie skupić się na najprostszych sprawach. Totalne rozkojarzenie. A naprawdę muszę się spiąć i dokończyć zlecenie w terminie. Tylko jak? Gdy patrzę w kod, łzy stają mi w oczach i mam ochotę pobiec do łóżka. Nakryć się kołdrą po sam czubek głowy i wyjść stamtąd za rok. Albo dwa.
I wciąż uciekam w sen. Najchętniej nie dopuszczałabym swojego umysłu do jawy. Jest zbyt zagrażająca, zbyt bolesna i zbyt niepokojąca. A ja czuję się za słaba, by stawić jej czoła.

Od kilku dni jadę na benzo. Tylko tak jestem w stanie znieść rzeczywistość. Jedynie poranki są do wytrzymania. Gdy piszę wspomnienia i wyobrażam sobie, że znów jestem w gabinecie. Albo że zaraz do niego pójdę.

Nieustannie powtarzam sobie, że muszę odróżniać nastrój od myśli. Że ważne jest zachowanie pewnej ciągłości i pamiętanie, że wciąż jestem tą samą osobą. Niezależnie od samopoczucia. Tylko tak trudno jest to przyjąć za prawdę, gdy czuje się coś zupełnie przeciwnego.

Jest mi tak cholernie ciężko…

Podziel się!

924 – ten ból…

Ten ból jest nie do zniesienia!

Wczoraj przespałam cały dzień. I całą noc. Dziś wstałam o piątej, czyli czwartej według czasu zimowego. Od razu siadłam do pisania.

Jestem na etapie wzmożonego cierpienia. Żałoba po utracie relacji daje mi się bardzo we znaki. Ostatnimi dniami nie mam siły żyć. Chcę zabić samoświadomość ucieczką w sen. Wiedza o własnym istnieniu mnie zabija. Rani tak bardzo, że chcę uciekać. Uciekać na oślep. I najlepiej rozwalić łeb o pierwszą lepszą przeszkodę.

Dlaczego to musi tak boleć?!

Pan M. przygotowywał mnie na „chwilowe pogorszenie” po zakończeniu terapii. Nie wspomniał jednak o kurewskim kryzysie, który będzie chciał odebrać mi życie. Nie, nie będę się wieszać ani próbować zabijać w inny sposób. Ale świadomość tego, co się stało, powoli mnie zabija. Jak w wyliczance „kocha, nie kocha”, po kolei odrywa płatki z kwiatka. Pozbawiając mnie jeden po drugim powodów do życia.

I miałabym podjąć kolejną?! Znów zaufać? Znowu latami się zbliżać? Żeby potem przechodzić to od początku? Nie, ja podziękuję. Aż tak nie nienawidzę życia.

Jedyny specjalista, z którym mogę jeszcze porozmawiać, to dr T. Tyle że on milczy. Nie odpisuje. Ale nie będę go zamęczać. Jedna wiadomość z prośbą o spotkanie wystarczy. Nie chcę go ostatecznie do siebie zrazić.
Przypominam sobie te spotkania z nim, które potrafiły trwać ponad godzinę. W zaciszu jego prywatnego gabinetu. Przerywane wychodzeniem na fajkę. Za każdym razem chciał mnie częstować swoimi Camelami, ale ja wolałam swoje, robione. Choć z czasem przerzuciłam się na czerwone Winstony setki.
Wspólne wyśmiewanie się z moim samookaleczeń czy myśli samobójczych – to było coś, co często potrafiło mnie jakoś postawić na nogi.

Tak bardzo potrzebuję z kimś porozmawiać. Choć tych nieskładnie wypowiadanych słów rozmową raczej nazwać nie można. Bardziej desperacką próbą wyrzucenia z siebie maksymalnej ilości cierpienia. I zawierzenia się pod czyjąś opiekę.

Tuż przed ostatecznym zakończeniem terapii pan M. i dr T. wysyłali mnie na zamknięty do psychiatryka. Wtedy nie chciałam o tym słyszeć. Ale teraz… Chyba nie sprzeciwiałabym się temu tak stanowczo.

Podziel się!

919 – maniana odwalona, można iść dalej

Ależ wczoraj odwaliłam manianę. Bo jakże by inaczej? Raz na jakiś czas odpierdolić trzeba, bo życie byłoby nudne, prawda?

Wczoraj coś się stało, mniejsza o to, co. Trzy tygodnie poprawnego prowadzenia się, poszły się jebać. Z punktu płacz, rzucenie się na łóżko i „nienawidzę życia! Chcę się pociąć! Chcę się powiesić! Chcę zdechnąć!”. I już, pisać książki nie będę. Na święta jechać nie będę, choć dzień wcześniej wykupiliśmy pobyt. W jednej chwili wszystko straciło sens, a ja poszłam spać o dwudziestej, nie jedząc nawet obiadu.
Skutek był taki, że wstałam dziś przed piątą. Powertowałam trochę zdjęcia z dzieciństwa i powzruszałam się na myśl, jaka byłam kiedyś szczęśliwa, radosna i beztroska, bardzo kochana przez rodziców.
Następnie zabrałam się za pisanie książki.
Wczoraj nieźle podniosłam ciśnienie Mrówkowi.
– I tak się wyleczyłaś, tak? Gratulacje. Sześć lat psu w dupę! – Zirytowała go moja postawa.
Ehh, muszę go przeprosić, jak wstanie.
Z pozytywów muszę odnotować to, że nie zrobiłam nic głupiego. Jedyne co, to łyknęłam dwa i pół miligrama lorazepamu, czyli jedną tabletkę dawki, którą biorę. To chyba niewielki koszt, prawda?

Nie byłabym sobą, a tym bardziej sobą po zakończeniu terapii, gdybym od razu nie zaczęła analizować swoich emocji oraz reakcji. Czy mieściły się w granicach tak zwanej normy? Czy miałam prawo i mogłam sobie pozwolić na takie zachowanie? No, dobra, wiem, że nie było to zbyt dojrzałe. Ale czy było chore? Normalnie zapytałabym o to na sesji, a tak… muszę żyć w niepewności i świadomości, że teraz sama wyznaczam standardy. Tylko czemu to musi być tak trudne i nieść za sobą tyle niepewności?

P.S. Dobrze, że ostatnio kupiłam klawiaturę odporną na zalania. W przeciwnym razie nie miałabym na czym pisać. Przed chwilą (jak to się, kurwa, stało?!) wylałam pół kubka kawy na rzeczoną klawiaturę. Taa… nie ma to jak machać przeszczepami w niekontrolowany sposób.

Podziel się!

918 – trzymaj głowę na powierzchni!

Kolejne dni mijają, jeden za drugim, zlewają się w jedno. Wstaję przed siódmą. Od razu siadam do książki i piszę do dziesiątej. Następnie włączam programy wykorzystywane w celach zarobkowych i pracuję do wieczora. Później szybkie zakupy, jakiś obiad. Potem film lub serial i spać. A rano znów od nowa.
Ale nie narzekam. Jestem wdzięczna organizmowi wspieranemu przez trzysta miligramów bupropionu i sto miligramów amisulprydu za to, że jakoś funkcjonuje. Że wystarcza mu pięć, sześć godzin snu, dzięki czemu mam czas na swoją pasję. A i umysł jest w ostatnim czasie łaskawy i nie gnębi mnie złym nastrojem ani kryzysem emocjonalnym.
Choć co jakiś czas zalewa mnie fala smutku, tęsknoty, pustki i poczucia straty, z całych sił próbuję utrzymać głowę na powierzchni. I owszem, czasem ochleję się tych emocji, ale mimo wszystko wciąż nie poszłam na dno.

Sroki odbudowują gniazdo na akacji, która rośnie koło naszego balkonu. W tym roku idzie im to opornie. Choć pracują codziennie od jakichś trzech tygodni, efektów jakoś nie widać. Czy to ta sama parka, która w zeszłym roku straciła jajo? Trudno stwierdzić, wszystkie wyglądają tak samo.

Nasz blok położony jest w stosunkowo niewielkiej odległości od rzeki. Od jakiegoś czasu na osiedlu słychać krzyk ptaków. Myślałam, że to rybitwy, ale nagrania znalezione na internecie obaliły tę tezę. To zdecydowanie odgłosy wydawane przez mewy. Doprawdy nie wiem, skąd się tu wzięły, bo mieszkamy daleko od morza. Niemniej jednak, zamykając oczy, można się poczuć jak nad Bałtykiem i chwilę pofantazjować, że jest się na wakacjach.

Wracając do pisania… pozwala mi ono na uporządkowanie sobie całej wiedzy, którą przekazał mi pan M. Sprawia, że przypominam sobie to, o czym zapomniałam. I tak sobie myślę, że gdyby nie te wszystkie notatki, to wszystko przepadłoby raz na zawsze w mojej niepamięci. A wtedy tak bardzo szkoda by mi było tych sześciu lat. Pisząc, cały czas się zastanawiam, czy mój były terapeuta przeczyta tę książkę. Choć w sumie na jego miejscu zeżarłaby mnie ciekawość, gdyby ktoś mnie opisał, a ja bym się z tym nie zapoznała. A jeśli przeczyta, to czy mu się spodoba? Czy uzna, że jest wartościowa? Że coś za sobą niesie? I nie, nie tworzę laurki dla niego. Po prostu uważam, że jest znakomitym specjalistą, który pomógł mi w znacznym stopniu, choć początkowo tego nie dostrzegałam. Dopiero nabierając dystansu zaczynam widzieć, ile dla mnie zrobił i jak zmieniłam się pod wpływem jego słów. Setek tysięcy słów, które wypowiedział przez te wszystkie lata po to, żebym nauczyła się żyć, przestała siebie zabijać i mogła zacząć doceniać to, co mam.

Tak więc ze wszystkich sił utrzymuję głowę na powierzchni i trwam. I staram się żyć, jakby miało nie być jutra, lecz dziś nie kończyłoby się nigdy.

Podziel się!

916 – „Walcząc o życie”: naruszenie tabu

Przed chwilą skończyłam pisać trzeci rozdział. Z tej okazji, łapcie jego początkowy fragment.

Czternaście lipcowych sesji zaczęłam od myśli samobójczych i okaleczenia się. Kiedy tylko weszłam do gabinetu, od razu się do tego przyznałam.
– Bardzo się pani pocięła?
– Normalnie – bąknęłam, jakby była to najzwyczajniejsza w świecie czynność, ale panu M. to nie wystarczyło, chciał wiedzieć więcej. Ja jednak milczałam. Bo co niby miałabym powiedzieć?
– Na ręce się pani pocięła? – Nie odpuszczał.
Potwierdziłam i wtedy padło pytanie, które momentalnie podniosło mi ciśnienie i przyprawiło o mdłości.
– Może mi pani pokazać?
Nie powiem, spanikowałam, nauczona doświadczeniem, że specjaliści każą sobie pokazywać samookaleczenia i nie przyjmują odmowy. A dla mnie to było jak naruszenie tabu. Jak coś niestosownego i ingerującego nawet nie tyle w prywatność, co wręcz w intymność. Pokazanie ran po samookaleczeniach dla większości ludzi ich dokonujących jest niezwykle trudne. To tak, jakby się rozebrać i stanąć przed kimś nago, bez jakiejkolwiek możliwości ukrycia swoich niedoskonałości. Choć poziom intymności w przypadku autoagresywnych ran jest chyba jeszcze wyższy. Żeby to zobrazować, powiem Wam, że Mrówek wie o mnie praktycznie wszystko, widział mnie w każdym możliwym stanie. I mimo bycia z nim w związku od czternastu lat, wciąż nie potrafię odkryć przed nim świeżych ran. Blizny – okej. Ale nigdy rany. Mało tego, nawet teraz, opisując to po sześciu latach, czuję się nieswojo. Serce zaczęło bić szybciej, jakby przygotowując ciało do ucieczki. I znów pojawiły się mdłości.
Na szczęście pan M. nie naciskał, gdy z moich ust błyskawicznie padła odmowa. Wycofał się i zapytał, czy mogę o tym opowiedzieć. To też było trudne, ale już nie niemożliwe. Cicho i ze wstydem odparłam, że zrobiłam około dwudziestu nacięć.
– Żyletką?
– Tak… – cichutko mruknęłam pod nosem.
– Wstydzi się pani pokazać? – Znów zrobiło mi się niedobrze. Tak bardzo nie chciałam o tym rozmawiać. Tylko półgębkiem rzuciłam, że i tak mam opatrunek, więc nic by nie zobaczył. Miałam szczerą nadzieję, że zostawi już ten temat. A mimo wszystko, po dłuższej chwili milczenia, dodałam, że obudziwszy się tego dnia, wcale nie żałowałam tego, co zrobiłam. Mało tego, pocięłam się znowu.
– Tego drugiego razu też pani nie żałuje?
– Nie potrafię.
– Kiedy się pani tnie, pani Aniu, to trochę bezsensu są nasze spotkania. No, bo czemu one mają służyć? – W tamtej chwili spanikowałam po raz drugi. Byłam gotowa uciec z gabinetu i więcej tam nie wracać. Serio? Zapowiadała się powtórka z rozrywki? Pan M. zrobi tak, jak pan S. i też powie, że mam nie przychodzić na sesję, gdy zadziałam autoagresywnie? Milczałam, zastanawiając się, czy to nie jest wspominany kilkukrotnie przez terapeutę początek końca.
– Nie chcę do tego wracać, bo wiem, jak to się skończy – w końcu powiedziałam szczerze.
– Jak się skończy?
– Zacznę się ciąć codziennie, będę czuła się coraz gorzej aż wyląduję w szpitalu.
– No, tak… – powiedział, po czym zapytał, jak się czuję, ale nie umiałam udzielić odpowiedzi. Poprzedniego dnia byłam z siebie zadowolona, bo zaczęłam pisać książkę, ale w tamtej chwili… nie wiedziałam. Pana M. zainteresowało to, czy pocięłam się przed pisaniem czy po. Odrzekłam, że przed, bo kiedy piszę, czuję się dobrze.
– Co jeszcze pani pomaga?
– Praca.
– A poza pracą?
– Nie wiem…
– Sprawia pani wrażenie takiej bezradnej.
– I tak się czuję.
– Brzmi pani, jakby nie miała teraz na siebie pomysłu.
– Bo tak jest.
– Najważniejsze jest to, pani Aniu, żeby się pani nie cięła i nie piła alkoholu. Tylko wtedy może pani stopniowo odzyskać kontrolę nad swoim życiem.

Podziel się!