147 – równia niepochyła

Jest źle.
Nic nie cieszy. Bo i cieszyć nie ma co.
Słowa się nie kleją.
Każde wymyślone zajęcie trwa najwyżej pięć minut.
Uciekam w sen. Biorę to na przeczekanie.
Zgodnie z sugestią pana M. staram się nie uruchamiać spirali samoudręczających myśli. Różnie to wychodzi.
Jest stabilnie źle. Ale to chyba dobrze. Stabilność jest bezpieczna.
Bo jest, prawda?

Podziel się!

146 – przyzwyczajenie

– Jak tak rozmawiamy to mam wrażenie, że pani sama pogłębia ten depresyjny nastrój myślami.
– No czasami tak.
– Pani Aniu. Proszę pamiętać, że na nastrój może nie ma pani za bardzo wpływu. Za to na myśli jak najbardziej.

– Co on tam pieprzy – pomyślałam w pierwszej chwili.

Po przyjściu do domu postarałam się jednak nie myśleć o smutku. I o dziwo, udawało mi się zapominać, że źle się czuję.

To wraca.
– Zawsze tak jest. Jak jest dobrze to potem jest źle.
– Ale chyba zdaje sobie pani sprawę z tego, że cały czas nie może być dobrze?
– No oczywiście. Ale gdy nie jest dobrze, powinno być neutralnie. A nie tragicznie.
– Domyślam się, że taki stan rzeczy musi napawac panią lękiem.
– Nie.
– Nie?
– Mam tak połowę życia, więc się przyzwyczaiłam…

Podziel się!

144 – czy psychoterapia boli?

Czytałam. Słuchałam, co mówią. Wyobrażałam sobie. Domyślałam się. Że terapia boli.

Tymczasem okazało się, że jest to dla mnie bardziej wysiłek intelektualny. Bólu, jako takiego, przez półtora roku doświadczyłam niewiele.
Może dlatego, że jestem bardzo świadoma siebie, swojego zaburzenia, mechanizmów? Nie wiem.

Zależy mi na leczeniu. I to nie tylko dlatego, że chcę mieć materiał do kolejnej części Młodego boga. Chcę być zdrowa!

Podziel się!

143 – przymus niszczenia tego, co dobre

Poprzedniej nocy nie mogłam spać. Do ósmej rano leżałam i zastanawiałam się, gdzie i z kim spędziłam sylwestra 2005/2006. Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć.

Tej nocy spałam. Jednak zanim przyssała się do mnie mara, rozmyślałam.
Na terapii ustaliliśmy, że ta tajemnicza siła, która niszczy wszystko wokół mnie (moimi rękami) to przymus niszczenia tego, co dobre.
Dla terapeuty jest to po prostu jeden z objawów toczącej mnie choroby.
Ja biorę to bardziej osobiście. Chciałabym wiedzieć, skąd się ten mechanizm wziął. Co takiego wydarzyło/wydarzało się w moim życiu, że nie potrafię na dłuższą metę wytrzymać, gdy jest dobrze? Skąd się wzięło umniejszanie osiągnięć, a wywyższanie porażek? Skąd się wzięło niszczenie siebie?

Może i ma Pan rację. Roztrząsanie tego „skąd” się coś wzięło jest poważniejszym i trudniejszym zadaniem od tego, by takie zachowania wyeliminować. Może rzeczywiście to nie jest czas i miejsce?

Naszło mnie więc inne pytanie.
Co mi to daje?
Skoro jest we mnie przymus niszczenia. Chcę go wyeliminować, ale nie potrafię. Nasuwa się więc hipoteza, że urzeczywistnianie tego przymusu coś mi daje. Zaspokaja jakąś ukrytą potrzebę?

Panie M., czy to jest dobre pytanie na obecną chwilę?

Podziel się!