339 – psychiatra

Do psychiatry szłam po jakiś neuroleptyk. Prawdopodobny wydawał mi się powrót do Rispoleptu.
– Pani chyba nie czuje za bardzo działania tej wenlafaksyny, prawda?
– Nie bardzo.
– Bo umówmy się, pani nie ma depresji, tylko depresyjne zjazdy w skutek zaburzeń osobowości. Nie ma teraz też tych samobójczych jazd, nie?
– No nie.
– Myślę, że powinniśmy spróbować schodzić z tej wenli. Co dziesięć dni 37,5mg mniej.
– I do ilu mam zejść?
– Do zera!
Przełknęłam nerwowo ślinę, bo nie wierzyłam własnym uszom.
– Już raz odstawiłam wszystkie leki. Okropnie się czułam. Te wszystkie lęki, objawy nerwicowe.
– Pani Aniu, za pomocą leków pani się od emocji odcina, zamiast je przeżywać. Terapia jest trudna, ale musi się pani nauczyć znosić takie negatywne emocje. Terapia będzie skuteczniejsza, jeśli odstawi pani leki. To co, robimy tak?
Zgodziłam się.
W drodze do domu miałam łzy w oczach. Wszystko wydawało mi się bez sensu. Oczyma wyobraźni już widziałam siebie z żyletką w ręce, z pętlą na szyi, oszalałą z nadmiaru emocji i zamykaną w psychiatryku na kolejne sześć tygodni.
Chciałam otumanić się jeszcze większą ilością, i to silniejszych, leków. A mam odstawiać antydepresant.

Jest we mnie tyle obaw… Jednak może psychiatra ma rację? Zamiast się znieczulać i odcinać od negatywnych emocji, powinnam zacząć się uczyć, jak sobie z nimi radzić?

– Gdyby tylko coś się działo, proszę dzwonić, zgoda? – zakończył, jak zwykle.

Czuję, że nie jestem na to gotowa. Że sobie nie poradzę. Że… – Wiem, nie nakręcać się, to podstawowa zasada. Mam ochotę zawinąć się w koc i płakać. Ale to byłby kolejny raz, gdy wchodzę w wyuczoną rolę bezradności, zamiast wziąć odpowiedzialność za siebie i swoje życie.

Podziel się!

338 – terapia borderline: motywacyjnie

Przespałam się z emocjami po wczorajszej sesji. Pojawił się jakiś optymizm i zadowolenie z siebie w odpowiedzi na przełamanie lęku i wstydu. Choć te dwie emocjonalne przeszkody wciąż próbuję przełknąć. Wiem, że to, co robię, robię dla siebie, swojego dobra. Dodatkowo te wszystkie komentarze i prywatne wiadomości od Was dodają mi dużego kopa siły i wiary. Wiary, że to, co robię ma sens. Czasem, gdy chcę się poddać myślę sobie, że są osoby, które mi kibicują, obserwują moje postępy, wzloty i upadki. I czuję jakiś moralny obowiązek, by tych osób nie zawieść.
Zrobiłam ze swojego leczenia proces publiczny i czuję, że byłabym nie w porządku wobec Was, nagle to przerywając.

A jeśli chodzi o terapię… Prawda jest taka, że im jest trudniej, tym większa satysfakcja się potem pojawia, gdy udaje mi się zadziałać przeciw chorym schematom.

Życzę Wam wszystkim dużo siły, wiary w siebie i możliwość zmian oraz wytrwania w Waszych trudnych procesach leczenia. A niezdecydowanych namawiam – podejmijcie leczenie. To się naprawdę opłaca!

Podziel się!

337 – ułaskawienie

Wiadomość o możliwej karze śmierci dla Mrówczyńskiej była mocno przesadzona. Impulsywnie chciałam ją zniszczyć w reakcji na to, co dzieje się na terapii.
Owszem, w swoim życiu niszczyłam i niszczę to, na czym mi zależy. Ale nigdy, przenigdy nie podniosłam i nie podniosę ręki na to, co tworzę. Nigdy nie potargałam ani nie skasowałam żadnego utworu. Nie wyrzuciłam nic w złości czy rozpaczy.
Mrówczyńska jest bezpieczna. I jej książki są bezpieczne w oczekiwaniu na wydanie.
Anka nie zostanie uśmiercona na pewno do czasu, gdy nie wyzdrowieję. Gdy razem z terapeutą nie uznamy, że mogę zakończyć terapię. A i wtedy będę miała do napisania kolejne części „Młodego boga…”.
Może kiedyś zacznę pisać beletrystykę pod własnym nazwiskiem. Może. Ale Mrówczyńska jest dla mnie symbolem walki o siebie, stawiania czoła przeciwnościom i zdrowienia. A nie, jak niektórzy myślą – choroby.

Podziel się!

336 – terapia borderline: zwalczyć tego kaca

Po sesji poszłam na długi spacer. Nie napisałam sms, że rezygnuję z terapii. Po pierwsze wiedziałam, że byłaby to próba zniszczenia tego, co dziś osiągnęłam. Po drugie dobrze wiedziałam, co odpisze:
– Porozmawiajmy o tym na sesji we wtorek.
Poszłabym na nią. Nie tak, jak z przypadku poprzedniego terapeuty. A gdybym już tam była, pożałowałabym, że zadziałałam impulsywnie.
– Wie pan… czasem, gdy pyta pan, o czym myślę, a ja odpowiadam, że o niczym… to nieprawda. Układam sobie w głowie jakieś zdanie, chcę coś powiedzieć, ale nie potrafię.
– Potrafi pani, tylko to bardzo trudne.
Ma rację.
– Jest w pani obawa, że po otworzeniu się, nastąpi zranienie.
Tak, to prawda.
– Racjonalnie wiem, że tak nie będzie…
– Ale tu chodzi o strefę emocjonalną. Myślę, że to jest w pani zakorzenione od dzieciństwa.
To była trudna sesja. Ale mówiłam, poruszałam różne tematy, choć wszystko dotyczyło bliskości. Mówiłam, o swoich potrzebach. O pragnieniu, by się bardziej przed nim otworzyć.
Powiedziałam też o tym silnym przymusie rozchlastania nadgarstka. Że scena z tego snu odtwarza się w mojej głowie, jak film, którego nie da się zatrzymać. Że czasem niewiele brakuje, że chcę się poddać.

Boję się. Bardzo się boję wtorkowej sesji. Póki co, udało mi się powstrzymać spiralę niszczycielskich myśli. Nie chcę kończyć terapii. Chcę to ciągnąć, pociągnąć taki poziom otwarcia, jak dziś. Ale na myśl, że we wtorek mam mu spojrzeć w oczy po tym, co dziś powiedziałam… Wiem, wiem, że to wszystko siedzi we mnie. Że nie patrzy na mnie, jak na głupka – to moje odczucia. Wiem, że wstyd, który mnie paraliżuje nie ma racjonalnych podstaw. Wiem to wszystko. Tylko to jest tak piekielnie trudne…

Podziel się!

335 – terapia borderline: jeszcze nigdy…

To było… To była… Jeszcze nigdy nie otworzyłam się tak bardzo. Powiedziałam o wszystkim. Łącznie z tamtym snem.
I już czuję kaca moralnego. I chcę to wszystko zniszczyć. I napisać terapeucie sms, że zrywam terapię, choć dopiero wyszłam z gabinetu…

Podziel się!