861 – unieważnienie

Po ostatnim wpisie wylało się na mnie wiadro pomyj. Wszyscy, jak jeden mąż, stanęli po stronie terapeuty, twierdząc, że mu współczują i rozumieją, dlaczego nie chce ze mną dłużej pracować.

Serio?

Chyba jeszcze nigdy nie zostałam tak bardzo unieważniona. Czuję się jak śmieć, problem, którego należy się pozbyć. Jak kupa łajna, którą należy sprzątnąć i wyrzucić, bo śmierdzi i przeszkadza w sielskim życiu.

Mam w głowie chaos, totalny chaos i taki rozpierdol, że nie wiem, co myśleć i czuć. Co chwilę płaczę i próbuję samą siebie przekonać, że powinność samobójstwa mnie nie dotyczy. Ale umysł nie chce słuchać. Uroiło mi się we łbie, że muszę uwolnić bliskich i świat od swojego istnienia, które przynosi sam ból i atmosferę nieporozumień.

Że żadna terapia mi nie pomoże.

Szłam do pana M. z ogromną nadzieją. Przez te wszystkie lata uważałam, że właśnie ten człowiek pomoże mi osiągnąć względny spokój i równowagę. Teraz okazuje się, że płonne to były nadzieje. Że wygrało moje popierdolenie, które zniszczyło naszą relację do tego stopnia, że pan M. nie chce już dłużej ze mną pracować.

Szczerze? Straciłam nadzieję. Straciłam wszelką nadzieję, że da mi się pomóc, a ja przestanę być tak trującym toksykiem.

Może powinnam się wycofać. Unicestwić Mrówczyńską, zostawić ją jako wspomnienie niespełnionych ambicji. Nie wystawiać więcej swojego życia na widok publiczny. Zamilknąć w eterze.

Podziel się!

860 – terapia borderline: panie M., dlaczego mnie opuszczasz?

Wczorajsza sesja nie należała do tych trudnych. Jednak to, co działo się po wyjściu z gabinetu…

Tak się złożyło, że rozmawialiśmy o różnych nurtach terapeutycznych. Wspomniałam, że mam mieszane uczucia, co do wszelkich terapii behawioralnych. Kojarzą mi się one z tresurą. A ja, z tego co mi wiadomo, psem nie jestem.
Pan M. wspomniał, że zawodowo bardzo ważna jest dla niego nieświadomość, którą takie terapie odrzucają. Dla mnie również jest to istotne. Dlatego wybrałam nurt psychodynamiczny. Nieświadomość, konflikty wewnętrzne – to jest coś, nad czym chcę i potrzebuję pracować. Ja muszę rozumieć, dokładnie rozumieć, co, jak i skąd się bierze. Sama praca nad zmianą zachowania jest dla mnie zbyt powierzchowna.

Ale ja nie o tym.

Pan M. wychodzi z założenia, że po zakończeniu naszej terapii pójdę na inną. I to założenie właśnie spowodowało wczorajszy stan, przez który przespałam cały dzień i wysłałam długą, bardzo długą wiadomość do terapeuty.

Panie M., szczerze? Nie rozumiem. Nie potrafię pojąć, dlaczego mnie Pan porzuca. Dlaczego się Pan ode mnie odwraca i odcina. Tak bardzo zalazłam Panu za skórę? Tak bardzo ma mnie Pan już dość? Jaki jest sens kończenia naszej terapii, skoro mam iść na inną? Nie chcę innej. Nie mam siły ani chęci iść na kolejną terapię. Wszystko zaczynać od początku, od nowa nawiązywać relację, krok po kroku budować zaufanie… Nie, drugi raz się tego nie podejmę. 
Mam ochotę wykrzyczeć Panu, że po zakończeniu terapii, nie dam sobie rady sama. Zupełnie nie czuję się gotowa na samodzielne życie bez żadnego wsparcia. Kiedy przyjdzie kryzys, wrócą myśli samobójcze i będę z tym całkowicie sama, bo w Mrówku nie mam żadnego wsparcia. Wręcz przeciwnie, on mnie w takich sytuacjach jeszcze bardziej dobija i wpędza w poczucie winy. A wtedy nie będę widziała innego rozwiązania niż powieszenie się. Wiem, brzmi to jak typowy, oklepany szantaż i nieudolna próba manipulacji, by osiągnąć swój cel, ale tak właśnie myślę i się czuję. Że mnie Pan opuszcza, porzuca, bo ma mnie Pan już dość, jest Pan obojętny na mnie i na to, co się ze mną stanie. Jestem problemem, którego chce się Pan pozbyć i o nim zapomnieć. Mam sobie znaleźć innego terapeutę, żeby to jemu teraz zawracać dupę, a Panu dać święty spokój, tak? Niech on się ze mną użera, bo Pan ma mnie już głęboko w dupie. Żałuje Pan, że zgodził się na pracę ze mną? Naprawdę jestem tak złym człowiekiem, że trzeba się ode mnie trzymać z daleka?
Znów nie mam siły na to wszystko. Leżę w łóżku z Lorafenem krążącym we krwi. Poziom cierpienia znowu mnie sparaliżował do tego stopnia, że jedynym wyjściem wydaje się pasek i klamka. 
Ludzie to kurwy, zawsze mnie tylko wykorzystywali i się mną bawili. A im jestem starsza, tym jest gorzej. Nigdy bym nie przypuszczała, że terapeuta będzie chciał mnie wcisnąć komuś innemu, jak zgniłe jajo. I po problemie. Niech ktoś inny się teraz męczy. Szczerze, to cały czas mam Pana za dobrego specjalistę. Nie chcę nikogo innego! To panu zaufałam. Serio kolejne lata mam budować taką relację, jaka jest między nami, z kimś innym? Jaki jest tego sens? Oprócz tego, że będę w terapii kilka dodatkowych lat? Czy naprawdę jestem tak złym człowiekiem? Czy tak beznadziejnym przypadkiem, któremu nie da się pomóc? Proszę mi odpowiedzieć. Bo może ja nigdy w pełni nie skorzystam z terapii, choćbym i była w niej całe życie. Może po prostu trzeba się wyhuśtać, żeby przerwać to wieczne cierpienie wewnętrzne i bycie ciężarem/problemem dla bliskich.
I jeszcze jedno. Może zakończmy to już teraz. Skoro jestem takim problemem, że korzysta Pan z każdej okazji, żeby nie spotykać się dwa razy w tygodniu. Co za różnica, czy skończymy teraz, czy za pół roku? Ja już przeżywam tę sytuację, że Pana tracę. Że odsuwa się Pan ode mnie, trzyma na dystans. To rani równie mocno, jak odcięcie się i odejście na dobre. Nie mam na to siły. Odcięcie tego w jednej chwili sprawi mniej cierpienia niż powolne odchodzenie, które skończy się tym samym.
Leżę w łóżku po Lorafenie i piję browara, żeby zasnąć, bo przespałam cały dzień. Patrzę na wszystko przez samobójczy filtr, który każe mi się zabić – to jedyne rozwiązanie jakie widzę. Mrówek się wkurwia, że uczepiłam się Pana jak rzep psiego ogona. I że chodzę na terapię, żeby się leczyć a nie wyleczyć. Pan też tak myśli? Dlatego chce się Pan mnie pozbyć?

Jest mi teraz tak strasznie wstyd. Nie, nie żałuję wysłania tej wiadomości. Zrobiłabym to jeszcze raz. A mimo wszystko, ten wstyd, lęk… Że się odsłoniłam. Że wyrzuciłam z siebie to, co siedziało w moich trzewiach tak głęboko, iż nie byłam w stanie tego wyartykułować.
Boję się wtorkowej sesji. Jest we mnie tyle lęku, że nie wyobrażam sobie spojrzenia mu w oczy. Ale to dobrze. Chyba dobrze… Że w końcu te słowa padły. Bo ja zwyczajnie nie rozumiem. Nie rozumiem, dlaczego mam szukać nowej terapii…

Podziel się!

859 – proces twórczy – czas, start!

Jakież to wspaniałe uczucie! Otworzyłam dziś plik „Guru” i napisałam pierwsze 1205 znaków. To mało, wiem. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że od kilku ładnych miesięcy nic nie napisałam, jest to niemały sukces. Myślami jestem już całkowicie w świecie nowego thrillera, który, póki co, również dla mnie jest nieodgadniony i nieznany. Z czasem jednak poznam Kaśkę, Gaję oraz Artura, którego, być może, obdarzę jednak imieniem Eryk.

Początek procesu twórczego charakteryzuje się zazwyczaj niepokojem. Jest zbyt duża ilość możliwości, trudno się zdecydować, w którą stronę poprowadzić fabułę. Ale, cóż. Poradzim sobie z tym, jak ze wszystkim zresztą!

Przypominam, że fragmenty moich powieści można poczytać na FP
Anka Mrówczyńska – autorka.

Podziel się!

858 – terapia borderline: uświadomienie traumy

Odkąd opowiedziałam na sesji o hospitalizacji w dzieciństwie z powodu zapalenia opon mózgowych, nie potrafię przestać o tym myśleć.
– Wraca pani do tego? – Zapytał pan M., gdy mu o tym powiedziałam na wczorajszej sesji.
– Raczej to wraca do mnie. Cały czas – w tamtym momencie poczułam, że czas poszerzyć jego wiedzę o to doświadczenie z nagością oraz prysznicem i, choć opór kazał mi milczeć, po chwili ciszy zebrałam się w sobie, artykułując to, co tak mnie męczy.
– Takie były wtedy procedury… Liczyło się tylko to, żeby jak najszybciej umyć te dzieci – skomentował łagodnym tonem z wyczuwalnym smutkiem w głosie.
Reakcja terapeuty sprawiła, że poczułam się zrozumiana, a pytanie, które padło chwilę później, uprawomocniło moje emocje.
– Odczuwa to pani jako traumatyczne doświadczenie? – Pierwszy raz o to zapytał. Nigdy wcześniej nie zadał mi takiego pytania. Chyba widział, że było to dla mnie trudne.
Odpowiedziałam, że nigdy tak o tym nie myślałam. Raczej podchodziłam do tego na zasadzie „byłam chora, wylądowałam w szpitalu” i tyle. Jednak przyglądając się swoim emocjom po tylu latach, widzę, że to było coś więcej niż przykre doświadczenie, które przeżyłam i zapomniałam. Nie, nie zapomniałam tak zdrowo i zwyczajnie. Ja to wyparłam, a mówiąc o tym na sesji, zdaje się, że otworzyłam puszkę Pandory. Nie potrafię wyzbyć się wrażenia, że jestem małym, nagim dzieckiem, które pragnie zwinąć się w kulkę i wcisnąć w najgłębszy i najciemniejszy kąt, by tylko pozostać niezauważonym.

Czyżby tamto doświadczenie to był mój zły dotyk?

Podziel się!

857 – nagość sześciolatki

Odkąd opowiedziałam panu M. o zapaleniu opon mózgowych, które przeszłam w dzieciństwie i hospitalizacji z nim związanej, nie mogę przestać o tym myśleć.

Od soboty towarzyszy mi ogromne wzruszenie. Co chwilę chce mi się płakać lub wręcz łzy stają w oczach. Powiedziałam o tym terapeucie na wtorkowej sesji.
– Potrafię się wzruszyć nawet na reklamie! – Żaliłam się panu M.
– Na reklamie czego? – Zainteresował się.
– No, kurwa, żadnej konkretnej. Jeszcze, żeby była rzeczywiście jakaś wzruszająca. Ale to się dzieje nawet na spocie proszku do prania! – Odpowiedziałam żywo i z pewnym oburzeniem, po czym oboje wybuchnęliśmy śmiechem.

Moja przyjaciółka B. zasugerowała, że być może to wzruszenie związane jest z faktem, że pan M. empatycznie towarzyszył mi podczas opowiadania o tamtej hospitalizacji, fakcie, że byłam tam sama, bez wsparcia rodziców. Że był obecny i wykazał zrozumienie, a ja niejako dodałam tę jego obecność do swojego wspomnienia, które charakteryzowało się ogromną samotnością. I teraz wzrusza mnie to, że emocjonalnie nie jestem już sama w tej szpitalnej sali. Może ma rację?

Ale ja nie chciałam o tym. Coś mi się przypomniało. Coś bolesnego z tamtego okresu.
Mimo że miałam sześć lat, mocno rozwinięte były we mnie poczucie wstydu i potrzeba prywatności. To był początek lat dziewięćdziesiątych, bodajże rok dziewięćdziesiąty trzeci, jak dobrze liczę. Inne czasy…

Jak dziś, pamiętam to traumatyczne przeżycie. Kąpiel, a raczej prysznic w brodziku. Pielęgniarki zagoniły wszystkie dzieci z mojej sali do łazienki (która, tak na marginesie, nie miała drzwi i idąc do toalety nie miało się ani odrobiny prywatności). Kazały się nam wszystkim rozebrać, rzuciły piżamy na stos i ustawiły w rządku. Każde dziecko było przez nie po kolei myte. Tak, na oczach pozostałych. Pamiętam, że chciałam stamtąd uciec. Nagość moja i moich towarzyszy niedoli bardzo mnie krępowała. Był we mnie bunt, niezgoda na takie traktowanie. Kiedy przyszła moja kolej, stałam bezwolnie w tym brodziku, ze łzami w oczach. Czułam ręce pielęgniarek na całym ciele i wpatrzone we mnie jakieś dziesięć par dziecięcych oczu. To było tak upokarzające… Chciałam krzyczeć „mamo, pomóż! Mamo, zabierz mnie stąd!” ale nie było do kogo. Nikt nie słyszał mojej wewnętrznej rozpaczy, poczucia odarcia z godności, prywatności i intymności. Byłam przerażona, zrozpaczona, zawstydzona do szpiku kości. I byłam z tym wszystkim SAMA.

Podziel się!