860 – terapia borderline: panie M., dlaczego mnie opuszczasz?

Wczorajsza sesja nie należała do tych trudnych. Jednak to, co działo się po wyjściu z gabinetu…

Tak się złożyło, że rozmawialiśmy o różnych nurtach terapeutycznych. Wspomniałam, że mam mieszane uczucia, co do wszelkich terapii behawioralnych. Kojarzą mi się one z tresurą. A ja, z tego co mi wiadomo, psem nie jestem.
Pan M. wspomniał, że zawodowo bardzo ważna jest dla niego nieświadomość, którą takie terapie odrzucają. Dla mnie również jest to istotne. Dlatego wybrałam nurt psychodynamiczny. Nieświadomość, konflikty wewnętrzne – to jest coś, nad czym chcę i potrzebuję pracować. Ja muszę rozumieć, dokładnie rozumieć, co, jak i skąd się bierze. Sama praca nad zmianą zachowania jest dla mnie zbyt powierzchowna.

Ale ja nie o tym.

Pan M. wychodzi z założenia, że po zakończeniu naszej terapii pójdę na inną. I to założenie właśnie spowodowało wczorajszy stan, przez który przespałam cały dzień i wysłałam długą, bardzo długą wiadomość do terapeuty.

Panie M., szczerze? Nie rozumiem. Nie potrafię pojąć, dlaczego mnie Pan porzuca. Dlaczego się Pan ode mnie odwraca i odcina. Tak bardzo zalazłam Panu za skórę? Tak bardzo ma mnie Pan już dość? Jaki jest sens kończenia naszej terapii, skoro mam iść na inną? Nie chcę innej. Nie mam siły ani chęci iść na kolejną terapię. Wszystko zaczynać od początku, od nowa nawiązywać relację, krok po kroku budować zaufanie… Nie, drugi raz się tego nie podejmę. 
Mam ochotę wykrzyczeć Panu, że po zakończeniu terapii, nie dam sobie rady sama. Zupełnie nie czuję się gotowa na samodzielne życie bez żadnego wsparcia. Kiedy przyjdzie kryzys, wrócą myśli samobójcze i będę z tym całkowicie sama, bo w Mrówku nie mam żadnego wsparcia. Wręcz przeciwnie, on mnie w takich sytuacjach jeszcze bardziej dobija i wpędza w poczucie winy. A wtedy nie będę widziała innego rozwiązania niż powieszenie się. Wiem, brzmi to jak typowy, oklepany szantaż i nieudolna próba manipulacji, by osiągnąć swój cel, ale tak właśnie myślę i się czuję. Że mnie Pan opuszcza, porzuca, bo ma mnie Pan już dość, jest Pan obojętny na mnie i na to, co się ze mną stanie. Jestem problemem, którego chce się Pan pozbyć i o nim zapomnieć. Mam sobie znaleźć innego terapeutę, żeby to jemu teraz zawracać dupę, a Panu dać święty spokój, tak? Niech on się ze mną użera, bo Pan ma mnie już głęboko w dupie. Żałuje Pan, że zgodził się na pracę ze mną? Naprawdę jestem tak złym człowiekiem, że trzeba się ode mnie trzymać z daleka?
Znów nie mam siły na to wszystko. Leżę w łóżku z Lorafenem krążącym we krwi. Poziom cierpienia znowu mnie sparaliżował do tego stopnia, że jedynym wyjściem wydaje się pasek i klamka. 
Ludzie to kurwy, zawsze mnie tylko wykorzystywali i się mną bawili. A im jestem starsza, tym jest gorzej. Nigdy bym nie przypuszczała, że terapeuta będzie chciał mnie wcisnąć komuś innemu, jak zgniłe jajo. I po problemie. Niech ktoś inny się teraz męczy. Szczerze, to cały czas mam Pana za dobrego specjalistę. Nie chcę nikogo innego! To panu zaufałam. Serio kolejne lata mam budować taką relację, jaka jest między nami, z kimś innym? Jaki jest tego sens? Oprócz tego, że będę w terapii kilka dodatkowych lat? Czy naprawdę jestem tak złym człowiekiem? Czy tak beznadziejnym przypadkiem, któremu nie da się pomóc? Proszę mi odpowiedzieć. Bo może ja nigdy w pełni nie skorzystam z terapii, choćbym i była w niej całe życie. Może po prostu trzeba się wyhuśtać, żeby przerwać to wieczne cierpienie wewnętrzne i bycie ciężarem/problemem dla bliskich.
I jeszcze jedno. Może zakończmy to już teraz. Skoro jestem takim problemem, że korzysta Pan z każdej okazji, żeby nie spotykać się dwa razy w tygodniu. Co za różnica, czy skończymy teraz, czy za pół roku? Ja już przeżywam tę sytuację, że Pana tracę. Że odsuwa się Pan ode mnie, trzyma na dystans. To rani równie mocno, jak odcięcie się i odejście na dobre. Nie mam na to siły. Odcięcie tego w jednej chwili sprawi mniej cierpienia niż powolne odchodzenie, które skończy się tym samym.
Leżę w łóżku po Lorafenie i piję browara, żeby zasnąć, bo przespałam cały dzień. Patrzę na wszystko przez samobójczy filtr, który każe mi się zabić – to jedyne rozwiązanie jakie widzę. Mrówek się wkurwia, że uczepiłam się Pana jak rzep psiego ogona. I że chodzę na terapię, żeby się leczyć a nie wyleczyć. Pan też tak myśli? Dlatego chce się Pan mnie pozbyć?

Jest mi teraz tak strasznie wstyd. Nie, nie żałuję wysłania tej wiadomości. Zrobiłabym to jeszcze raz. A mimo wszystko, ten wstyd, lęk… Że się odsłoniłam. Że wyrzuciłam z siebie to, co siedziało w moich trzewiach tak głęboko, iż nie byłam w stanie tego wyartykułować.
Boję się wtorkowej sesji. Jest we mnie tyle lęku, że nie wyobrażam sobie spojrzenia mu w oczy. Ale to dobrze. Chyba dobrze… Że w końcu te słowa padły. Bo ja zwyczajnie nie rozumiem. Nie rozumiem, dlaczego mam szukać nowej terapii…

1876 Ogółem 1 Dziś
Podziel się!

4 myśli w temacie “860 – terapia borderline: panie M., dlaczego mnie opuszczasz?

  1. Aniu, z mojego doświadczenia Ci powiem, że obecnie terapia psychodynamiczna jest traktowana jedynie jako terapia „pierwszego rzutu” przy bardziej złożonych problemach. Bo czasem jest tak, że pacjent ma w sobie zasoby by analizować samego siebie ale nie ma w sobie zasobów by połączyć to ze zmianą funkcjonowania. Zatem gdy już zrozumie co nim kieruje i czego chce w życiu, musi się dowiedzieć jak do tego dojść – a tego już psychodynamiczny nurt nie oferuje. więc tak, też uważam że to jest okropne, bo kasy wydanej przez 5 lat mnóstwo a okazuje się że to jeszcze nie koniec 🙁
    W ziązku z tym, terapeuta postępuje po prostu przyzwoicie, przynając się do tego że nie jest w stanie więcej zrobić. ale powinien Ci kogoś polecić na dalszą terapię.

  2. Podoba mi się szczerość w wiadomości do terapeuty, strumień świadomości bez cenzury, bez żadnych zahamowań – ale szkoda, że przekaz został zdominowany przez roszczeniową postawę wewnętrznego dziecka.

  3. „Ludzie to kurwy, zawsze mnie tylko wykorzystywali i się mną bawili.”

    A ja tego nie rozumiem, gdzie tu system wsparcia. Tzn… masz jakiś, czy nie? Ludzie to kurwy? Jacy ludzie, o kim mowa? Twój terapeuta rozmawiał z Tobą o jakichś innych ludziach, z którymi masz do czynienia na co dzień? Przecież to nie z terapeutą będziesz się całe życie „huśtać”?

    Coś co mnie uderzyło po raz kolejny… wielokrotnie piszesz, że Mrówek Cię nie wspiera, ale jakie są na to rozwiązania terapeutyczne? Relacja z Mrówkiem – uważasz, że to nie jest do przepracowania, poprawienia?
    Jak on w ogóle reaguje na to, że o nim piszesz w ten sposób? Gadaliście o tym, czy on tego nie czyta..?

    Nie chodzi mi o to, że to źle, że piszesz, że nie masz wsparcia, jeśli go nie masz. Wręcz przeciwnie. Tylko zakładając, że on tu zagląda w ogóle, to jak myślisz, jak to odbiera i co czuje? Gdyby mój facet pisał na blogu, że nie ma we mnie wsparcia, myślę, że ruszyło by mnie to mocno. Zabolało. I, mam nadzieję, zmusiło wręcz do zmiany zachowania, do rozmowy i wspólnej pracy. Choćby na terapii par, jeśli problem wydawałby się nie do przeskoczenia…

    No bo przecież takie życie wspólnie bez „wspólności” to OGROMNY problem, który mam wrażenie, przewija się tutaj nie od wczoraj. (?)

    I ostatnie pytanie: czy terapeuta czytał/czytuje Twojego bloga?

    Pozdrawiam,
    A.

  4. Może zamiast chcieć się zabijać i kierować złość przeciwko sobie po prostu na sesji porozmawiaj o tym jak bardzo złości Cię takie zerwanie relacji? I kto z Tobą kiedyś zerwał relacje? Gdzie podobne uczucia czułaś w przeszłości? Na kogo byłaś zła w przeszłości, że Cię zostawił? Kiedy czułaś tak, że „bez Ciebie sobie nie poradzę”? Masz już dużo lat i na pewno jesteś wstanie sobie radzić bez tego terapeuty, bo jednak przez te lata wcale się nie zabiłaś więc gdzieś tam chcesz żyć. Poza tym jeśli nikt Cię nawet nie wesprze nie znaczy, że Ty sama nie możesz. Kiedy ostatnio mówiłaś do siebie empatycznie i ciepło podczas kryzysu? Np. sobie powiedzieć coś takiego w kryzysie – „widzę, że jesteś zła. Widzę, jak ważny dla Ciebie jest terapeuta, jak bardzo się boisz być bez niego. Nawet jeśli on odejdzie to ja będę, bo jestem tobą.”. Bierzesz lorafen i alko aby radzić sobie z uczuciami i nie czuć, ale czy to najlepsze, czy mała Ty tego potrzebuje? Czy dałabyś to dziecku które zwyczajnie płacze i chcę być wysłuchane i by uprawomocniło uczucia? Pewnie nie, więc po co robić tak samemu? Nie znasz innej opcji jak w takiej sytuacji reagować? „Oddziel” się od siebie tak jak w książkach i co byś powiedziała małej sobie widząc to cierpienie? I nie w sarkastyczny, dobitny sposób ale ciepły i empatyczny.
    W każdym bądź razie polecam terapię schematów.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.