861 – unieważnienie

Po ostatnim wpisie wylało się na mnie wiadro pomyj. Wszyscy, jak jeden mąż, stanęli po stronie terapeuty, twierdząc, że mu współczują i rozumieją, dlaczego nie chce ze mną dłużej pracować.

Serio?

Chyba jeszcze nigdy nie zostałam tak bardzo unieważniona. Czuję się jak śmieć, problem, którego należy się pozbyć. Jak kupa łajna, którą należy sprzątnąć i wyrzucić, bo śmierdzi i przeszkadza w sielskim życiu.

Mam w głowie chaos, totalny chaos i taki rozpierdol, że nie wiem, co myśleć i czuć. Co chwilę płaczę i próbuję samą siebie przekonać, że powinność samobójstwa mnie nie dotyczy. Ale umysł nie chce słuchać. Uroiło mi się we łbie, że muszę uwolnić bliskich i świat od swojego istnienia, które przynosi sam ból i atmosferę nieporozumień.

Że żadna terapia mi nie pomoże.

Szłam do pana M. z ogromną nadzieją. Przez te wszystkie lata uważałam, że właśnie ten człowiek pomoże mi osiągnąć względny spokój i równowagę. Teraz okazuje się, że płonne to były nadzieje. Że wygrało moje popierdolenie, które zniszczyło naszą relację do tego stopnia, że pan M. nie chce już dłużej ze mną pracować.

Szczerze? Straciłam nadzieję. Straciłam wszelką nadzieję, że da mi się pomóc, a ja przestanę być tak trującym toksykiem.

Może powinnam się wycofać. Unicestwić Mrówczyńską, zostawić ją jako wspomnienie niespełnionych ambicji. Nie wystawiać więcej swojego życia na widok publiczny. Zamilknąć w eterze.

1896 Ogółem 1 Dziś
Podziel się!

7 myśli w temacie “861 – unieważnienie

  1. Anka, spójrz na to może w ten sposób, że po prostu coś się kończy. To nie koniec świata, a szansa, bo może podejmiesz inną terapię, która dużo bardziej Ci pomoże.

    I nie sądzę, żeby na koniec terapii miało wpływ Twoje popierdolenie – jak to zgrabnie określasz. Pozostawanie dłużej niż 5 lat w psychodynamicznej byłoby bardziej szkodliwe niż leczące. Terapeuta wie co robi. Zobacz jak już teraz jest Ci ciężko to zakończyć, a im dłużej tym byłoby gorzej. Szukaj rozwiązań a nie pogrzebań.

  2. Myślę że w tym momencie jesteś po prostu wściekła, smutna (rządzą negatywne emocje i poczucie porzucenia) i w związku z tym negujesz wszystkie efekty pracy z terapeutą. Ja również boję się końca, chociaż dopiero zaczęłam. Po jednej sesji gdzie się „dogadałam” od razu poczułam strach że się przywiążę, że zaufam, że zostawi. Niestety, terapeuta to obcy człowiek z liczbą x podobnych/różnych pacjentów. To nie jest worek na nasze śmieci, pomaga tak jak umie ale też również jest człowiekiem i raczej nie ma na celu specjalnie się mścić (bo za co?) czy robić krzywdy. Każdym celem terapii jest doprowadzenie jej do końca (z różnym skutkiem, tak czytałam), więc kwestia tylko tego w jakiej atmosferze to zakończycie i jakie rzeczy sobie z tego weźmiesz dla siebie (oby pozytywne). Mam wrażenie że ludzie tacy jak my (też mam stwierdzone borderline) potrzebują kogoś na stałe żeby na bieżąco „oddawać” swoje problemy, przemyślenia i trudności. Nie wiem jak to racjonalnie wytłumaczyć ani czy to jest potrzebne, chociaż czuję że tak.

    P.s.: Bloga przeczytałam i jestem na bieżąco, komentuję jednak pierwszy raz.
    P.s.2: Trzymam kciuki żebyś mimo kiepskiego samopoczucia i chęci rozwalenia wszystkiego (tak to odbieram po przeczytaniu) wyszła z tego stanu.

  3. Ale gdzie jest to wiadro pomyj? Bo chyba nie komentarze pod ostatnim wpisem? Ani słowa o współczuciu dla terapeuty. Uf, jakby też współczucie miało coś do rzeczy, Anka… Jakby trzeba było stanąć po czyjejś stronie! Co to ma do rzeczy?!
    Jedyną stroną w Twojej sprawie jesteś Ty. Terapeuta czy lekarz, czy ktokolwiek, kto Ci pomaga nie stają w opozycji do Ciebie. To bez sensu. Tylko pytanie: jakiej konkretnie pomocy oczekujesz?
    Piszesz tak, jakbyś wiedziała co inni sądzą, co myślą, co czują, ale skąd w ogóle pomysł, że jest tak, jak uważasz? To są rzeczy do omawiania, ale chowasz się w swoich wyobrażeniach i nie ma dyskusji. Nie ma pytań, tylko twardy, uparty chłód.
    Schemat się powtarza. Myślę, że żeby to przerwać, trzeba by zrobić coś inaczej. Założyć, że się nie ma racji, że może naprawdę ludziom zależy na Tobie. Odpuścić trochę własnej narracji, a wpuścić więcej czyjejś…
    Jesteś przecież w centrum swojej historii. Wchodzimy na Twojego bloga, nie na bloga terapeuty. Gdzie to unieważnienie?..

    Jestem pewna, że dasz sobie radę. Za każdym razem dajesz radę. To jest kwestia okiełznania tego, co znasz już na wylot…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.