863 – terapia borderline: radzę sobie sama. Czy aby na pewno?

Sama nie wiem, co mam myśleć po dzisiejszej sesji. Udało mi się nareszcie poruszyć temat zakończenia terapii. Powiedziałam panu M., że boję się zostać sama z tym wszystkim. Swoim zaburzeniem. I życiem.
– Ostatni taki duży kryzys, że aż wylądowała pani w szpitalu, był w lutym, prawda?
Przytaknęłam.
– Ale odkąd ustaliliśmy termin końca, nie było tak długo tak bardzo źle – skomentował, a ja miałam ochotę się nie zgodzić, ale jakoś nie mogłam sobie przypomnieć, czy faktycznie były od tego czasu poważne kryzysy.
– Tylko właśnie niebezpiecznie robi się nie podczas długich okresów złego samopoczucia. Mam wrażenie, że najgorzej jest, kiedy pojawia się impuls.
– Ale to nie jest powiedziane, że się pani potnie, jak tylko pojawi się ochota.
Hmm, zdziwił mnie, szczerze mówiąc. Dlaczego wspomniał o cięciu? Przecież ja zupełnie nie to miałam na myśli… Zaczęłam więc wyjaśniać.
– Z tego, co pamiętam, wszystkie moje próby samobójcze były pod wpływem impulsu. Niby nie było źle, a wystarczała jakaś sprzeczka, nieporozumienie – wyjechałam z grubej rury, nakierowując go na odpowiednie tory tej rozmowy. – Boję się, że sobie sama nie poradzę – wyznałam szczerze. Miałam ochotę rozwinąć myśl, opowiedzieć o wszystkich lękach i wątpliwościach. Ale nie potrafiłam. Znów wypowiedziałam krótki komunikat i zamilkłam.
– Ale przecież, na dobrą sprawę, ostatecznie i tak radzi sobie pani sama – powiedział z pełnym przekonaniem. Jestem pewna, że nie miał nic złego na myśli. Że, być może, chciał mi pokazać, że żyję tylko dzięki sobie. A jednak… po tym zdaniu poczułam się, jak kiedyś. Jak wtedy, gdy chodziłam do pierwszej psycholog i mówiłam jej, że sobie z niczym nie radzę. Że nie mam na nic siły. A ona, zupełnie to unieważniając, odpowiadała, że przecież zdałam maturę i dostałam się na studia. Czułam się tak dogłębnie niezrozumiana i zlekceważona. A dziś… odebrałam to, jak powtórkę z rozrywki.
Oczywiście tego nie skomentowałam. Nie odniosłam się do jego słów. Nie ciągnęłam dalej tematu. Nie wyartykułowałam swoich lęków, obaw i pieprzonej niepewności.

Pan M. powiedział też, że proces kończenia terapii ma mnie wzmocnić i upewnić w przekonaniu, że poradzę sobie sama. Szczerze? Nie wierzę, że to się uda.

Nawiązał jeszcze do tej mojej ostatniej wiadomości do niego. Użył przy tym sformułowań „coś tam pani pisała”, „zezłościła się pani na mnie”. A mnie to jakoś tknęło. Poruszyło mnie to, że mówił o tym, jak o czymś mało istotnym. A przecież w tej wiadomości otworzyłam się i odsłoniłam siebie, swoje największe lęki. W głębi duszy chciałam o tym porozmawiać, zanalizować to. Tymczasem zostało to zbagatelizowane.

Jak zwykle jestem na siebie zła. Że w końcu udało mi się poruszyć temat zakończenia terapii, ale go nie pociągnęłam. Liznęłam tylko, nie mówiąc o tym, co naprawdę istotne. Wiem, może to być punkt wyjścia na następnej sesji, ale obawiam się, że nie będę miała po raz drugi odwagi, by o tym wspomnieć.

Czuję się paskudnie. Z jednej strony jestem rozczarowana sobą i robię sobie wyrzuty. Z drugiej strony, ten mit posiadania idealnego terapeuty prysł. Czuję się pozostawiona z tym sama. Mam przed oczami ogromną pustynię, która ciągnie się po horyzont z każdej strony. Stoję pośrodku niej, sama, jak palec. Nie wiem, jak się tam znalazłam. Nie mam przy sobie nic – ani wody, ani jedzenia, ani schronienia przed słońcem i zimnem. Jedyne, co mnie otacza, to pustka, piasek i zagrażające mojemu życiu zwierzęta – skorpiony, węże, pająki. Jestem zupełnie bezradna, bez jakiejkolwiek nadziei na przeżycie. Kładę się, zamykam oczy i czekam na śmierć.

1232 Ogółem 1 Dziś
Podziel się!

1 myśl w temacie “863 – terapia borderline: radzę sobie sama. Czy aby na pewno?

  1. Aniu ja mam kończyć za kilka spotkań terapie. Ostatecznie rok sie przygotywawalismy. Dwa kryzysy gdy to poruszaliśmy tez były. Jestem niepelnospeawna, sama bez nikogo obok i bez rodziny a teraz przez covid robotę zdalna straciłam. Boje się tez bo w razie czego byl terapeuta bo wesprzeć, wyjaśnić emocje ,poszukać razem rozwiązania i sposobu radzenia sobie. Bylo łatwiej. Byl przy bezdomności przemocy i innych trudnych sprawach e i przy dobrych. No ale nauczył mnie różnych narzędzi, cwiczylam, gdy nie działo omawialiśmy a gdy mega zle leki lub plan awaryjny. Wiem co robić. Umówiliśmy się na konkretną pracę i max zrobione. Wiele wyszlo. Na czesc nic nie poradzimy. Trauma ptsd leki itp poszły….:)

    Ten jedno kończenie przesunęliśmy i rok dłużej pracowaliśmy bo nie byłam gotowa , ustaliłam co jeszcze chce omowic i to co możemy zrobić i gdzie a kilka odrzuciliśmy.

    Pomoglo ze omówiłam lek przed końcem, tęsknotę za terapeuta , wyrażanie emocji gdy calkiem sama a nawarstwiają się trudności i bol z niepelnosprawnosci, strata , funkcje jakie jeszcze spełnia dla mnie bo sie zmieniały przez lata i jak moge je sana sobie dawać choc trochę , za co go cenie i lubie i plan awaryjny itp bo bez tego byl mega strach teraz jest trochę bo nie mam nikogo a choroby do końca życia ruchu i operacje mi tez terapeuta uratował życie.

    Z tego co piszesz o zdaniu o sms to chciał cie zachęcić bys zaczęła mówić. Nie olal ,nie mógł pow ze to ważne dla ciebie a czeksl az to wyjdzie od ciebie. No i bys mu wyznała tez za co zła jestes i pogadała o uczuciach . Przypomniało ci stara syt i boli ale tam z kolei chcieli ci pokazać zasoby i siłę. Tak wiem tez tak mialsm wkurzajace gdy czułam ze die rozpadam, nie ogarniam a oni o zadobach i osiągnięciach które w takiej syt nie wydały mi się przydatne.

    Powodzenia mi z 3-5 spotk zostało. Kicha bo teraz zdalnie:(((

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.