890 – koszmar symboliczny

Jest tak spokojnie. Zupełnie inaczej niż w nocy.

Położyłam się przed pierwszą, ale długo nie mogłam zasnąć. Byłam okropnie zmęczona, jednak sen nie nadchodził. Myślę, że zasnęłam grupo po drugiej albo nawet w okolicach trzeciej.

Koszmar, który zafundował mi mózg, sprawił, że gwałtownie i boleśnie obudziłam się przed czwartą. Roztrzęsiona do granic możliwości. Wyszłam zapalić na ganek. Pies sąsiadów patrolował nieogrodzony teren swoich właścicieli, biegając wzdłuż drogi przez śnieżną zadymę. Wiatr hulał po polach, wiejąc od strony lasu. Zaciągałam się nerwowo, trzymając papierosa trzęsącą się ręką. Ale to nie mróz wstrząsał moim ciałem, a emocje.

Śniło mi się, że mama była w krańcowym stadium choroby nowotworowej. Umierała.
Razem z ciocią jechałyśmy do szpitala, by ją odwiedzić. Kiedy dojechałyśmy na miejsce, zadzwonił ojciec. Powiedział, że mama leży w innym szpitalu. Po chwilowej konsternacji, ciocia ruszyła do właściwej placówki. Postanowiła dostać się tam na skróty, jadąc przez ogrodzony park i nie mogąc znaleźć wyjazdu. W końcu jednak znalazłyśmy się niedaleko celu i wtedy ciocia gwałtownie zahamowała. Szpital majaczył za jakimiś budynkami, jakieś pięćset metrów dalej. Spytałam, co się stało. Odpowiedziała, że nie da rady pójść do mamy. Że emocjonalnie ją to przerasta. Zapadła cisza. Trawiłam tę informację, dojrzewając do decyzji, którą podjęłam chwilę później.
– Nie musisz ze mną iść. Pójdę sama – powiedziałam przez zaciśnięte gardło, nie do końca będąc przekonaną do tego pomysłu.
Ciocia szybko wycofała się ze swojej decyzji. Ale ja ją przytuliłam i niemal wbrew sobie odpowiedziałam, że naprawdę mogę pójść sama, że to nie problem. Widziałam, jak jej ulżyło. Poinformowała mnie, do której sali mam się udać i ruszyłam.
Szpital okazał się ogromnym gmaszyskiem z dziesiątkami korytarzy odchodzącymi w każdą stronę i przez które przemykali zagubieni ludzie, próbujący odnaleźć się w tej gmatwaninie. Szłam szybko, rozglądając się po podwieszonych pod sufitem tabliczkach na skrzyżowaniach korytarzy. Nigdzie nie było informacji, która powiedziałaby mi, w którą stronę mam iść. Skrzydła budynku wydawały się być rozrzucone chaotycznie, na dodatek przedostawanie się wgłąb labiryntu wiązało się z pokonywaniem niezliczonej ilości schodów, prowadzących to w górę, to w dół, nie mając żadnego logicznego sensu.
Zaburzone linie czasowe marzeń sennych sprawiły, że znów byłam z ciocią, całkowicie rozbita. Przed oczami miałam obraz mamy – bez włosów, bladej, całkowicie zniszczonej, podłączonej do kroplówki i umierającej. Jeszcze udawało mi się powstrzymywać łzy, choć w środku byłam całkowicie rozwalona. Mocno wtuliłam się w ciocię i, kompletnie się załamując i rozklejając, wyszeptałam jej do ucha, że mam złe przeczucia. Spojrzała na mnie pytająco.
– Mam przeczucie, że… – urwałam przez całkowicie zaciśnięte gardło. – Że mama jeszcze żyje tylko dlatego, że na mnie czeka… Że chce się ze mną pożegnać.
Tak strasznie się bałam, że kiedy ją odwiedzę, nic nie będzie jej już trzymać po tej stronie i odejdzie.
– Przecież tak było w przypadku babci – szepnęłam, przypominając przypadek matki mojej mamy. – Przy życiu trzymała ją tylko chęć pożegnania się z rodziną. Pamiętasz? Przyszły do niej jej dzieci. A potem… – urwałam, gwałtownie się budząc i próbując złapać oddech jak wyciągnięta z wody ryba.

Przebudzenie było bardzo bolesne. Natychmiast usiadłam i zapaliłam lampkę nocną, nie chcąc ani sekundy dłużej spędzić w ciemności.

Mimo roztrzęsienia spowodowanego faktem, że koszmar dotyczył tak bliskiej mi osoby, od razu pomyślałam sobie, że ten sen symbolizował koniec terapii.
Wydaje mi się, że umierająca matka to nieuchronnie zbliżające się zakończenie terapii. Motyw cioci, która nie chce iść ze mną i moja decyzja o samodzielnych odwiedzinach, to pożegnanie z terapeutą i ruszenie przed siebie bez niego. A ta gmatwanina korytarzy to po prostu życie z jego wszystkimi zawirowaniami i całą nieprzewidywalnością.

Mój umysł chyba próbuje sobie poradzić z poczuciem opuszczenia przez pana M., fundując mi co i rusz kolejne koszmary. Które jednak, mimo ich bezwzględności zadającej cierpienie, są próbą emocjonalnego poradzenia sobie z rzeczywistością.

768 Ogółem 2 Dziś
Podziel się!

1 myśl w temacie “890 – koszmar symboliczny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.