891 – wracam do życia

Zsyłka na wieś i idący za nią czas ochronny dobiegają końca. Jutro wracam do domu. I do roboty.
Niestety, nie pracuję na etacie. Nie mogę wziąć L4 i mieć na wszystko wyjebane. Fakt posiadania firmy i goniące terminy zmuszają mnie do powrotu do codzienności i obowiązków z nią związanych. Choć nie mogę powiedzieć, że wszystko jest już we względnej normie.

Mrówek zgodził się, żebym wróciła.
Wczoraj przeprosiłam go za to, co po raz kolejny odpierdoliłam. Że naraziłam go na stres i inne negatywne emocje.
„Przecież nie pierwszy i nie ostatni raz” – odpowiedział.
I tak, ma rację. Z moimi kryzysami nie można się nudzić. Nigdy nie wiadomo, co zaraz odwalę. Ja i moje zmienne nastroje jesteśmy nieprzewidywalni. W jednej chwili wszystko jest w porządku, a w drugiej się wieszam.

Te nagłe kryzysy sprawiają, że nie czuję się bezpieczna sama ze sobą. Czuję zagrożenie życia, którego źródłem jestem ja sama.

Terapeuta uważa, że część mnie, która chce żyć, bardzo walczy z tą autodestrukcyjną, która pragnie mnie unicestwić. Nie mówię, że to nieprawda, bo w końcu wciąż żyję i podnoszę się z kolejnych kryzysów. Jednak często czuję, że ona przegrywa. Że się poddaje pod naporem tak wysokiego poziomu autodestrukcji.
Jest również zdania, że dobrze byłoby, gdybym jednak poszła do szpitala. Mimo że kryzys samobójczy minął, pozostawiając na polu bitwy tylko ten emocjonalny, hospitalizacja miałaby mi pomóc. Psychiatryk, do którego miałam zostać zawieziona, znajduje się kilkadziesiąt kilometrów od domu. Ten, w którym byłam trzy razy jest spalony. To przechowalnio-umieralnia, gdzie tylko faszerują lekami i mają cię w głębokim poważaniu.
Docierające do mnie informacje, że lekarze i psycholodzy interesują się tobą tylko wtedy, gdy jesteś młody i trafiasz na oddział po raz pierwszy czy drugi, okazały się być prawdą. Hospitalizacja sprzed roku dobitnie pokazała mi, że trafiając do psychiatryka po raz kolejny, nie jesteś już obiektem zainteresowania personelu. Te dwanaście miesięcy wcześniej ze wzruszeniem i zazdrością obserwowałam, jak jest traktowana koleżanka z oddziału, dwudziestojednolatka w trakcie diagnozy. Była ona w strefie zainteresowania personelu, który objawiał się choćby częstymi rozmowami z psychiatrą czy psychologiem. Z rozrzewnieniem patrzyłam na to, jak otaczają ją opieką, jak mnie te kilka lat wcześniej. A ja? Byłam pozostawiona sama sobie. Pięć minut poświęcone mi przez lekarza prowadzącego przy przyjęciu i jedna dłuższa rozmowa z psycholog, po blisko trzech tygodniach na oddziale to było wszystko, co mieli mi do zaoferowania. Psychiatrze nie chciało się mnie nawet osłuchać z powodu okropnego kaszlu. Mimo iż ordynator kazała mu się mną zainteresować, choć tylko w wymiarze somatycznym, on oddelegował do tego dwie stażystki. Chodząc codziennie korytarzami oddziału, ani razu na mnie spojrzał. Miał wyjebane. Ot, kolejna wariatka usiłująca się zabić – faszerować chemią, następny. Ale… dość tych wspomnień. To i tak niczego nie zmieni.

Kończę podręcznik dla terapeutów „Terapia schematów w zaburzeniu osobowości typu borderline”. Czytam go w ramach zapoznania się z terapiami poznawczo-behawioralnymi. Pan M. twierdzi, że powinnam taką przejść po tym, jak skończymy wspólną pracę. Że terapie behawioralne mają udowodnione działanie i są popularne na Zachodzie.
Przyznam szczerze, że ze wzruszeniem czytałam o tym, jak duży nacisk kładzie się w terapii schematów na relację terapeutyczną, opartą o dużą bliskość, zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. Zachłannie przyswajałam informacje o opiece, jaką terapeuta powinien objąć pacjenta. A potem doszłam do rozdziałów o tych wszystkich ćwiczeniach, tabelkach i odgrywanych scenkach, które to wypełniają sesje. I nie, to zdecydowanie nie dla mnie. Po prostu nie ma opcji, żebym robiła te durne ćwiczenia z terapeutą i już. Koniec tematu, nurt terapii odrzucony.

Czuję się małym, porzuconym i skrzywdzonym dzieckiem, które z głodu bliskości, opieki i poczucia bezpieczeństwa posunie się do wszystkiego, aby te potrzeby zaspokoić. Choć kilka dni temu uświadomiłam sobie, że relacja z panem M. nie musi być jedyną taką w moim życiu, wciąż coraz dobitniej czuję, że to nie czas na kończenie. Że ta porzucona i skrzywdzona kilkulatka we mnie potrzebuje ogromnej dawki poświęconej uwagi i opieki. I sama nie dam sobie z tym rady. Jestem na to za słaba, wciąż zbyt mocno zaburzona, aby samodzielnie zaspokoić jej potrzeby i otoczyć ją odpowiednią opieką, zapewnić poczucie bezpieczeństwa. I, choć wydawałaby się, że miałam już wystarczająco dużo czasu na oswojenie się z myślą o nieuchronnie zbliżającym się zakończeniu terapii, mam ochotę coraz głośniej krzyczeć:
– Panie M., nie opuszczaj mnie!
Coraz dobitniej czuję, że wyjdę z tej terapii pokiereszowana, z dojmującym poczuciem porzucenia. Bo to za wcześnie i nie mam tu na myśli długości trwania terapii, a jej postęp i etap, w których się znajduję. Sześć lat – wiem, że to długo. Ale biorąc pod uwagę fakt, że pozwoliłam sobie na zbliżenie się do terapeuty po jakichś trzech latach, wciąż obecny duży poziom lęku w relacji i fakt, że w dalszym ciągu nie potrafię się do końca otworzyć, bo paraliżuje mnie wspomniany lęk, a do tego wstyd, dystansowanie się i pewna sztywność uniemożliwiająca swobodną spontaniczność, jakoś dziwnie w moich oczach skraca jej długość. Czuję, że dopiero teraz powoli zaczynam być gotowa na prawdziwe otwieranie się i dopuszczanie terapeuty do tych ciemnych, przerażających miejsc w moim świecie wewnętrznym. Ale nie będzie ku temu okazji, bo mamy kończyć. Rozstać się i już nigdy nie spotkać. Pan M. mówi, że koniec terapii przeżywam jako śmierć. I ma rację. Dla mnie, to jak nagła śmierć rodzica dla małego dziecka. A może i obojga rodziców. Pozostawienie bezradnej i przerażonej dziewczynki samej w ogromnym i zagrażającym świecie, ze słowami, by radziła sobie sama. Niewykonalne.

Chce mi się płakać. Tak bardzo chce mi się płakać, że mam ochotę wyć do księżyca, że jeszcze nie potrafię zadbać o siebie sama. Że pan M. popełnia ogromny błąd. Ale może ma rację, a ja zwyczajnie dramatyzuję, próbując zrzucić z siebie odpowiedzialność za własne życie.

784 Ogółem 3 Dziś
Podziel się!

3 myśli w temacie “891 – wracam do życia

  1. Współczuję Ci tego kończenia terapii w momencie gdy nie czujesz się gotowa. Mnie też przerażała wizja końca, ale dostałam od mojej terapeutki zapewnienie, że będzie tak długo jak będę jej potrzebować. Moja terapia trwa dłużej niż Twoja. Zaczynałam od szpitala, diagnozy borderline, prób samobójczych, chlania na potęgę, bardzo poważnych samookaleczeń kończących się szyciem na SOR. Byłam w szpitalu 11 razy. Terapeutkę znalazłam w szpitalu. Jest psychiatrą, psychoterapeutą i superwizorem. W trakcie terapii wyszło, że cierpię przede wszystkim na PTSD i w przebiegu tego nawracającą depresję, zaburzenia osobowości. Od jakiegoś czasu już jestem stabilna, nie okaleczam się, mam w miarę poukładane życie, dobry, zdrowy związek, pracę, plany na przyszłość, przyjaciół. Wczoraj rozmawiałyśmy o tym, że zrobiłam przez te lata ogromne zmiany, że ona podtrzymuje swoje stanowisko, że jeśli nie chcę, to nie będziemy się żegnać, że nawet jeśli będzie wszystko dobrze, jeśli będę chciała będę mogła przyjść i opowiedzieć. Że może być tak, że nie będę potrzebować tych spotkań z taką częstotliwością, bo będę żyć swoim dorosłym, normalnym życiem, ale jeśli coś się zadzieje, w razie kryzysu, zawsze będę mogła przyjść, a także nawet gdy wszystko będzie ok, to będę mogła przyjść opowiedzieć co u mnie jeśli będę tego chcieć i potrzebować.
    Z tym, że moja terapeutka nie pracuje psychodynamicznie, jest certyfikowanym psychoterapeutą Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, łączy i integruje różne nurty psychoterapii, indywidualnie pod potrzeby pacjenta.
    Być może Pan M. trzymając się swojego nurtu nie jest w stanie Ci dać tego, czego potrzebujesz, może uważa, że dał już wszystko co potrafił i z jego strony nieuczciwe byłoby trzymanie Cię w zależności dalej, bo nie idziesz do przodu.
    Nie musisz iść na terapię CBT. Ale możesz znaleźć kogoś, kto też będzie łączył różne nurty, kto być może będzie w stanie dać Ci to, czego potrzebujesz, z kim będziesz mogła również stworzyć trwałą, bezpieczną więź. Życzę Ci tego.

  2. Bardzo Ci wspolczuje, że tak to wszystko przeżywasz.
    A czy nie będziesz mogła mieć kontaktu, ze swoim terapeutą, po zakończonej terapii.?
    Chodzi mi o to, czy czasem bedziesz mogła do niego napisać…
    Co u ciebie słychać…
    6 lat to sporo…mogę się domyśleć, jak Ci trudno…

  3. Tez mam borderline. Czytałam że bardzo pomaga bliska osoba która jest przy Tobie w tych najgorszych atakach, przytuli i powie kocham Cię ze 100 razy 😊 ja nigdy na taką nie trafiłam…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.