896 – terapia borderline: ostatnia, pożegnalna wiadomość

Czułam, że muszę to zrobić. Wysłać do pana M. ostatnią, pożegnalną wiadomość, w której napiszę wszystko to, czego nie udało mi się powiedzieć na wczorajszej sesji. Musiałam wyjaśnić mu moją decyzję o przerwaniu terapii trzy miesiące przed terminem jej końca.

Minęła ponad doba od zakończenia tej relacji i prawie półtorej godziny od wysłania wiadomości. Do tej pory byłam całkowicie odcięta od emocji. Jednak cierpienie i poczucie opuszczenia zaczynają się przedzierać, tama stopniowo puszcza. Powoli pojawiają się łzy. Tak bardzo się boję, że zaleje mnie taka fala negatywnych emocji, z którą sobie nie poradzę. A muszę zrobić to sama. Nie jestem już pacjentką pana M. i nie mogę liczyć na żadne wsparcie i pomoc z jego strony.

Wiadomość pisałam cztery godziny, wyszły mi trzy strony A4. Kiedy wkleiłam ją do okna rozmowy, trzymałam palec nad przyciskiem „wyślij” przez dobrą minutę i nie potrafiłam go nacisnąć. Jednak poziom napięcia sprawił, że w końcu to zrobiłam. A napisałam do niego tak…

Panie M.,

długo zbierałam się, żeby do Pana napisać. Chyba podświadomie traktuję wysłanie tej wiadomości, jako ostateczne pożegnanie, dlatego chciałam odsunąć to w czasie. Nie mniej jednak, czuję, że muszę to napisać, wyjaśnić wszystko, czego nie udało mi się wyartykułować na wczorajszej sesji. Miałam Panu tyle do powiedzenia, ale poziom lęku i cierpienia mnie sparaliżował.
Tak samo teraz. Od wczoraj bombardowały mnie setki myśli, którymi chciałam się z Panem podzielić, ale kiedy zabrałam się za pisanie, wszystkie ze mnie uleciały. Na razie jestem zupełnie odcięta od emocji, nie czuję nic, oprócz wszechogarniającej pustki, która pochłania i unicestwia każdy najmniejszy przejaw odczuwania czegokolwiek. Bardzo boję się, co będzie, kiedy to puści. Ale nie mam innego wyboru i wiem, że będę musiała sobie poradzić z tym sama. Proszę się nie obawiać, nie będę już Pana zamęczać wysyłając dziesiątki wiadomości. Ta jest ostatnia.
To takie typowe dla mojego zaburzenia, prawda? Opuszczenie i porzucenie relacji nim zrobi to ta druga osoba. Mam tego świadomość, a mimo wszystko nie jestem w stanie inaczej się zachować. Od jakiegoś czasu nasze spotkania były dla mnie jak tortury przed wykonaniem kary śmierci. Świadomość, że każda sesja zbliża mnie do nieuchronnego końca i rozstania, była nie do zniesienia. Nie potrafiłam dłużej wytrzymać natężenia cierpienia i lęku przed opuszczeniem. Nie mogłam podjąć innej decyzji, która jest ostateczna. Żałuję, bo każda rozmowa z Panem wnosiła coś do mojego życia. I najchętniej wykorzystałabym dany mi czas do końca, przychodząc jeszcze te trzy miesiące, ale to niestety niemożliwe, zbyt boli i mnie zabija.
Przede wszystkim chciałabym Panu serdecznie podziękować za te wszystkie lata. Od samego początku był Pan dla mnie bardzo ważną osobą, w przeciwieństwie do poprzedniego terapeuty. Nie waham się powiedzieć, że niejednokrotnie uratował mi Pan życie. Sama świadomość bycia w relacji z Panem wielokrotnie sprawiała, że byłam w stanie powstrzymać się przed autodestrukcją i podejmowaniem bardziej radykalnych kroków.
Kiedy mówił Pan wczoraj o tym, że terapia nic mi nie dała, a ja jestem rozczarowana, że mi Pan nie pomógł, była we mnie wewnętrzna niezgoda na tę samokrytykę z Pana strony. Bardzo chciałam wyjaśnić, jak to wszystko odbieram. Ale widział Pan, co się ze mną działo. Nie byłam w stanie mówić.
Współpraca z Panem była najlepszą decyzją, jaką mogłam podjąć. Nasza relacja od początku była z mojej strony oparta na bliskości, zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa. Już na pierwszych konsultacjach obdarzyłam Pana dużym kredytem zaufania i nigdy tego nie pożałowałam. Choć, mimo wszystko, poziom lęku był tak ogromny, że pozwoliłam sobie na emocjonalne zbliżenie się do Pana dopiero po ponad trzech latach. Ten proces zbliżania i otwierania się, wpuszczania Pana do mojego świata wewnętrznego trwał do samego końca i tak naprawdę nigdy się nie zakończył. Potrzebowałabym jeszcze naprawdę wiele czasu, żeby oprowadzić Pana po tych najciemniejszych zakątkach mojego świata wewnętrznego. Żeby dopuścić Pana do tego, co mnie boli i przeraża najbardziej.
Chciałabym też jednocześnie podziękować za wszystko, co dobre i przeprosić za to, co złe. W szczególności przepraszam za te wszystkie desperackie wiadomości, które wysyłałam. Patrząc z boku można by je wziąć za próby manipulacji, ale proszę mi uwierzyć, że nie takie były moje intencje. Pisałam po prostu szczerze i dosadnie to, co czułam i myślałam. Bez żadnej autocenzury. A to pokazuje, jak ogromnym zaufaniem Pana obdarzyłam i jak bezpiecznie czułam się w naszej relacji.
Wiem, że Pana cały ten czas idealizowałam i wciąż to robię. W końcu pragnienie posiadania idealnego terapeuty jest znamienne dla BPD. Jednak wiem, że nie jest to bezpodstawne. Uważam Pana nie tylko za świetnego specjalistę, ale i dobrego, ciepłego oraz serdecznego człowieka. Bardzo odpowiadał mi Pana sposób bycia. To, że nie był Pan zupełnie pozbawiony emocji, że pozwalał sobie Pan choćby na śmiech, gdy coś Pana rozśmieszyło. To sprawiało, że w gabinecie czułam się swobodnie i mogłam być sobą. Myślę, że nie mogłam sobie wymarzyć lepszego terapeuty niż Pan i piszę to z całym przekonaniem. W ciągu tych blisko sześciu lat poczułam złość oraz zdewaluowałam Pana może ze dwa, trzy razy. I za każdym razem przechodziło mi bardzo szybko.
Chciałabym bardzo podziękować za to, że wytrzymywał Pan wszystkie moje skrajne emocje, kryzysy z tendencjami samobójczymi, dziesiątki wiadomości, którymi Pana zasypywałam. Nigdy nie poczułam się przez Pana skrytykowana, oceniona ani odrzucona, co było dla mnie niesamowicie ważnym przeżyciem.
Bardzo zależy mi na tym, aby nie traktował Pan mojej terapii jako swojej zawodowej porażki. Ja w żadnym stopniu tak do tego nie podchodzę. To nieprawda, że ta terapia nic mi nie dała. Relacja z Panem była dla mnie korektywnym doświadczeniem. Nigdy nie byłam w relacji opartej o tak wysoki poziom bliskości, pewności drugiej osoby i zaufania. Wiem, że niejednokrotnie wystawiałam ją na próbę, atakując ją i próbując zniszczyć. Jednak Pana stabilność, nieocenianie i wytrzymywanie tego sprawiały, że czułam się w niej bardzo bezpiecznie. Czułam się akceptowana taka, jaka jestem. Nigdy nie musiałam nic udawać i mogłam być całkowicie szczera, nie bojąc się, że mnie Pan opuści.
Terapia u Pana dała mi bardzo dużo na poziomie kognitywnym. Zrozumiałam naprawdę wiele, uświadomiłam sobie ogrom rzeczy, które wpłynęły na komfort mojego życia. Kiedy jestem racjonalna, jestem zupełnie innym człowiekiem niż wtedy, gdy zaczynaliśmy współpracę. Pragnę się dobrze czuć i próbuję to osiągać, bywam naprawdę szczęśliwa i nie jest mi już z tym źle czy nieswojo. Mój wgląd w siebie i swoje problemy znacznie się powiększył. Dzięki naszym spotkaniom zrobiłam duże postępy, jak choćby udział w spotkaniach autorskich, konferencjach czy udzielanie wywiadów na żywo. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia, a teraz to robię i czuję z tego powodu satysfakcję.
Przede wszystkim jednak ta terapia przedłużyła mi życie o te kilka lat. Jestem pewna, że gdyby nie Pan, już dawno gryzłabym piach. Był Pan ze mną w najtrudniejszych chwilach, wspierając mnie i zapewniając opiekę, której tak bardzo potrzebowałam. Podczas tych sześciu lat nie podjęłam żadnej poważnej próby samobójczej mimo wciąż powracających tendencji samobójczych, co jest dla mnie ogromnym sukcesem.
Nie wiem, ile czasu jeszcze uda mi się żyć. Odkąd pamiętam, byłam pewna, że nie umrę śmiercią naturalną. Tak też uważam do dziś. Jestem przekonana, że przyjdzie taka chwila, w której podejmę ostatnią, udaną próbę samobójczą. Nie mam co do tego wątpliwości. Jednak dzięki naszej relacji przekroczyłam trzydziestkę i udało mi się osiągnąć całkiem sporo drobnych sukcesów, za co będę Panu wdzięczna do końca moich dni.
Myślę, że to głębokość mojego zaburzenia i zakorzenienia cierpienia uniemożliwiły mi zrobienie większych postępów. Że należę do tego odsetka osób z osobowością z pogranicza, których nie da się całkowicie wyleczyć. Nie mógł Pan zrobić dla mnie więcej. B. mówi, że może, tak jak w jej przypadku, kolejnych kilka lat wyprowadziłoby mnie na prostą.
[tu kilka zdań o mojej przyjaciółce, chcąc uszanować jej prawo do prywatności, pominę je] Może ze mną byłoby podobnie. Może, ale tego się już nie dowiemy. Wiem, że Pana decyzja o zakończeniu jest ostateczna, ale gdyby zmienił Pan jednak zdanie… Jednak nie będę do tego ani namawiać, ani nawet o to prosić. Wierzę, że Pan lepiej wie, co jest dla mnie dobre, choć nigdy się nie pogodzę z tą decyzją i nie zaakceptuję jej emocjonalnie. Zawsze będą ją przeżywać jako opuszczenie.
Część osób twierdzi, że się w Panu zakochałam. Nie wiem, czy Pan pamięta, ale poruszyłam kiedyś tę kwestię na sesji. Bałam się, że pomylę bliskość z miłością. Jednak tak się nigdy nie stało. Pana profesjonalizm sprawił, że ani przez chwilę nie pojawiły się we mnie takie emocje. Zasady naszej relacji zawsze były dla mnie jasne i klarowne. Niektórzy mówią, że sposób, w jaki o Panu piszę świadczy o mojej miłości do Pana. Nie twierdzę, że nie ma w tym ziarna prawdy, ale w żadnym razie nie jest to uczucie romantyczne. Na poziomie emocjonalnym był Pan dla mnie jak ojciec i tylko w takich kategoriach należy to rozpatrywać. Świadczyć może o tym też fakt, że nasze rozstanie wpłynęło na moją relację z ojcem. Ponownie zaczęłam czuć do niego dystans i znów pojawił się lęk. Mam opory przed kontaktem z nim. Może to minie za jakiś czas, kiedy wyliżę rany i przetrawię nasze rozstanie. Mam nadzieję.
Chciałabym, aby wiedział Pan, że nie popełnił Pan żadnych większych błędów. Wydaje mi się, że ta informacja może mieć dla Pana jakieś znaczenie, jeśli chodzi o pracę z takimi osobami jak ja. Jedynie Pana ostatnią decyzję, o zakończeniu naszej relacji, uważam za błąd. Ale nie mam tego Panu za złe. Po prostu mam na ten temat inne zdanie.
Jeśli chodzi o książkę, którą mam zamiar napisać… Szacuję, że zajmie mi to co najmniej pół roku. Rozmawiałam już z wydawnictwem i zostanie wydana najprawdopodobniej w 2022 roku. Pozwolę sobie ją do Pana wysłać mailem, kiedy już powstanie. Zbyt Pana szanuję, żeby wydać ją za Pana plecami. Nie chcę również trzymać Pana w niepewności, dlatego napiszę to już teraz – przedstawię w niej Pana jako jak najbardziej pozytywną postać. Byłoby mi również bardzo miło, gdyby zgodził się Pan napisać do niej wstęp. Oczywiście może być anonimowo, moi czytelnicy znają Pana jako „pana M.”. Luźno rzucam pomysł, proszę to przemyśleć na spokojnie. Nie naciskam.
Na sam koniec przesyłam cały ogrom serdeczności. Szczerze życzę Panu szczęścia w życiu prywatnym, miłości w życiu rodzinnym oraz spełnienia i sukcesów na gruncie zawodowym. Wiem, że pomoże Pan jeszcze wielu osobom. Ja będę wspominać naszą relację z nostalgią i, proszę mi wierzyć, nigdy nie pomyślę o Panu źle. Żywię nadzieję, że Pan również nie zapamięta mnie źle.

Z wyrazami szczerej serdeczności,
Anka

_________________
EDIT
pan M. odpisał po dwóch godzinach.

Dziękuję Pani za tę wiadomość. Mam nadzieję, że poradzi Pani sobie ze swoimi problemami. Pozdrawiam, pan M.

Muszę szczerze przyznać, że nie liczyłam na odpowiedź, choć bardzo jej pragnęłam. A kiedy już ją przeczytałam… Z moich oczu polała się ściana łez. Ryczę, trzęsę się cała i nie mogę uspokoić. Kurwa, jak to strasznie boli! Tak bardzo, że nie wiem, ile to wytrzymam. Mam ochotę się nachlać, pochlastać i krzywdzić siebie w każdy możliwy sposób, dopóki starczy mi sił.
Ale nie, nie chcę być autodestrukcyjna. Nie mogę tak tego odreagowywać. Jestem pewna, że zawiodłabym tym pana M.
Niemniej siedzę przed komputerem, wyłączyłam program liczący czas pracy, wciąż od początku czytam to, co mu napisałam, piję browara i palę fajkę za fajką. Ten ból, cierpienie, poczucie opuszczenia tak mnie ranią, iż mam wrażenie, że nie poradzę sobie z tym sama. Szczerze? W tej chwili chciałabym jednak pojechać do szpitala. Nie mam do siebie za grosz zaufania. Na pierwszym blogu miałam napisany taki tekst „cierpienia robią człowieka niepoczytalnym”. I tak się właśnie czuję. Nie jestem w stanie zapewnić sobie poczucia bezpieczeństwa. Boję się, że znów zacznę uciekać na oślep. I rozwalę sobie łeb o pierwszą lepszą przeszkodę.

2443 Ogółem 1 Dziś
Podziel się!

17 myśli w temacie “896 – terapia borderline: ostatnia, pożegnalna wiadomość

  1. Ania płakałam jak to czytałam. Jak bardzo bliskie są mi Twoje uczucia i jak bardzo chcialabym umieć je tak wyrazić. Bardzo bym chciała umieć wyrazić wdzięczność swojej terapeute, ale w tej chwili czuję tylko ogromny smutek i żal do niej. Myślałam że coś dla niej znaczę a ona po 4 latach nawet nie życzyła mi powodzenia. Też nue wytrzymałam kończenia terapii na jej warunkach. Dała mi rok, zrezygnowałam po 3 miesiącach. Fajnie to określiłaś, każda sesja była dla mnie torturą i świadomością że ona nie chce mi już pomoc. Też wiele osób zadawało mu pytanie czy się w niej zakochałam, ale nie, ona była kimś więcej niż matka, bez zadnych innych podtekstów. Jakbym dostała taką odpowiedź od niej jak Ty na dlugi list załamałabym sie, a Ty go rozumiesz. Ktoś w komentarzach napisał o tym że długoterminowa terapia jest zła i zgadzam się z tym. Ja też juz nikomu nue zaufam i nie pójdę na żadną terapię, a w sumie moja t. nawet mi powiedziała że ja już nie potrzebuję. Bardzo chętnie przeczytam Twoją książkę, ale nie wiem czy ja udźwignę. Jutro umówiłam się z moją t. bo nawet się z nią nie pożegnałam, ale nie wiem czy dam radę, czy zamiast tego nie wyrzyce z siebie tylko tego jak strasznie mi źle. Mam nadzieję że jakoś sie pozbierasz i będzie Ci się lepiej żyło niż te 6 lat temu. Trzymam kciuki ❤️

  2. Bardzo dobrze czytało mi się Pani komentarz do posta Anki. Wiele tych refleksji jest mi bardzo bliskie. Kilka tez jest dla mnie nowych, m.in ta o „zakazie” długoterminowej terapii. To prawda, że w długoletniej terapii tworzy się wyjątkowa więź, nieporównywalna często nawet z więzią z rodzicem czy małżonkiem. I do tego skazana na zakończenie.
    Wykształciłam się poznawczo-behawioralnie i do niedawna nie patrzyłam na to w ten sposób. Mało uczyli nas w szkole o roli relacji. W tym nurcie klasycznie jest raczej nacisk na krótkoterminowe procesy, nastawione na redukcję objawów i rozwiązanie problemów. Dopiero doświadczenie własnej terapii oraz prowadzenie (a zatem również kończenie) wieloletnich procesów terapeutycznych (właśnie w DBT) odsłoniło przede mną ogromny świat przeżyć związanych z kończeniem tej, specyficznej relacji. Muszę przyznać, że sama ulegam złudzeniu „naturalnego wyczerpania relacji”, o którym Pani pisze. Powiedziałabym, że dość często, właściwie w większości procesów z powiedzmy mniej zaburzonymi osobami tak się właśnie dzieje. Ktoś po prostu zdrowieje na tyle, że przestaje potrzebować terapii. I to jest moment, do którego dążymy. Ale historia pożegnania Anki przypomina mi, że nie musi tak być.
    I aż lżej mi na sercu czytając jak odwołując się do własnych doświadczeń potrafi Pani Ankę uprawomocnić. Mam nadzieję, że Anka odbiera to podobnie. Dorzucam się do głosu zachęcającego (w odpowiednim momencie) do terapii DBT w pełny wydaniu, czyli z grupowym treningiem umiejętności. To zupełnie zmienia ciężar, bo to też forma pomocy, ale bez nacisku na indywidualną relację z prowadzącym. Powodzenia!

        • I to jest właśnie przykre i niezrozumiałe.
          Myślisz,że jesteś ważna ,dla terapeuty,buduje się między wami więź.
          Daje ci wsparcie ,mówi dobre rzeczy…terapia trwa kilka lat…
          I po tym wszystkim dostajesz krotką wiadomość od terapeuty…
          Nawet się nie wysilił by życzyć Ci wszystkiego dobrego…czy nawet coś o wspólnej terapii razem….że np fajnie że miał taką pacjentkę no nie wiem…
          Dziwnie…Ja bym poczuła się zawiedziona i oszukana…

          • Zauważmy, że mógłby Ankę nawet z serdeczności przytulić w podziękowaniu za tyle lat pracy, ale gdyby to pożegnanie odbyło się na żywo, a nie przez SMS. Odpowiedź zwięzła, krótka i chyba też pełna ulgi.

  3. Anko, Aniu
    od jakiegoś czasu byłam stałą czytelniczką bloga (przeczytałam też dwie książki), jakoś tam towarzyszyłam Ci, z wdzięcznością, że dajesz dostęp do swoich przeżyć, swojego świata. Wątek terapii był dla mnie – terapeutycznej weteranki – ważny. Z wdzięczności za tę porcję regularnej lektury, jakoś czuję się zobowiązana do tego, żeby napisać parę słów.

    Przeżyłam terapię zakończoną za wcześnie (decyzja terapeutki, jej wyjazd do innego miasta i „nowe życie”, przyczyn tej decyzji, poważnych, nie dała mi wtedy dostępu) i wieloletni, bardzo głęboki ból po niej – gdzieś zduszony, upchany po kieszeniach, ale tak długo obecny. Pierwsze 2,5 roku terapii zajęło mi znalezienie w sobie zgody na bliskość i zaufanie. Gdy już jakoś – wbrew sobie – je znalazłam, właśnie wtedy (dokładnie na sesji, na której ze wzruszeniem i radością jej o tym powiedziałam) dowiedziałam się, że jednak nie będzie tak, jak opowiadają w bajkach i podręcznikach terapii psychodynamicznej, że tyle, ile potrzebuję, tylko że za rok skończymy. Bo tak i już, nieodwołalnie, nie ma żadnych innych opcji. Również miałam rok na pogodzenie się z tym i przeżycie tego i z dzisiejszej perspektywy oceniam ten rok jako terapeutycznie jałowy (w sumie dalej towarzyszyła mi w moich codziennych zmaganiach, pomogła dobrnąć do absolutorium na studiach, ale w rozwoju emocjonalnym raczej się wtedy cofnęłam, niż posunęłam do przodu, ważne wątki nie zostały poruszone, a i psychiatrycznie rozpieprzyłam zupełnie). No ale dotrwałam do końca, pożegnałyśmy się jak ludzie, uściskałyśmy na koniec. Przez cały ten rok nie umiałam chyba nawet wyartykułować tego, co potrafisz wyartykułować ty – że to jest porzucenie i że nie na to się umawiałyśmy. I że to jest nie fair. Wściekłość na to, co się stało, i odwagę do stanięcia po swojej stronie, znalazłam po wielu latach. I odpłakałam poczucie krzywdy. Rok po zakończeniu terapii rozpoczęłam terapię psychodynamiczną u innej osoby. W moim odczuciu miała to byc kontynuacja pracy zaczętej z tamtą terapeutką. Trwałam w tym układzie kolejne 2,5 roku, coś też wzięłam, ale dziś uważam, że był on skazany na niepowodzenie.

    Znajoma znalazła się w podobnej sytuacji. Chodziła na terapię do terapeuty, który był oprócz tego księdzem, i przeniesiono go do parafii w innym mieście. No, różnica taka, że można to nazwać „siłą wyższą”. Przez ostatni rok, na który się umówili, jeździła na sesje busem 3h w jedną stronę (terapeuta też jeździł, no ale nie specjalnie do niej, pracował w 2 miastach). Ten rok kończenia był dla niej dobrym rokiem. Gdy kończyła terapię, bardzo odnajdowała się w uczuciach, o których jej opowiadałam. Potem jakoś się pozbierała, ogarnęła, zachowała do tego terapeuty ogromną wdzięczność. Do dziś mówi, że terapia u niego zmieniła całe jej życie.

    Poznałam inną osobę, której terapeuta po wielu latach przerwał terapię, uznając, że już jej nie służy – choć wcześniej wielokrotnie powtarzał, że jest i będzie (nie wiem czy znasz bloga Perfekcyjnej? zatrzymajmnie.blogspot.com). Ona, podobnie jak ty, zakończyła terapię przed czasem, na który umówiła się z terapeutą. Długo nie mogła się po tym pozbierać i niemałą cenę zapłaciła, z tego okresu jest najwięcej wpisów na jej blogu. Dziś, podobnie jak ty, uważa jego decyzję za błędną. Jednocześnie – nie przekreśliła tego, co mu zawdzięcza.

    Rozmawiałam kiedyś prywatnie z profesorem psychiatrii, jednym w moim odczuciu z najmądrzejszych, głębokim, wrażliwym, czującym człowiekiem z ogromnym doświadczeniem i głęboko humanistycznym podejściem do leczenia. Powiedział mi wtedy, że choć nikogo do psychoterapii nie zniechęca, nigdy nie weźmie odpowiedzialności za polecenie komuś konkretnej osoby. I że prywatnie (pry.wa.tnie) uważa, że długoterminowa terapia psychoanalityczna i psychodynamiczna powinny być zakazane – bo więź, która się tworzy między terapeutą a pacjentem, jest bardzo bliska, utrata takiej więzi to bardzo duża trauma, a żaden terapeuta nie jest w stanie zagwarantować pacjentowi tego, czego ten teoretyczny model wymaga (bo ludzie chorują, umierają, przeprowadzają się, zmieniają im się plany życiowe itd itp). „Takich ludzi, jak pani – którzy nie mogą pozbierać się po terapii, która 'skończyła się wtedy, gdy powinna się zacząć', spotkałem w moim życiu już wielu. Nie było to 5 osób, nie 15 i nie 50. Bardziej 500. I to nie były łatwe historie”.

    Zresztą, w jakimś solidnym amerykańskim podręczniku długoterminowej terapii psychodynamicznej ten dylemat został jasno nazwany: czy w ogóle jest uczciwym uważanie za modelowe sytuacji, w której terapia zostanie doprowadzona do naturalnego końca, jeżeli ogromny procent terapii kończy się inaczej (bo przeprowadzka terapeuty, pacjenta, koniec kontraktu z firmą ubezpieczniową, zmiana pracy, choroba, śmierć itd itp)?

    Ja po latach jestem w tej kwestii rozdarta. Z jednej strony – nigdy już nie chciałabym się narazić na to, co przeżyłam dając komuś do siebie dostęp i tracąc go potem tak niesprawiedliwie. Z drugiej – wiem, że potrzebuję czasu, by się do kogoś zbliżyć, i że jest to dużo więcej czasu niż „ustawa przewiduje”. Ciągle tęsknię do takiej terapii, która szanuje moje tempo, i jednocześnie wiem już, że celowa praca na przeniesieniach nie jest dla mnie. Że drugi raz nie dam się na to nabrać, że gdzieś trzeba stać na swoich nogach i pamiętać, że po drugiej stronie jest też człowiek, któremu naprawdę wszystko może się przydarzyć (z błędnymi decyzjami i śmiercią włącznie).

    Napisałam to wszystko, żeby jakoś uwiarygodnić prosty komunikat: naprawdę rozumiem uczucia, które Tobą teraz targają. Szanuję je i nie dziwię Ci się. Przykro mi, że towarzyszy temu autodestrukcja, ale być może tego w tej chwili potrzebujesz albo tylko tak teraz potrafisz. A może to po prostu adekwatna forma. Współczuję i trzymam kciuki. Złości mnie decyzja twojego pana M., ale przecież nie było mnie na waszych sesjach, nie wiem o tobie tego, co wie on. Może jednak racje, którymi się kierował, nie były od czapy? To, czy po latach uznasz ją za błędną, czy jedynie bardzo bolesną, ale słuszną, tak naprawdę w ogóle nie zależy od tego, co on zrobił, a od przyszłych wydarzeń (choćby tego, jaką dawkę cierpienia teraz zafundujesz sobie i najbliższym i jak się z tego podniesiesz) i w konsekwencji opowieści, którą ex post skonstruujesz na ten temat.

    Wkurwiają mnie padające tu teksty „przez tyle lat nic się nie zmieniło” „nic w tej terapii nie zrobiłaś”. Przecież to nieprawda. W niektórych obszarach przeszłaś ogromną drogę i o tym wiesz. Te komentarze są chamskie i niepotrzebne. Łatwo być alfą i omegą w teorii i w cudzej sprawie.

    Myślę, że terapeuta ma rację, proponując Ci kontynuację terapii w innym nurcie. To, co zrobiłaś u niego, zostanie z tobą. W moim odczuciu, po moich doświadczeniach i ich głębokim przemyśleniu/zintegrowaniu, myślę, że nie powinna to być wyłącznie kolejna terapia indywidualna, bo trudno będzie nawiązać drugą bliską więź. A może w ogóle będzie to niemożliwe. Myślę, że warto rozważyć DBT – terapię w połączeniu z treningiem grupowym. Znowu: od osoby, która taką terapię ukończyła, po wielu latach wcześniejszej psychodynamicznej, usłyszałam, że zmieniło jej to życie, dało narzędzia do radzenia sobie z tym, co najtrudniejsze dla niej i dla otoczenia. Ja (ja) bym chyba szła w tę stronę. Terapię DBT opracowała osoba, która sama cierpiała na borderline. Nie przekreślałabym tego. I bardzo cenię w niej pozytywne, pełne szacunku i nadziei podejście do osób z BPD. Oraz szybkie efekty w tych najtrudniejszych sprawach. Może najpierw to, a potem, jeśli ciągle będziesz potrzebowała, druga porcja głębszej pracy?

    Ale i nie wiem, czy da się po prostu przeskoczyć z jednej terapii w drugą. Pewnie nie, pewnie trzeba jakiś detox i pewnie w czasie tego detoxu swoje musi się wydarzyć. Życzę Ci, żebyś z tego bólu wyszła teraz jak najmniej pokiereszowana. I żebyś go do siebie dopuściła i przeżyła, bo tylko wtedy da się pójść dalej.

    Jeśli po tym, co napisałam, miałabyś ochotę pogadać – daj znać.
    Pozdrawiam ciepło i jeszcze raz dziękuję.

  4. Anko, bardzo mi przykro, że przez to przechodzisz. Twoje emocje są zasadne i masz prawo czuć rozgoryczenie i smutek.
    Czytając list do pana M. odniosłam wrażenie, że Twoje przedwczesne wyjście z terapii, było Twoim mechanizmem obronnym, który miałby przekonać terapeutę do przedłużenia tej terapii i nieokreślania czasu jej zakończenia. Mam wrażenie, że liczyłaś na to, że gdy to przeczyta, stwierdzi że tak jak w przypadku Twojej przyjaciółki, należy terapię przedłużyć.
    Jego odpowiedź mnie nie dziwi, wszak podjęłaś decyzję, jeszcze ją niejako potwierdzając (ale jednak nie) w tym liście.
    Nie wiem w jakim nurcie miałaś terapię, ale może warto spróbować np. schematów czy dbt. Może to miał na myśli mówiąc, że potrzebujesz czegoś innego?
    Nie poddawaj się, zwłaszcza że jak sama napisałaś, poczyniłaś duże postępy. Twoje życie to nie tylko borderline i pan M. Jesteś przede wszystkim Anką.

    • Pan M. uważa, że powinnam iść na jakąś behawioralną. Że to by mi pogolo. Ale ja nie chcę e. Już nigdy nie chcę podejmować żadnej terapii.

      • Wiem i rozumiem, że teraz tak czujesz. Oczywiście, zrobisz tak jak będziesz chciała. Mimo wszystko, jak przejdziesz przez etap żałoby, warto by pomyśleć o nowych drogach terapeutycznych. Może grupowa?
        Nie chce podważać pana M., ale może to że jesteś z terapeutą sama w tej terapii, sprawia że za mocno się do niego przywiązujesz, czym uzależniasz swoje leczenie od jego obecności.

  5. On był Twoim terapeutą. Ty się zwierzasz, on tego słucha – to jest jego praca. Nie wychodzi dalej niż poza sferę swojej pracy. Ty odebrałaś terapię bardzo emocjonalnie – on czysto zawodowo. Nie wymagaj od niego za dużo, nie wymagaj żeby się angażował, bo on nie jest od tego. To Twój terapeuta, Twoja pomoc, czego się spodziewałaś? Nie jesteś jedynym borderem w jego świecie czy na terapii, daj mu po pracy żyć swoim życiem a nie wchodzić dalej w cudze problemy.

  6. Duzo w tym sprzecznosci. Rezygnujesz z dalszych spotkan po to, zeby juz kolejnego dnia wyslac mu dluga wiadomosc, w ktorej wyrazasz ogromna wdziecznosc (na miejscu tego terapeuty mialabym poczucie, ze niewspolmierna w stosunku do tego, co udalo sie osiagnac), szacunek i uznanie dla jego dokonan, ale jednoczesnie wprost informujesz, ze i tak pewnego dnia sie zabijesz. I co on ma teraz z taka informacja zrobic?

    Odpowiedz pewnie malo satysfakcjonujaca (w sumie to bardzo wyraznie tutaj widac, jak bardzo niesymetryczne sa te relacje miedzy teraputami a ich pacjentami), ale w sumie nie wiem, jak inaczej moglby zareagowac (poza kompletnym brakiem reakcji). Co takiego moglby teraz zrobic lub napisac, zebys poczula sie lepiej? Mysle, ze gdyby wiedzial, co by to moglo byc, to zdazylby Ci to przekazac w czasie szesciu lat wspolnej pracy.

    Na Twoim miejscu nie przywiazywalabym teraz takiej wagi do emocji pana M („Bardzo zależy mi na tym, aby nie traktował Pan mojej terapii jako swojej zawodowej porażki.(…)Nie chcę również trzymać Pana w niepewności, dlatego napiszę to już teraz – przedstawię w niej Pana jako jak najbardziej pozytywną postać”). On sobie z pewnoscia poradzi i z porazka (?) zawodowa (pewnie nie pierwsza i nie ostatnia) i z niepewnoscia, w jaki sposob zostanie przedstawiony w Twojej ksiazce (o ile w ogole kiedykolwiek sie nad tym zastanawial).

    Propozycje napisania wstepu do wspomnianej ksiazki pewnie odczyta jako probe podtrzymania Waszej relacji.

  7. Tak mi przykro
    Tylko tyle potrafił napisać po 6 latach terapii!!!!
    Brak mi słów!
    Mógł lepiej nic nie pisać!
    Brak empatii!

    • A ja obawiam się, że dobrze zrobił, wchodzenie w relację poza terapią nie jest bezpieczne 🙁 Gdyby autorka wniosła powyższe kwestie na terapię – Ok, ale rozważanie ich dalej poza nią i angażowanie terapeuty nie jest chyba najlepszym pomysłem.

  8. Czyli jesteś zła. Poczuj złość i może napisz sobie na co jesteś zła, zamiast uciekać od emocji w alkohol lub autodestrukcję. Mogą to być punkty żeby było trochę mniej emocji, a więcej racjonalności przy zachowaniu emocji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.