897 – odszedł. zabierając wszystko, co mi dał

Wraz z końcem relacji z panem M. umarła ta część mnie, którą tak bardzo wspierał i starał się wzmocnić. Cząstka, która walczyła z resztą mnie o życie. Ta część, która sprzeciwiała się autodestrukcji i tendencjom samobójczym. Ale pan M. zabrał ją ze sobą. I odszedł.

Siedzę od siódmej, patrzę tępo przed siebie i chleję browary, odpalając fajkę od fajki. Nie ma we mnie już nic. Wybucham płaczem, by po chwili znów ogarniała mnie pustka.

Tama puściła. Zalał mnie cały ten emocjonalny syf, od którego próbowałam się odciąć. To było do przewidzenia.

Ale mnie już nie ma. Wraz z pożegnaniem, umarłam. Pozostało tylko to znienawidzone ciało, którego nigdy nie zaakceptowałam. Nie chcę już nic. Niczego nie pragnę. To cierpienie, którego natężenie jest nie do zniesienia, odebrało mi wszystko. Choć właściwie, odebrało te resztki, które dawały jeszcze jakieś złudzenie.

615 Ogółem 1 Dziś
Podziel się!

21 myśli w temacie “897 – odszedł. zabierając wszystko, co mi dał

  1. A to jest sluszne pytanie. Czy ty w rej chwili chcialabys renegocjowac ten termin (bo moze wszystko co sie ustali bedzie tym samym toporem?), a jesli tak, to czy probowalas to zrobic?

  2. Prawda jest taka, że terapeuta nic Ci nie zabrał. Sama to sobie robisz na własne życzenie własnym podejściem. Trzy miesiące mają takie samo znaczenie jak i trzy dni, bo to wszystko zależy jak Ty chcesz to wykorzystać. Aktualnie jednak wolisz widzieć życie i koniec terapii tak jak podpowiada Ci zaburzenie. I dokładnie, wolisz. Bo już wiesz, że możesz inaczej tylko teraz nie chcesz. To jest kwestia braku odpowiedzialności.

    Terapeuta to nie przyjaciel ani rodzina. Daje Ci narzędzia i wiedzę, wsparcie, ale nie weźmie sobie Twojego życia i nie ułoży jak klocków, żeby było ok.
    Przestań pić (na to masz wpływ, wybacz) i weź się z tym za ryj zwyczajnie. Jak ma boleć to niech boli. Nie masz wpływu na to czy boli ale co z tym zrobisz. Dosłownie – nie rób większego syfu niż jest.

    I nie jesteś na tyle „pojebana” (jak to napisałaś), tylko wolisz (to nadal Twoja wola) się poddać, zamiast dać sobie czas na ochłonięcie.

    Pozdrawiam.

  3. Chodzi mi o to, że jeśli nie pomoże to za nic nie odpowiada. Lekarz odpowiada za błędy. A błędy terapeutyczne trudno udowodnić. Czy ten terapeuta popełnił jakieś błędy? Może tak, może nie. W każdym bądź razie pacjent zostaje sam ze wszystkim jeśli mu się nie pomoże i terapeuta wtedy jedynie mówi „sorry”.

    • To nie jest takie proste, bez sensu porównywać lekarza i terapeutę, bo w przypadku zabiegu, pacjent może co najwyżej spowodować przesunięcie terminu niezastosowaniem się do zaleceń, reszta spoczywa w rękach lekarza. Natomiast w terapii, obie strony są odpowiedzialne za zmianę i choćby terapeuta stawał na rzęsach, to nie pomoże pacjentowi, jeśli ten przykładowo kurczowo trzyma się starych mechanizmów.

      • kolejne potwierdzenie moich słów, Jjetem zbyt głęboko zaburzana i zbyt pojebana, żeby ktoś byłby mi w stanie pomóc. jestem skazana na śmierć z własnej ręki. i nie tego nie zmieni. Łudiał się te 6 lst będąc w teraoii u pana M. Ale gdy ona si ę skończxyłz, wszystko wrociła ze zdwojonsiłą.

        • Nie bierz tego do siebie, Anka. To moje luźne przemyślenie z mojej ostatniej sesji, wtedy wypowiedziane z mega bezsilnością.

    • https://terapiapoludzku.org/odpowiedzialnosc-psychoterapeuty/

      Terapeuta również odpowiada za błędy. I wcale nie jest to trudniejsze niż w przypadku lekarza – ale nie piszę, że jest łatwe. I nie powinno być łatwe z prostego powodu… za terapię odpowiada także pacjent. I o ile terapeuta nie popełnił przestępstwa, sprawa powinna być zawsze dokładnie prześwietlona z obu stron.

      A nawiasem mówiąc, z tych wszystkich postów i komentarzy wyłania się ciekawy obraz tego, jak pacjenci postrzegają terapeutów i terapię.

      Terapeuta nie jest i nie powinien być rodziną zastępczą. Nie powinien być przyjacielem.

      I wygląda na to, że zawsze powinien poinformować o tym pacjenta, bo pacjent nie zawsze rozumie tę relację. A rozumienie jej może być kluczowe. Terapeuta czuwa nad pacjentem, ale nie rozwiązuje jego problemów. Daje wsparcie, ale nie jest błędnym rycerzem.

      Rozumiem Ankę, kiedy pisze, że nie chce już żadnej terapii – przechodzi teraz żałobę i dziwnie by było, gdyby po prostu wzruszyła na to wszystko ramionami. Ale zakończyła tę terapię przed wyznaczonym terminem i nie można teraz mówić, że to terapeuta odszedł. Tak się nie stało.

      Z tego co zrozumiałam, terapeuta będzie na nią czekał JUTRO, gdyby zmieniła zdanie. To zdecydowanie nie jest powiedzenie „sorry”. To jest nadal oferowanie swojej pomocy i czasu. W ograniczonym zakresie, ale na tym polega cała terapia… zwłaszcza psychodynamiczna.

      Ktoś pisał o asymetryczności relacji na podstawie wiadomości, jaką wysłał Pan M.. A właśnie ta oferta czekania w piątek, mimo tego, że Anka zrezygnowała, jest idealnym przykładem „rozkładu sił”. Czyny, nie słowa.

      Btw, uważam, że przez 3 miesiące może się zmienić niesamowicie dużo.

      Pozdrawiam!

      • Tylko, że nie trzeba podejmować przestępstwa ściganego karnie aby skrzywdzić pacjenta. To jest bliska i delikatną relacja, a to co mówi terapeuta może pozostawić wpływ do końca życia – ze względu na więź jaka się tworzy.

        • Dlatego napisałam „o ile nie popełnił przestępstwa”. Jeśli popełnił, sprawa jest jasna. Natomiast w tekście, który podlinkowałam są opisane także postępowania ze względu na błąd diagnostyczny i błąd terapeutyczny. Terapeutę obejmuje też Kodeks Etyki Zawodowej; konsekwencje błędów celowych lub nie, obejmują m.in. pozbawienia prawa wykonywania zawodu.

      • Ta relacja tak bardzo odbiega od wszystkich innych, ze pacjent moze sie w tym zagubic (pewnie im bardziej zaburzony, tym latwiej). Internet jest pelen podobnych historii. Moze rzeczywiscie terapeuci powinni na kazdym kroku zaznaczac swoj brak zaangazowania emocjonalnego, dystans i przypominac o tymczasowosci tej relacji, ale z jakiegos powodu tego nie robia. Przypuszczam, ze pacjenci regularnie sprowadzani na ziemie byliby o wiele mniej sklonni do otwierania sie przed terapeutami. Dlatego z jednej strony tworzy im sie w gabinecie iluzje bliskosci, zrozumienia i prawdziwej relacji, ale jak cos idzie nie tak, jak powinno, zawsze mozna wyjac tego asa z rekawa i przypomniec, ze wlasciwie to wszystko jest takie troche na niby, wziete w cudzyslow i zdziwic sie, ze dla pacjenta nie bylo to oczywiste, ze to usluga jak kazda inna, pacjent zaplacil za starannie odmierzona porcje empatii, otrzymal ja i w zasadzie o co mu jeszcze chodzi. Mam duze watpliwosci dotyczace etycznej strony takiego przedsiewziecia.

        • To prawda (z tym zagubieniem). Z drugiej strony, gdyby otwieranie się przed najbliższymi ludźmi wychodziło tak super, gdyby to rodzina i przyjaciele byli tymi, którzy naprawdę mogą nam pomóc, nie potrzebowalibyśmy terapeutów. Ale terapeuci jako ludzie nie są przez nas „kupieni w całości”. Kupujemy ich pomoc, ale z racji tego, że to oni są profesjonalistami, to oni decydują, jak ona wygląda.

          Myślę, że to, że terapeuci nie są naszymi przyszywanymi rodzicami czy przyjaciółmi nie oznacza, że ta relacja jest iluzją. Nie oznacza braku zrozumienia. Widzę to jako inny rodzaj bliskości. Relację opartą na szczególnych zasadach.

          Dla przykładu: moja terapeutka nie pozwala na kontaktowanie się poza sesjami. Nie na zasadzie: „nie pisz do mnie, mam cię w dupie”, tylko na zasadzie „szanujmy się wzajemnie”; ja WIEM, że ma swoje życie, swoją rodzinę i ok. 15 innych pacjentów (indywidualnych). Każdy ze swoją poskręcaną, trudną historią. Jednocześnie w poniedziałki podczas naszych sesji, jest w pełni skoncentrowana na mnie. Przez godzinę. I to jest umowa między nami, co w tym jest nie w porządku?

          (Wiem, że dla pacjentów z borderem kontakt poza sesjami jest ważny, nie kwestionuję jego pożyteczności, ale on też odbywa się w jakichś granicach).

          Czym jest bliskość, czym jest zrozumienie i czym wreszcie dobra relacja? Jak powinien pracować terapeuta, skoro relacje miałyby nie opierać się o zasady psychoterapii jako dziedziny, tylko o to, jak pacjent to sobie wyobraża?

          Ta bliskość z terapeutą jest inna z jeszcze jednego powodu… przecież my możemy powiedzieć terapeucie wszystko – to nasza terapia. Ale terapeuta nie może nas traktować jak przyjaciela – on słucha i pomaga, podtrzymuje jak nie mamy siły, ale sam nie zwierza się, nie otrzymuje naszego wsparcia. Gdyby to była taka klasyczna bliskość, to wymagałaby dwustronności, ale w terapii jest to niedopuszczalne.

          A jeśli coś idzie nie tak, dobrze jest o tym pogadać. Nie wiem, czy Anka i Pan M. mieli taką rozmowę, ale jeśli tak, to ciężko mi uwierzyć, że wniosek Pana M. „dlaczego nie wyszło” był taki, jak Anka dzisiaj pisze.

  4. No i to są właśnie terapeuci….nie są za nic odpowiedzialni. Nie biorą żadnej odpowiedzialności za błędy czy krzywdy. Koniec końców wszystkim jest obarczony pacjent.

    • To nie jest wina terapeuty 🙄. Nie przerwał terapii, nie wyjechał i nie odszedł. To była decyzja autorki. Ale najłatwiej zwalić na terapeutę.

        • Anka, a Ty w ogole probowalas z nim tak normalnie pogadac, ze nie chcesz konczyc? Czy po prostu przyjelas, ze jego decyzja jest ostateczna, a Tobie pozostaje sie z nia tylko pogodzic? Czytam Twojego bloga od dawna i w pewnym momencie wydawalo mi sie (ale moge sie mylic), ze Wy jakos wspolnie ustaliliscie ten termin, ze on Cie przekonal, ze to moze byc dla Ciebie korzystne i ze jestes z tym pogodzona? Jesli cos sie zmienilo z Twojej strony, moze warto renegocjowac zasady wspolpracy (o ile po tym jak odebralas cala sytuacje, bylabys jeszcze w stanie z nim pracowac)?

          A teraputa rzeczywiscie poki co nie odszedl. Przez trzy miesiace moze sie jeszcze wydarzyc bardzo duzo (moze np. skierowalabys swoja zlosc na pana M, a nie przeciwko sobie), chociaz rozumiem, ze mozesz nie byc w stanie tam chodzic ze swiadomoscia tak rychlego zakonczenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.