903 – w rozkroku między życiem a umieraniem

Zaraz skończę trzydzieści cztery lata. Trudno mi uwierzyć, że tyle przeżyłam, ale nie o tym chciałam.
Od siedmiu lat jestem pod opieką specjalistów. Do tej pory wiecznie ktoś nade mną czuwał. Terapeuci, psychiatra. Nie to, że brali za mnie odpowiedzialność, bo przecież tylko ja sama o sobie decydowałam. Oni mogli jednie próbować mi pokazywać konsekwencje moich wyborów. A jednak czułam się dzięki temu bezpieczniej. Wiedziałam, że w każdej chwili mogę się zwrócić do kogoś o pomoc. Kogoś, kto profesjonalnie zajmuje się takimi osobami, jak ja.
Ale nie tylko specjaliści zawsze byli obok. Również Mrówek i rodzice z ciocią. A ja się denerwuję, buntuję się, że jestem po trzydziestce i cały czas czuję się pilnowana. Jak nie przez Mrówka, to przez rodzinę. Nie mogę zostać sama w domu, bo przecież nie wiadomo, co mi strzeli do głowy.

Za tydzień Mrówek wyjeżdża na wakacje. Sam. Chce przez siedem dni ode mnie odpocząć i się zregenerować. A ja mam tak złe przeczucia…

Dopiero straciłam terapeutę. Gdyby opuścił mnie teraz Mrówek, to…

W środę wizyta u pana T. Co prawda, już go przeprosiłam za to wszystko, przez co zabronił mi kontaktu z nim poza poradnią, ale stresuję się tym spotkaniem. Myślę, że on też ma mnie dość. Że profesjonalizm nie pozwala mu kazać mi spierdalać i szukać nowego lekarza. Ale nie ma do mnie już cierpliwości. Jak wszyscy zresztą.

Całe moje życie, cała ta pozorna stabilność chwieje się w posadach. Praca również nie jest pewna. Niby od półtora roku mam firmę, ale posiadanie tylko jednego, stałego kontrahenta, którego załatwił mi Mrówek, sprawia, że wszystko może się zawalić w ciągu jednej chwili. Wystarczy, że były szef, a obecny kontrahent będzie zmuszony znaleźć kogoś na moje miejsce, w przypadku chociażby mojej hospitalizacji. Nie będę miała dokąd wracać. Zamknę firmę i zostanę na lodzie, bez środków do życia. Sama umiem sobie znaleźć tylko podłą fizyczną robotę za podłe pieniądze, które nie wystarczą nawet na opłaty. W jednej, za umowę o pracę i najniższą krajową, musiałam znosić mobbing. W drugiej miałam śmieciówkę, harowanie na kuchni po dziesięć godzin lub więcej i wieczne pretensje szefa, że coś nie jest zrobione, choć nie należało to do moich obowiązków.

Mam trzydzieści cztery lata i jestem na rozstaju. Rozkrokiem stoję jedną nogą mocna osadzona w życiu, a druga utknęła mi autodestrukcji i śmierci. I tak szarpię się sama ze sobą od ponad dwóch dekad. Bez nadziei na to, że kiedyś powiem „w końcu jest normalnie”.

704 Ogółem 1 Dziś
Podziel się!

10 myśli w temacie “903 – w rozkroku między życiem a umieraniem

  1. Powiem Ci coś, czego się trzymam od lat: zabić można się zawsze, to jest zawsze otwarta opcja. Ale wtedy nie wiesz tak naprawdę jakie będą dalsze losy. Trochę głupio wyrzucić książkę w połowie czytania…

    • „nie ma co wychodzić z kina póki trwa seans” tymi słowami Zeus kończy swoją Hipotermię, której słucham nieraz na replay’u godzinami.

      • dokładnie. tez wiem to z doświadczenia, niestety. Znam osoby które popełniły samobójstwo i jak na to patrzę to sobie myślę, kurde, jak już się ma zrobić coś takiego to nie lepiej spróbować żyć chociaż pełnią życia i tak jak się chce? i fakt, te osoby obiektywnie nie miały dobrej sytuacji i miały problemy, jasne. Tylko że życie ma to do siebie że oprócz śmierci, wiele rzeczy można naprawić lub nadać życiu inny bieg. wiem że to brzmi jak truzimy ale też jestem doświadczona przez życie (niestety), nie jest zatem moją intencją je prawić. Trzymaj się!

        • Pamiętam, że gdzieś pisałaś, że był może 3-4 razy. Czyli przez naście lat praktycznie nic. Chyba, że chodziło, że od 3-4 lat nie. Może i dla niego seks obojetny. Jednak normalny facet tego potrzebuje. Kobietą też. Z obserwacji emocjonalne jazdy wielu znosi, ale brak seksu nie. Norma to chociaż raz w tygodniu. Może on też niech idzie na psychoterapię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.