913 – czas pierwszych podsumowań

Dziś mija dziewiętnaście dni od zakończenia terapii. Trochę się w tym czasie działo, dlatego postanowiłam zrobić małe podsumowanie – dla Waszej wiedzy i ku pamięci dla potomnych, hehe.

Wiele osób mówi mi, że terapia u pana M. nic mi nie dała, skoro jej zakończenie spowodowało u mnie kryzys samobójczy. Cóż, nie mogę i nie chcę się z nimi zgodzić. Owszem, z zewnątrz może nie wyglądało to za ciekawie. Jednak od środka było nieco inaczej. Ten samobójczy kryzys mógłby świadczyć, że nie udało mi się w ogóle przepracować tematu rozstań i problemu poczucia bycia opuszczonym. Ale tylko pozornie. Jakby na to nie patrzeć, szybko wygrzebałam się z tego samobójczego syfu. Stanęłam na nogi i dojrzale pozwoliłam sobie na naturalne przeżywanie żałoby po utracie ważnej relacji. Pozwalam sobie na tęsknotę, na smutek, a nawet łzy. I nie karzę siebie za to.
W pierwszym odruchu znów się okaleczałam i chlałam. Zgoda, był to powrót do tendencji, z którymi walczyłam przez sześć lat i można by uznać, że i na tym polu terapia zawiodła.
Myślę jednak, że ten kryzys wynikał z tego, że chwilowo straciłam z oczu to, co najważniejsze. Skupiłam się bowiem na stracie i na bólu z nią związanym, zamiast na tym, co dzięki tej relacji zyskałam. Pan M. wielokrotnie powtarzał, że chwiejność emocjonalna i impulsy pchające mnie w autodestrukcję będą mi towarzyszyć prawdopodobnie już do końca życia. I terapia nie ma na celu eliminacji tego, a nauczenie mnie, jak sobie z tym radzić, by tym tendencjom nie ulegać. Rozpacz po zakończeniu tej relacji terapeutycznej była jak klapki na oczach. W jednej chwili zapomniałam o wszystkim, czego nauczyłam się podczas tych ponad trzystu spotkań. Ale, jak zwykle, ogarnęłam się. Przypomniałam sobie, że tak naprawdę wszystko zależy ode mnie. No, może nie wszystko, ale na pewno to, jakie działania podejmę, jak będę się zachowywać w odpowiedzi na pojawiające się impulsy i ciągnące mnie w złą stronę tendencje.

Półtora tygodnia po ostatniej sesji, Mrówek wyjechał na tydzień, żeby odpocząć. W pierwszej chwili zareagowałam w typowy dla siebie sposób – zrobiłam dramę, wpadłam w panikę i przeżywałam to, jakby mnie opuszczał na zawsze i miał już nigdy nie wrócić do domu. Kiedy jednak emocje nieco opadły, zaczęłam myśleć racjonalnie. Uświadomiłam sobie, że po ostatnich wydarzeniach on po prostu potrzebuje pobyć sam, z dala ode mnie. Że potrzebuje odpoczynku, naładowania baterii i nabrania dystansu.
W efekcie cały tydzień minął mi bardzo szybko. Pracowałam, a w każdej wolnej chwili pisałam wspomnienia. Proces twórczy pochłonął mnie bez reszty. I owszem, pisanie zawsze mi bardzo pomagało, ale to przede wszystkim zasługa mojej woli, że trzymam się z dala od autodestrukcji i autoagresji. To nie tak, że nie robiłam nic głupiego, bo mi się nie chciało. Właśnie chodzi o to, że te impulsy się pojawiały – żeby się upić czy pociąć – ale ja im nie ulegałam. Ciągnęło mnie do tego, chwilami nawet bardzo, ale nie brałam takich zachowań w ogóle pod uwagę. I myślę, że to moje wielkie zwycięstwo. I myślę, że te sześć lat tłuczenia mi do głowy pewnych mądrości wiele dało. I że to tak naprawdę dopiero teraz zaczyna pracować. Kiedy zakończyłam leczenie i mogę liczyć już tylko na siebie. Myślę, że pan M. przez te wszystkie lata słowami wyposażył mnie w odpowiednie narzędzia. A teraz tylko ode mnie zależy, czy będę chciała i miała motywację, by z nich korzystać.

Szczerze? Bardzo żałuję, że nie mogę mu już o tym wszystkim opowiedzieć.

876 Ogółem 1 Dziś
Podziel się!

6 myśli w temacie “913 – czas pierwszych podsumowań

  1. Cześć!

    Własnie odkryłam Twojego bloga i przeglądam z zaciekawieniem!

    Sama wczoraj w nocy pod wpływem impulsu, stworzyłam swojego.
    Też zmagam się z zaburzeniem, ciągle jestem w terapii i na prochach.

    Gdy czytałam Twój wpis, dostałam ataku paniki.
    Nie wyobrażam sobie zakończenia swojej terapii. Na samą myśl o tym, czuję rozpacz.
    Cieszę się, że ogarniasz swoje emocje. Czyli terapia działa!

    ps. skoro już żyjesz bez pana M., pisz tutaj 🙂

    Pozdrawiam Cię serdecznie!

    Alessa

  2. Ania cieszę się że potafisz napisać co Ci dała terapia. Bez zlisci na pana M., widać że mimo swego zlego samopoczucia wiesz ile mu zawdzięczasz i potrafisz to wyrazić. Ja oprócz złości narazie nic nie czuję. I bez przerwy o niej myślę, a dzien sesji to koszmar, świadomość że tam jest inny pacjent a ja męczę się ze swoimi myślami sama i już nigdy nie opowiem jej co u mnie. Gratuluję Ci twoich dobrych słów o panu M

  3. Taak. Dobrze to opisałaś. Właśnie o to chodzi. Bezsens, niemoc i te najgorsze sprawy, które czasem się pojawiają albo są pod wpływem czegoś innego. Powiem Ci szczerze, że za dzieciaka właśnie takie stany, które opisałaś w odpowiedzi występowały za dzieciaka. Z, tymże to były tylko natarczywe obezwładniające myśli autodestrukcyjne. Ten chaos może mega obezwładnąć. Kurde. Dziękuję za odpowiedź. Trzymaj się.
    Tak wystarczy chaos i nieradzenie sobie, który uruchomi chcice na te rzeczy.

  4. Mogę zadać Ci dość prywatne pytanie?
    Mam pytanie w sprawie myśli autoagresywnych do siebie. Kiedy się one u Ciebie pojawiają to znaczy jaki czynnik ich wywołuje.
    Co wywołuje to, że chcesz się tnąć itp?
    Ja mam ten sam problem. Tylko u mnie są to natarczywe myśli, które staram się zachamować, żeby nie poszły w czyn. Jako dzieciak trochę podcinałam się nożem i czasem teraz mi cholernie tego brakuje jak zaczynają takie myśli mordować, żeby się na sobie wyżyć. Czy Ty też traktujesz swoje zachowania autodestrukcyjne tak, że się w ten sposób na siebie wyżywasz itp? Muszę przyznać, że depresja ma wiele, również aspektów podobnych do borderline.

    • Wiesz co, ja mam problem z autoagresja od 19 lat, więc u mnie nawet nie musi się nic stać, żeby pojawił się przymus. Często jest tak, że wszystko jest w porządku i nagle zaczyna mnie ciągnąć. Ale zazwyczaj jest to odpowiedź na złość, którą zamieniam w smutek, rozpacz i bezsens. Coś mnie zdenerwuje, ja tę złość wypieram i zamiast niej czuję smutek i wtedy zaczyna mi się chcieć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.