923 – taa… to było do przewidzenia

Nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie odwaliła. Zadziałałam destrukcyjnie. Heh, gdybym tak powiedziała na sesji, pan M. od razu by zainterweniował, mówiąc, że to wynik zaburzenia, coś, co pochodzi spoza mnie. Ale co to zmienia? Stało się.

Wczorajszy dzień doprowadził mnie do ostateczności. Kupiłam certyfikaty SSL i cały dzień instalowałam je na domenie oraz subdomenie, pod którą istnieje blog. Kosztowało mnie to tyle nerwów, że myszka nauczyła się latać, a sąsiedzi mogli się co chwilę zapoznawać z zasobem moich bluzg. Porażka.
Gdyby tego było mało, pod wieczór już nie wytrzymałam i zapiłam piwem pięć miligramów lorazepamu (moja pojedyncza dawka to dwa i pół miligrama). Po czym poszłam spać o dwudziestej pierwszej. W efekcie dziś pobudka po piątej.

I oczywiście, co było do przewidzenia, wczorajsze nieodpowiedzialne zachowanie ma swoje następstwa. Odkąd wstałam, męczy mnie silny przymus pocięcia. Aż mnie skręca, żeby się okaleczyć. Przed oczami mam żyletkę, którą zachłannie chwytam i…
Mam ochotę strzelić się w pysk na otrzeźwienie. I może bym to zrobiła, ale czy nie byłaby to inna forma autoagresji?

Myślałam, że z każdym tygodniem będzie lżej, łatwiej. Ale prawda jest taka, że każdego dnia coraz bardziej brakuje mi terapii. Mam ochotę płakać i krzyczeć. A fakt, że gabinet pana M. jest kilkaset metrów od mojego domu, wcale mi nie ułatwia. Łapię się na tym, że szukam go wzrokiem. Kilka razy zdarzyło się, że wpadliśmy na siebie w sklepie. Choć to było dawno, a odkąd zakończyłam terapię, nie widziałam go.

Okropnie brakuje mi naszych rozmów. Możliwości wyrzucenia z siebie całego tego syfu i redukcji napięcia. Tej charakterystycznej redukcji napięcia poprzez rozmowę na najtrudniejsze tematy. Jedynym specjalistą, który pozostał obecny w moim życiu, jest dr T. Napisałam do niego na początku tygodnia, prosząc o spotkanie szybciej niż za miesiąc. Nie odpisał.

Znów czuję się małym, porzuconym, opuszczonym dzieckiem, które jest skazane na samodzielność, w momencie, gdy nie jest jeszcze na nią gotowe. A to oznacza dla niego śmierć. Wiem, trzeba umieć oddzielać emocje i samopoczucie od myśli i działania. To, że się tak czuję, nie oznacza, że tak muszę się zachowywać. Mogę być przecież przy tym dorosłą kobietą, która zachowuje się dojrzale i odpowiedzialnie. Taa. Tyle w teorii. Praktyka jednak daleka jest od założeń.

Znów mam ochotę napisać do pana M. i błagać, żebym mogła wrócić choć na te dwa miesiące. Do końca maja, jak to ustaliliśmy. A właściwie jak ustalił terapeuta, a ja z musu na to przystałam. By porozmawiać z nim na tych kilku dodatkowych sesjach. Choć przez chwilę poczuć, że ktoś nade mną czuwa. Że roztacza nade mną opiekę. Że chce mi pomóc…

Ale jestem skazana na siebie. Na swoją upośledzoną dojrzałość i nieumiejętne opiekowanie się sobą i swoim wewnętrznym dzieciakiem. Rozhisteryzowanym i przerażonym dzieciakiem, chciałoby się dodać.

Dziś od rana lorazepam krąży we krwi. Dwa i pół miligrama, jak lekarz przykazał. Mam wrażenie, że przez ostatni miesiąc jakoś się trzymałam. A teraz to już równia pochyła. I, oby nie, powrót do starych schematów. Tak dobrze znanych, całe życie ćwiczonych. Bądźcie przeklęte pieprzone automatyczne mechanizmy! Wypchajcie się moim bólem. I dajcie mi żyć w sposób zdrowy.

763 Ogółem 1 Dziś
Podziel się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.