935 – krótka analiza tendencji samobójczych

Tendencje samobójcze nieco wystopowały. „Zabiję się” osłabło do „chciałabym, żeby mnie nie było”. Znów robi się bezpieczniej. Mniej boleśnie, bo tsunami cierpienia stało się zwykłą, spokojną falą.
Tak myślę o tym kryzysie. Skąd się wziął? Co było jego przyczyną? Mam pewne podejrzenia. Jeśli są prawdziwe, to naprawdę nie była żadna tragedia. Ale zaczęłam się gnębić. Wciąż i wciąż tłuc sobie do głowy, że to przekreśla wszystko. Całe moje pisanie, całe życie. I może rzeczywiście, gdyby wyłapać ten schemat już na początku, nie doszłoby do takiej eskalacji negatywnych emocji, bólu i, w konsekwencji, tendencji samobójczych. Ale to tylko przypuszczenia.
Pan M. wczoraj zwrócił na moją uwagę na to, że przetrwałam ten kryzys samodzielnie. Ja jednak nie byłabym taką optymistką. W końcu, jakby nie patrzeć, przeżyłam każdy kryzys, jaki pojawił się w moim trzydziestoczteroletnim życiu.
Trzydziestoczteroletnim… jak to w ogóle brzmi. Nie chcę tych urodzin. Wolałabym pozostać trzydziestotrzylatką. Ale wracając do tematu…
Zastanawiam się, co mnie uratowało tym razem. Co sprawiło, że mimo tak silnych myśli o odebraniu sobie życia, jednak nie związałam pętli i nie założyłam jej na szyję. I dochodzę do wniosku, że to było chyba poczucie obowiązku i lojalności wobec kontrahenta. Codziennie od popołudnia dokąd nie zasnęłam, planowałam, że następnego dnia rano, gdy Mrówek będzie spał, targnę się na swoje życie. Jednak, kiedy się budziłam, włączałam komputer i siadałam do pracy. Miałam wewnętrzny przymus, by to robić. Żeby nie zostawiać byłego szefa z nieskończonym projektem na głowie i dużymi karami umownymi za niedotrzymanie terminów. Choć popołudniu znów byłam już w takim stanie, że myślałam tylko o śmierci.
Jeśli moje obserwacje są trafne, oznaczałoby to, że pojawiło się coś nowego. Coś, co zatrzymało mnie przy życiu po raz pierwszy. A to z kolei byłoby dobrą wiadomością, bo świadczyłoby o tym, że poszerzył się zakres czynników przemawiających za życiem.

Intensywnie myślę o tej terapii behawioralnej. Próbuję przekonać siebie do podjęcia decyzji, co i rusz pisując w wyszukiwarkę „terapia schematów” i nazwę mojego miasta. Bo jeśli już miałabym się zdecydować, to chyba na schematy właśnie. Przemawia za nią nacisk na relację terapeutyczną, która, jak wiecie, jest dla mnie bardzo ważna. Nie wyobrażam sobie, że miałabym się spotykać i pracować z kimś, z kim nie miałabym głębszej więzi. Z kim robiłabym tylko durne ćwiczenia i je omawiała. Nie mieści mi się to w głowie i nie miałby to prawa funkcjonować.

Robi mi się niedobrze na myśl, że za półtora miesiąca znów mam kończyć terapię. Że znów będę przeżywać te wszystkie trudne emocje, które pojawiają się już teraz. Ale próbuję się dystansować. Staram się nie wyobrażać sobie, jak to będzie. Choć z marnym skutkiem.

894 Ogółem 1 Dziś
Podziel się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.