943 – terapia borderline: pierwsze konsultacje u pana Z.

Dojechałam na miejsce dwadzieścia pięć minut przed spotkaniem. Mam, zdaje się, dziewięć przystanków autobusem, a potem prawie kilometr z buta. Dobrze, że byłam tyle przed czasem, bo oczywiście nie mogłam znaleźć tego centrum.

A jeśli chodzi o samo spotkanie… Pan Z., tak na moje, jest niewiele starszy ode mnie. O ile w ogóle. Być może jest nawet młodszy ze dwa-trzy lata. Nie wiem, tylko on pytał mnie o wiek. Niemniej jednak sprawiał wrażenie kogoś kompetentnego. Na początku przeprowadził wywiad, w którym pytał o takie rzeczy jak leczenie psychiatryczne, samouszkodzenia, kryzysy samobójcze, przyjmowane leki, mój stosunek do relacji społecznych, sytuacja rodzinna i zarobkowa. Przedstawiłam mu swoje najważniejsze problemy. Powiedział kilka zdań na temat terapii. O pracach domowych, poszukiwaniu i identyfikacji myśli automatycznych. A potem poprosił, abym opowiedziała mu historię swojego życia, bo to dzieciństwo ma być źródłem różnych fałszywych przekonań i postaw, które utrudniają życie. W ciągu pięćdziesięciu minut doszłam do piętnastego roku życia.

Pan Z. zapytał dwukrotnie, czy mam jakieś pytania. Oczywiście nie zadałam żadnego, choć cały dzień układałam sobie w głowie ich listę. Najbardziej ciekawiły mnie techniki jego pracy. Czy zasypie mnie stertą tabelek do wypełniania? Czy będziemy robić jakieś durne ćwiczenia? Bawili się w odgrywanie scenek? Jak on pracuje? Nie wiem, bo oczywiście wstyd było mi zapytać.

Jesteśmy umówieni na kolejne konsultacje, na których to miałabym dokończyć swoją opowieść oraz wyznaczyć cele terapii. Mielibyśmy się spotykać raz w tygodniu, w poniedziałki o dziewiętnastej.

Pan Z. zrobił na mnie dość dobre wrażenie. Sympatyczny, luźny, dość spokojny, ale nie taki sztywniak, jakby miał kij w dupie. Raczej swobodny.

Nie powiedziałam mu jeszcze, że wątpię w powodzenie tej terapii. Że chcę ją podjąć tylko dlatego, że pan M. mnie na to namawia i uważa, że mi to pomoże. Ale ja jakoś nie potrafię w to uwierzyć. Jestem niemal przekonana, że nie uda mi się pozbyć kryzysów samobójczych czy autoagresji. Ale dobra, próbuję nie zakładać niczego z góry. Spróbuję. Teraz się nie wycofam.

Po początkowym umiarkowanym optymizmie dotyczącym nowego terapeuty, zupełnie zeszło ze mnie powietrze, a wszelkie pozytywne myśli ugrzęzły w bagnie beznadziei. Położyłam się do łóżka jeszcze przed dwudziestą trzecią. Chce mi się płakać. Ryczeć wręcz. I ciąć. I nachlać, łykając kilka tabletek benzo. Żeby tylko nie czuć. Żeby tylko nie myśleć. Przed konsultacjami łyknęłam lorazepam, taka byłam poschizowana, a serce bolało mnie, jakbym przechodziła zawał. Mam więc nadzieję, że sen przyjdzie szybko. I że nie będzie mi dane już długo się męczyć z samoświadomością.

Jutro o jedenastej trzydzieści sesja u pana M. A o trzynastej przełożony facet od pomiaru okien.

Za dużo się dzieje. Za dużo. Nie wyrabiam emocjonalnie.

726 Ogółem 20 Dziś
Podziel się!

2 myśli w temacie “943 – terapia borderline: pierwsze konsultacje u pana Z.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.