957 – terapia borderline: rozstanie

Na wczorajszej sesji udało mi się poruszyć temat naszego rozstania. Zbierałam się do tego z kwadrans, mówiąc o innych sprawach. Ale w końcu udało mi się z siebie to wydusić.
– Chyba przestałam odbierać zakończenie terapii jako opuszczenie. Ale tylko chyba – podkreśliłam.
Pan M. powiedział, że z jego perspektywy terapia musi się skończyć. Słuchałam tych słów, mentalnie kiwając głową, bo ciało jakoś nie chciało reagować.
– Ja wiem, że pani chciałaby mieć taką stałą i stabilną relację, w której mogłaby pani opowiadać o tym, co się z panią dzieje. Ale ważne jest, żeby znalazła pani taką relację w życiu – mówił, a we mnie pojawił się jakiś bunt.
„Chuj, nie zgadzam się na koniec! Przecież mam taką relację z B.! Skoro więc nawiązałam ją w życiu, spotykajmy się dalej! Nasza relacja nie zastępuje mi tych naturalnych!” – piekliłam się w myślach, ale nie wyartykułowałam tego. W pierwszej chwili chciałam się odezwać, ale szybko doszłam do wniosku, że to nie ma sensu. Nic by to nie zmieniło. Wiedziałam, że decyzja terapeuty jest nieodwołalna.
– Kiedy myślę racjonalnie, wiem, że to nie tak, że po rozstaniu wszystko zniknie. Bo to, co wyniosłam z tej relacji, zostanie ze mną na zawsze – pan M. kiwał głową na potwierdzenie moich słów. – Tylko gorzej, kiedy do głosu dochodzą emocje. Wtedy wydaje mi się, że to koniec świata.
– No, tak. Ale to normalne, że te negatywne emocje się pojawiają. Gdyby tak nie było i cieszyłaby się pani, że to koniec, to oznaczałoby, że nasza relacja była kiepska – próbował mi pokazać tę sytuację z innej perspektywy. To, co mówił, miało dla mnie sens. Tylko niczego nie zmieniło w moich emocjach.
Zostały mi trzy sesje. Niedobrze mi na tę myśl. Ale racjonalnie wiem, że tak musi być. Musi. Tylko czy nie mogłoby być łatwiej? Dlaczego to musi tak boleć? Pogodziłam się z tą decyzją i już nie uważam jej za błąd. Wiem, że tkwienie w tej relacji jest dla mnie wygodne i bezpieczne, ale ja muszę iść przecież naprzód. Myślałam, że dzięki zaakceptowaniu tego rozstania będzie mi lżej. Ale wcale nie jest.

Zdziwiłam się, ale wczorajsze spotkanie z członkami Studenckiego Koła Naukowego Psychiatrii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego prawie w ogóle mnie nie stresowało. Trwało dwie godziny. Tak na oko, jakieś półtorej opowiadałam o sobie, swojej historii, drodze do diagnozy, tym, czym jest dla mnie borderline czy doświadczeniach z systemem ochrony zdrowia psychicznego w Polsce. Potem jakieś pół godziny odpowiadałam na pytania uczestników. Spotkanie przebiegło w miłej atmosferze, czułam się podczas niego dobrze. Już trochę oswoiłam się z występowaniem online. Gdyby to było spotkanie stacjonarne, chyba nie byłoby tak łatwo, hehe. Ale kiedyś trzeba będzie wziąć to na klatę. Obiecałam to sobie.

Kiedy nagranie ze spotkania zostanie opublikowane, podrzucę Wam linka.

759 Ogółem 1 Dziś
Podziel się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.