960 – niech ten tydzień nie nadchodzi…

Dochodzi północ. Za dwadzieścia minut zaczyna się poniedziałek. Przed chwilą się położyłam, mając całkiem dobry nastrój. Ale świadomość nieuchronności tego, co się zbliża, coraz bardziej mnie przeraża. Boleśnie zaczyna do mnie docierać rzeczywistość najbliższego tygodnia. Za cztery dni po raz ostatni spotkam się z panem M. Boję się wtorku. Tak bardzo się obawiam, że zmarnuję tę sesję. Że zamiast mówić, będę milczeć. Ale to ta czwartkowa, ostatnia sesja przeraża mnie najbardziej. Jak to wytrzymać? Jak być w kontakcie, mając świadomość, że jeszcze chwila i na zawsze zamkną się za mną drzwi jego gabinetu?

Chce mi się płakać. Ryczeć. Na dodatek dostałam dziś okres i dochodzi do tego płaczliwość wywołana hormonami. Gdzieś kiedyś czytałam, że najwięcej kobiet podejmuje próby samobójcze w okolicach menstruacji. Nie wiem, czemu mi się to przypomniało. Nie mam przecież myśli samobójczych. Przynajmniej na razie.

Nie potrafię wyobrazić sobie życia bez spotkań z nim. Wiem, że w czerwcu zacznę nową terapię, ale to nie to samo. Pan K. kazał mi się zastanowić, czy terapia u niego nie będzie dla mnie zastępstwem za relację z panem M. Ale jak można kogoś zastąpić? Od początku potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie. Nie, to nie będzie zastępstwo i wypełnienie pustki po obecnym terapeucie. To będzie coś innego, nowego. Myślę, że tej pustki po relacji z nim nigdy i nic nie wypełni. Czy zawsze będzie to tak boleć? Pewnie nie. Zapewne w końcu się z tym oswoję i stanie się to normą. Ale póki co, mój emocjonalny świat wewnętrzny stanął na głowie. I mam wrażenie, że wszystko się sypie. Oby tylko na łeb nie zawaliła mi się cała konstrukcja, budowana przez lata z takim mozołem.

564 Ogółem 1 Dziś
Podziel się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.