964 – terapia borderline: zakończenie

I stało się. Nastąpiło to, czego tak bardzo się obawiałam. Zakończyłam sześcioletnią psychoterapię.
Wyszłam z domu wcześniej. Usiadłam na ławce pod blokiem, w którym znajduje się gabinet. Powoli paliłam fajkę i wspominałam te wszystkie lata. Te niezliczone sytuacje, gdy siedziałam na tej ławce pełna radości, smutku lub pragnąca się zabić.
Sesję zaczęłam od opowiedzenia o ojcu. Wylądował w szpitalu w sobotę półtora tygodnia temu. Dzień później miał operację – wycięcie wyrostka robaczkowego. Normalnie ludzie wychodzą do domu po dwóch dniach, ale on miał komplikacje. Utworzył się duży ropień, nie jadł przez tydzień, cały czas na środkach przeciwbólowych. Kiedy w końcu dali mu kleik i sucharki, zaczął się źle czuć. Okazało się, że ma perforację jelita. Dziś ma kolejną operację. Tak bardzo się o niego martwię i boję…
– Niefortunnie się złożyło, prawda? Koniec terapii i ta sytuacja z pani tatą – powiedział pan M. I miałam go ochotę prosić, że skoro jestem w trudnej sytuacji, to może jeszcze chociaż kilka spotkań. Aż ojciec wyjdzie ze szpitala. Ale nie powiedziałam tego na głos. Wiedziałam przecież, że to niczego nie zmieni.
Wyartykułowałam w zasadzie wszystko, co chciałam. Ale z drugiej strony nie mówiłam zbyt wiele. Byłam na siebie zła za każdą przemilczaną minutę. Nie potrafiłam się rozgadać.
Trochę podsumowywaliśmy to, co udało mi się osiągnąć. Trochę wspominaliśmy te sześć lat.
Przyznałam, że porównując siebie z okresu rozpoczęcia terapii z tym, jak jest teraz, widać ogromną zmianę. Jakbym była innym człowiekiem.
– Wczoraj miałam pozytywne nastawienie, a dziś obudziłam się ze łzami w oczach. Od razu po przebudzeniu zachciało mi się ciąć. Ale mam poczucie, że ta cała autoagresja i autodestrukcja już do mnie nie pasują.
– A kiedyś się pani z nimi identyfikowała, prawda?
– To było w zasadzie jedyne, co o sobie wiedziałam.
– Bo tak mocno to pani czuła.
Pan M. podkreślił, że kończenie terapii wywołuje ambiwalentne uczucia, a dla mnie są one szczególnie trudne do wytrzymania.
– Ta ambiwalencja często się pojawiała, ale zawsze skupiałam się na tych negatywnych stronach i już nie było problemu ambiwalencji – zauważyłam.
Powiedziałam też, że gdyby nie te kryzysy, w których tracę kontrolę nad swoim życiem, można by uznać, że wszystko jest już w porządku. Czułabym się wtedy zupełnie zdrowa.
– Zakończenie terapii to nie zupełny koniec – rzekł terapeuta w pewnej chwili. – Ten proces zmian dalej będzie w pani zachodził, tylko już bez mojej pomocy.
Tak, wiedziałam to i przyznałam mu rację. Choć mój umysł szczególnie zwrócił uwagę na to „bez mojej pomocy” i znów miałam ochotę prosić, żebyśmy nie kończyli. Jeszcze nie teraz.
Z każdą chwilą rosło we mnie napięcie. Świadomość nieuchronnie zbliżającego się końca sprawiała, że miałam ochotę się rozpłakać. Aż nadszedł ten moment, którego tak się bałam.
– To, co, pani Aniu, kończymy. Sześć lat minęło.
– Jak jeden dzień… – zaśmiałam się gorzko, a w oczach stanęły mi łzy.
Głęboko westchnęłam i po raz ostatni wyjęłam pieniądze z portfela i położyłam na stoliku.
– Dziękuję – pan M. powiedział jak zwykle w tym momencie.
– Dziękuję – odpowiedziałam, jak zwykłam to czynić. – I w ogóle… dziękuję za wszystko – dodałam łamiącym się głosem.
Spojrzałam na terapeutę po raz ostatni. Życzył mi wszystkiego dobrego i powodzenia. Wstałam powoli z fotela i wyszłam z gabinetu.
Kiedy pan M. zamknął za mną drzwi, tama puściła i polały się łzy. Całą drogę do domu płakałam. Teraz też nie potrafię powstrzymać tych łez. I chyba nawet nie chcę. Mam prawo płakać. Pozwalam sobie na to.
Terapeuta miał rację. Są we mnie ambiwalentne emocje. Z jednej strony czuję ogromny smutek, rozpacz, rozżalenie, złość, poczucie straty. A z drugiej strony dumę i zadowolenie siebie, że wytrwałam. Że wytrwałam te sześć lat i wytrzymałam do końca, do ostatniej sesji. Choć ten proces kończenia był dla mnie piekielnie trudny i zrezygnowałam z terapii najpierw we wrześniu, a potem w marcu, nie mogąc znieść tych wszystkich emocji. Jest też we mnie nadzieja. Nadzieja na to, że poradzę sobie samodzielnie. Że dalej będę ogarniać życie i siebie. Że będę miała poczucie kontroli i wpływu na to, jak wygląda moje życie.
To jest piekielnie trudne. Ta świadomość, że się więcej nie zobaczymy. Że więcej mi nie pomoże. Że mnie nie wesprze i następny kryzys będę musiała wytrzymać sama. Ale z drugiej strony nie chcę z tej ambiwalencji wyciągać tego, co złe. Już taka nie jestem, wierzę w to. Pragnę skupiać się na tym, co dobre. Co dała mi ta terapia, ta relacja. Przecież niejako przeżyję ją jeszcze raz, pisząc książkę. I zawsze będę mogła do niej zajrzeć, gdy będzie mi źle. Będę mogła wspominać i przypominać sobie to, co mówił terapeuta, jego analizy i interpretacje. Jego podnoszące na duchu słowa.
Dzisiaj płaczę. Dziś jest mi bardzo źle. Ale nie traktuję tego jak porażki. Rozstania są trudne i bolesne. Dlatego pozwalam sobie na ten smutek. Jednak się nie załamuję. Rozumiem skąd te mieszane uczucia. Rozumiem i akceptuję to, co się ze mną dzieje. Jest we mnie wewnętrzna zgoda na taki stan rzeczy.
Wiem, że jeszcze nie raz tęsknota za tą relacją da mi w kość. Przyjdą chwile, w których będę czuła złość, że jej już nie ma. Ale przecież jestem już innym człowiekiem. Dojrzalszym. I muszę zacząć radzić sobie sama.

1202 Ogółem 3 Dziś
Podziel się!

4 myśli w temacie “964 – terapia borderline: zakończenie

  1. Gratuluję Ci z całego serca … i życzę powodzenia na dalszej drodze – już samodzielnie.
    Trzymam kciuki!

  2. Wielki szacunek za ogrom pracy nad sobą jaki włożyłaś i za odwagę, żeby dalej iść już sama, musiała to być piekielnie trudna i dojrzała zarazem decyzja. Śmieszne, bo dopiero dzisiaj odkryłam Twój blog gdy oficjalnie kończysz przygodę z terapią, zamierzam przeczytać wszystkie wpisy od pierwszego, myślę że będą dla mnie pomocne. Życzę wiele siły i szczęścia w nowym etapie poznawania siebie 🙂 Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.