968 – pierwsza sesja po zakończeniu terapii

Dziwnie mi. Chyba smutno mi. Normalnie byłabym teraz na sesji. Zastanawiam się, czy to zdrowe, że myślę o tym w ten sposób. Choć z drugiej strony, przecież to dopiero pierwsza sesja, na której mnie nie ma po zakończeniu terapii. Jest mi źle z tego powodu. Niby nie tracę tej odrobiny optymizmu, która gdzieś tam się we mnie tli, ale wypełnia mnie złość i żal. Po głowie krąży mi pytanie „ale dlaczego tak musiało się stać? Czemu to musiało nastąpić już teraz?”. Szczególnie, że atmosferę w domu można kroić nożem. Tak bardzo chciałabym porozmawiać o tym z panem M. Wiem, że to przyniosłoby mi ulgę.
Uświadomiłam sobie, że przez ostatnie sześć lat moje życie kręciło się nie tylko wokół pisania, ale i terapii właśnie. Po powrocie z sesji analizowałam to, co zostało powiedziane. A przed kolejną zastanawiałam się, o czym chcę rozmawiać. I tak dwa razy w tygodniu, co sprawiało, że myślałam o niej niemal bez przerwy.
Pojawia się we mnie złość również na siebie. Za te wszystkie przemilczane sesje. Za tę ciszę, która mogła być przecież wypełniona słowami niosącymi zmianę. Choć z drugiej strony mam cały czas w głowie słowa dr T. „proszę się nie martwić, że mało pani mówi, psychodynamiczna działa nawet, gdy się milczy”. I to prawda. Czułam to przecież.
Na pożegnanie pan M. powiedział, żebym się tak nie bała kryzysów. Że przecież, na dobrą sprawę, przechodziłam przez nie sama, bo byłam wtedy odcięta od kontaktu i nikt nie był w stanie mi pomóc. Ileż razy terapeuta mówił „pani Aniu, proszę mówić, co się z panią dzieje. Kiedy pani milczy, nie mogę pani pomóc”.
– Niby tak – pozornie przyznałam mu rację. – Ale nawet, kiedy nie byłam w kontakcie, sama świadomość przychodzenia tu mi pomagała – dodałam, bo tak było w istocie. Nie potrafiłam nawiązać kontaktu i tkwiłam odcięta w swoim świecie, ale robiłam to w gabinecie. Gdyby mi nie zależało na relacji, przecież po prostu bym nie przyszła. Empatyczna obecność pana M., choćby w ciszy, była dla mnie dużym wsparciem. A teraz, gdy jej zabrakło… jest mi trudno i płaczliwie.

No, dobra. Koniec z tym smęceniem, nie chcę Was zanudzać. W końcu dzieje się też coś pozytywnego. Otóż wczoraj podpisałam umowę z Psychoskokiem na wydanie „Dwóch słów”. Dziś Wydawnictwo otrzyma dokumenty – widziałam, że przesyłka jest już w doręczeniu. Także, Kochani, za pół roku będzie premiera mojej szóstej książki, a drugiego thrillera psychologicznego! Za długo trwał ten okres stagnacji bez wydawania.
Ale to nie koniec dobrych wiadomości. Pod koniec roku będę pospisywać umowę na wydanie „Granic obłędu”.
Kończę pisać artykuł dla „Treningu umiejętności społecznych” i zabieram się za kończenie nanoszenia poprawek na „Dwa słowa”. A kiedy tekst pójdzie już do Wydawnictwa (no dobra, i może po napisaniu jeszcze jednego artykułu, tym razem ogólnodostępnego, dla siebie), w końcu się zabiorę za przerwane pisanie wspomnień z terapii u pana M.

908 Ogółem 1 Dziś
Podziel się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.