969 – na łeb się wali aż się zawali

Jest mi dziś wyjątkowo chujowo. Wstałam negatywnie nastawiona do wszystkiego. Wczoraj śniła mi się ostatnia sesja. Rozmawialiśmy z panem M. i nagle do gabinetu weszła jego żona, dzieci i jakiś kolega. Próbowałam dalej prowadzić dialog, ale terapeuta był rozkojarzony, a niespodziewani goście robili harmider. Kiedy wychodziłam z sesji, pan M. miał to gdzieś, był skupiony na swojej rodzinie. Dziwny sen.

Tak bardzo się boję, że zostanę sama. Że Mrówek odejdzie. Jesteśmy w konflikcie i obawiam się, co będzie dalej. Jeśli mnie zostawi, nie przeżyję tego. Nie dam rady udźwignąć dwóch takich strat w ciągu kilku dni… Nie wyobrażam sobie życia bez niego. I tak mi przykro, że on tego nie widzi.

Jest źle do tego stopnia, że musiałam wziąć benzo, choć nie brałam go nawet w dzień zakończenia terapii.

Co chwilę łzy stają mi w oczach. Czuję się okropnie słaba psychicznie. Brak dziś we mnie wiary, że poradzę sobie sama. Że dam radę żyć. Nie mówiąc już o życiu dobrym, szczęśliwym i spełnionym.

Chcę się położyć, zwinąć w kłębek i płakać. Ale to tak bezcelowe. Przecież wiem, że nikt nie przyjdzie i mnie nie pocieszy. Że nie usłyszę od nikogo „będzie dobrze, dasz sobie radę”.

Dodatkowo mam od dwóch tygodni ojca w szpitalu. Jest po dwóch operacjach. Bardzo się o niego martwię, bo nie ma poprawy.

Dlaczego wszystko musi mi się walić na łeb kilka dni po rozstaniu z panem M.?

952 Ogółem 2 Dziś
Podziel się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.