982 – malkontenctwo

Chciałabym napisać coś optymistycznego, ale od zakończenia terapii nie miałam tak naprawdę dobrego dnia. Za to na krok nie opuszcza mnie malkontenctwo.

Wczoraj wieczorem szukaliśmy noclegów na nasz krótki urlop w przyszłym tygodniu. Na wszystko kręciłam nosem, choć ostatecznie zarezerwowaliśmy to, co znalazłam. Ale oczywiście nie byłam zadowolona. Spojrzałam na pogodę i, według prognoz, w górach ma padać, mają być burze, ulewy i gradobicia. Zresztą jak w całym kraju. I to był punkt wyjścia do mojej rezygnacji. A może tylko wymówka? Bo już widziałam siebie, idącą górskim szlakiem, moknącą w deszczu i obrywającą kulkami lodu w łeb, nie wspominając o piorunie między oczy.

Wolałabym jechać nad jezioro albo morze. Ale gdybyśmy zdecydowali się na urlop tam, gdzie ja chcę, pewnie też znalazłabym problemy. W górach nie byłam prawie dwadzieścia lat. Na myśl, że mam przejść dziesięć kilometrów w jedną stronę i do tego kilometr w górę, robi mi się słabo. Gdybym miała zrobić taką trasę po płaskim, nie marudziłabym tak, chyba. Oczywiście w mojej głowie widzę siebie zostającą gdzieś na szlaku i nie mogącą iść dalej. Bo przecież przez fajki i jakieś dwadzieścia nadmiarowych kilogramów dostaję zadyszki wchodząc na drugie piętro.

Urlop powinien cieszyć, powinno się na niego czekać. A ja mam zupełnie odwrotnie. Fakt naszego tygodniowego wyjazdu mnie stresuje i wcale nie chcę nigdzie jechać. Próbuję przyjrzeć się sobie i swoim emocjom. Zrozumieć, skąd się to bierze. Nie mogę tego zrzucić na hormony, bo okres już mi się skończył. Więc co? Zwykłe, wrodzone malkontenctwo? Czy jednak kryje się za tym coś więcej?

Wczoraj na Facebooku napisałam, jak bardzo nakręciłam się na studia psychologiczne na SWPS. A dziś nawet to wydaje mi się pozbawione sensu i logiki. No, bo ja? Na studiach? Znów myślę o sobie jako o pozbawionej umiejętności i zdolności nauki introwertyczce z fobią społeczną, wycofanej i niechętnej ludziom. Jak o kimś rezygnującym ze wszystkiego co dobre i zapadającym się w odchłań nicości i destrukcji. Znów mam ochotę posadzić dupsko w miejscu, w którym jestem, załamać ręce i płakać nad tym złym losem, który boleśnie mnie doświadcza. A przecież nic takiego się nie dzieje. Mam pracę, mam pasje, wydaję kolejną książkę, mam plany i marzenia, za kilka dni jadę na urlop. Skąd więc to rezygnacyjne nastawienie?

P.S. Wczoraj miałam drugą dawkę Pfizera, więc jestem już w pełni zaszczepiona. Ręka mnie boli i nie czuję się najlepiej.

1275 Ogółem 1 Dziś
Podziel się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.