985 – tradycyjnie, czyli zmiana o 180 stopni

Już wczoraj po kryzysie nie było ani śladu. Obudziłam się i wszystko było w porządku, choć zasypiałam, pragnąć umrzeć. Planowałam, że wejdę na szczyt i rzucę się w przepaść. Jakież to było dramatyczne.
Sobotę spędziłam na kończeniu pracy zawodowej i sprzątaniu przed wyjazdem. Udało mi się również dokończyć przeglądanie poprawek korektora i wieczorem wysłałam plik z zaakceptowanymi zmianami do Wydawnictwa.
Dzisiaj już nic nie muszę. Zaczęłam urlop na dobre. Piszę tę notatkę, a za chwilę biorę książkę „Życie warte przeżycia”, czyli autobiografię Marshy Linehan i pogrążam się w relaksie. Jutro rano wyjeżdżamy. Zmieniliśmy trochę plany i najpierw jedziemy w góry. Do pokonania mamy kilkaset kilometrów. Mrówek zaplanował nam już jutro wyjście w góry. Obawiam się o swoją kondycję, ale cóż. Zobaczymy, jak będzie.
Jeszcze w piątek bardzo nie chciałam jechać. Dziś się już tylko cieszę.

Jeśli chodzi o ten kryzys – w piątek popołudniu połknęłam tabletkę lorafenu i popiłam ją dwoma piwami. Może nie było to zbyt rozsądne, ale jedyne, czego pragnęłam, to zasnąć. Myślę, że to uchroniło mnie przed działaniami autoagresywnymi i dalszą autodestrukcją. Przesypianie tej fali cierpienia, z którą nie jestem sobie w stanie poradzić, wydaje się być dobrym rozwiązaniem. Na szczęście kryzys trwał tylko dwa dni. Takie doły są dla mnie w jakimś stopniu do ogarnięcia. Kiedy trwają tydzień, dwa lub trzy, zaczyna się prawdziwy dramat i jedynym rozwiązaniem wydaje się być hospitalizacja. Wtedy zaczyna mi się wydawać, że źle zawsze było i nigdy się to nie zmieni. No, ale najważniejsze, że jest już w porządku i mogę się cieszyć tygodniem wolnym od pracy i obowiązków.

2162 Ogółem 5 Dziś
Podziel się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.