986 – nie ma to jak spontanicznie przedłużyć urlop

Dawno nie pisałam, bo wiele się dzieje. Urlop jest tak intensywny, że padam na twarz, hehe.

Najpierw byliśmy w Beskidzie Żywieckim. Pierwszego dnia po przyjechaniu zdobyliśmy Sokolicę. Weszliśmy akurat na zachód słońca. Robiliśmy zdjęcia i było przepięknie. Schodziliśmy po ciemku, ale byliśmy na to przygotowani i latarki czołówki zrobiły robotę.

I nadszedł drugi dzień. Czas był na Babią Górę. Niech szlag trafi tę górę, a w szczególności Perć Akademików. Na szlak weszliśmy po trzynastej. Do auta doszliśmy przed północą. Fajnie, nie? Ale po kolei. Szło się całkiem dobrze. Okropnie zmęczenie i ból nóg, ale byłam na to przygotowana. I miałam dobre nastawienie, aż do Perci. Człowieka, który wyznaczył ten szlak, powinni zamknąć. Ja pierdolę, naprawdę myślałam, że postradam tam życie. Może gdyby nie bolały mnie tak nogi i nie byłabym tak zmęczona, że nie ufałam własnemu organizmowi, byłoby inaczej. Ale nogi mi drżały i miałam zawroty głowy. Te łańcuchy, klamry… Żeby na nie stawać, musiałam ręką unosić nogę, bo nie byłam w stanie jej tak wysoko zadrzeć. A rękami ledwie dosięgałam kolejnej. Zdecydowanie nie przewidzieli, że będą tamtędy wchodzić tacy mali ludzie jak ja. Na samym końcu, wdrwpywałam się po skałach na czworaka. Bylam niemal pewna, że spadnę i zginę. Klęłam na Mrówka, który wymyślił, że będziemy wchodzić tamtą trasą. W końu kilka razy się popłakałam. Kiedy zalazłam w końcu na szczyt, miałam tak źle nastawienie, że nawet nie chciałam oglądać widoków. Siadłam, wypilam piwo i chciałam się rzucić w przepaść na myśl, że jeszcze dłużą trasą będziemy schodzić, a właśnie zachodziło słońce. Moje podejście do tej wycieczki było mniej więcej takie: „ja pierdolę, jakim to trzeba być pojebańcem, żeby ryzykować życie dla jakichś widoczków, które można obejrzeć na zdjęciach w internecie”. Oczywiście tak nie myślę, ale wtedy byłam w takim stanie, że chciałam umrzeć i zakończyć swoje cierpienia fizyczne i psychiczne. Zaczęliśmy schodzić, gdy słońce się już chowało za góry. Bylam przerażona. Ból nóg był już taki, że ledwie stawiałam kroki. Szliśmy i szliśmy, a końca nie było widać. Powoli zaczynałam dochodzić do siebie psychicznie i wtedy… Kiedy doszliśmy do schroniska, byłam załamana, bo wiedziałam, jaki kawał drogi mamy jeszcze do zrobienia. Ale najgorsze było przede mną. Było już całkowicie ciemno. Widać było tylko to, co pod nogami. I wtedy spojrzałam w prawo w las. Chyba dostałam zawału. Jakieś 150 metrów od nas zobaczyłam pięć czy sześć par świecących oczu. I uwierzcie, nie były to sarenki. Sposób, w jaki jeden z tych zwierzów poruszał głową, najwyraźniej próbując nas zobaczyć zza jakiegoś krzaka wskazywał jednoznacznie, że były to duże drapieżniki. I wiedziałam, jakie. Podczas schodzenia w środku nocy spotkaliśmy watahę wilków. Stałam tak chwilę z sercem bijącym jak oszalałe i na miękkich nogach. Pokazywałam Mrówkowi te oczy, ale on ich nie widział i twierdził, że coś mi się przywidziało. Ale przecież to nie było przelotne spojrzenie. Stałam dobrą chwilę i je widziałam. Poruszające się, ale wciąż w nas wpatrzone. Narobiłam rabanu i afery. Wiem, że wilki nie atakują ludzi. Musiałyby być naprawdę wygłodniałe w środku ciężkiej zimy, żeby w ogóle spróbować zapolować na człowieka, ale w tamtym momencie byłam tak przerażona, że nie myślałam racjonalnie. Schodząc, cały czas oglądałam się za siebie. Bylam niemal pewna, że zaraz wyskoczą z lasu. Sytuacja byłaby zupełnie inna, gdyby to był dzień. Pewnie nawet bym się ucieszyła z takiego spotkania, robiła zdjęcia lub nagrywała. Ale biorąc pod uwagę, że był środek nocy, a w totalnej ciemności było widać tylko te oczy…. Minęło już kilka dni, a ja wciąż nie mogę zapomnieć tego widoku.

Potem przyjechaliśmy w Pieniny. Byliśmy na Sokolicy, widzieliśmy biedną złamaną sosnę, która jest symbolem tego miejsca. Płynęliśmy Dunajem na tratwie i mieliśmy super flisaka, takiego jajcarza. Zwiedziliśmy zamek w Czersztynie i pojechaliśmy na plażę w Niedzicy.

Dziś mieliśmy wracać do domu, ale jedziemy jeszcze w Tatry. A we wtorek odwiedzimy mamę i siostrę Mrówka, potem jego dziadków. I w środę wracamy już do domu.

A w czwartek wieczorem szkolenie „Co psychopetareuta powinien wiedzieć o psychopatologii w 2021 roku”. Nie mogę się doczekać!

1292 Ogółem 4 Dziś
Podziel się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.