3 – by nie nazwać ich po imieniu. Dobitnie

Każde kolejne zdanie padające z jego ust sprawiało, że mrok gęstniał. I nie, nie czułam, że płaczę, choć ilość łez rosła lawinowo. Jak w krótkim czasie naprawić kilkanaście lat? Jak sprawić, by nienawiść i pogarda osłabły? Najszersze chęci to za mało. To nic. Czy da się w ogóle coś zrobić, gdy ktoś ma cię za pozbawionego uczuć potwora? To, co rozgrywa się w Tobie, nie manifestuje się na zewnątrz. Pozostajesz bezemocjonalną amebą. Wedle jego słów.

Łza za łzą. I myśl za myślą. Każda gorsza od poprzedniej. I nagle uświadamiasz sobie, jak silne są stare schematy. Jak bardzo potrzebujesz tego, co kiedyś. By się uspokoić, by poczuć ulgę. Myśli krążą wokół utartych schematów. I zastanawiasz się, czy toczyć dalej tę nierówną walkę z samym sobą, czy ulec. I choć przez chwilę poczuć nieznaczą ulgę.

Szczerze? Pierwszy raz od zakończenia terapii wróciły te myśli. Te ostateczne, by nie nazywać ich po imieniu, dobitnie. Kazały uwierzyć, że są jedynym rozwiązaniem. I przez chwilę dałam się im omamić.

Ale prawda jest taka, że nie wiem. Nic nie wiem. To, co miało być miłością, jest nienawiścią. I pogardą. I ranieniem. Czy z mojej winy? Możliwe. Prawdopodobne. I walczę ze sobą. Tymi myślami. I tym pragnieniem.

441 Ogółem 1 Dziś
Podziel się!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.