310 – radość samobójcza

Siedzimy wieczorem. Oglądamy teledyski, gadamy, śmiejemy się. Jest miło i śmiesznie. Fajnie, nie?
Owszem.
Między jednym a drugim mrugnięciem oka, pojawiają się, nie wiadomo skąd – myśli samobójcze. A jakże! Łzy w oczach, bezsens. Tęsknota za tym cholernym kawałkiem metalu i uciskiem sznura objęć.
Skąd? Żeby dane było mi to wiedzieć.
Te chore objawy muszą psuć wszystko. Z buciorami wdzierać się w nasz wieczór. Wieczór, dzień, życie.
A jedyne co mogę zrobić, to je ignorować. I mieć nadzieję, że kiedyś uzbroję się w narzędzia pozwalające na ich wyśmianie i śmiechem zabicie.

Podziel się!

309 – niby nic, zwykłe zakupy

Byliśmy na spacerze. Spędziliśmy miło czas. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do sklepu. Zrobiliśmy większe zakupy.
Odchodząc od kasy uświadomiłam sobie, że przez popędzanie Mrówka przed wyjściem, zapomniałam reklamówki.
Spojrzałam na kasę – kilkuosobowa kolejka.
– Mrówek, nie mam reklamówki, ale mam drobne, podejdź i kup.
– Ty zapomniałaś, to ty idź.
A ja już – łzy w oczach. Miałam ochotę się rozpłakać i stamtąd uciec. I co mnie obchodzi, że codziennie przychodzę do tego sklepu. Co mnie obchodzi, że wystarczy podejść do kasy, przeprosić kogoś i kupić reklamówkę za kilka groszy. No przecież dla Mrówczyńskiej to problem nie do przejścia.
Ale tak stanęłam i zaczęłam myśleć.
– Mrówczyńska, kurwa! Opamiętaj się! Czy brak torby na zakupy to powód do myśli samobójczych? Albo spróbuj spakować się do swojej wielkiej torebki, coś biorąc w rękę, albo idź kupić tę cholerną reklamówkę.
O dziwo, podziałało. Większość rzeczy udało mi się schować do torebki. Część wzięliśmy z Mrówkiem w ręce. A powrót do domu był wypełniony śmiechem.
– Daj, wezmę ten makaron od ciebie.
– Nie, Mrówek. Wiesz, on działa jak przeciwwaga, dla tej torby na ramieniu.
Śmialiśmy się i żartowaliśmy szczerze.

A kiedyś?
Obraziłabym się na niego na śmierć. Przecież:
– To przez ciebie nie wzięłam tej reklamówki! – a więc:
– To ty masz iść ją kupić!
Byłyby łzy. I myśli samobójcze. I poczucie pokrzywdzenia. I niezrozumienia. A jakże!
A po powrocie do domu?
Żyletka – ciach, ciach, ciach!
I nie, wcale nie byłaby to moja chora zemsta i próba odegrania się na nim. Nie, przecież ja byłabym nieszczęśliwą, pokrzywdzoną ofiarą! To wszystko byłaby jego wina! I nie, wcale nie cięłabym się z podświadomą premedytacją, by go skrzywdzić – przecież nie dopuszczałabym do siebie możliwości, że jestem sprawcą, że chcę go zranić. Przecież to ja cierpiałabym najbardziej na świecie!

I niech mi ktoś kurde teraz spojrzy prosto w oczy i powie, że psychoterapia nie działa. Chyba zabiję go śmiechem.

Podziel się!

308 – to będzie dobry dzień!

– Anka, Anka wstawaj – Mrówek przysiadł na łóżku i delikatnie mnie trącał.
– Niee… – próbowałam znów zasnąć, choć jak zwykle byłam cała mokra od potu przez cholerne koszmary.
– No wstawaj, Anula! To będzie dobry dzień!
– Tak? A coś się stało? – zainteresowałam się, jeszcze nie otwierając oczu.
– Nic się nie stało. Po prostu to będzie dobry dzień.
– Ale nie mam kawy.
– Masz, zrobiłem ci.
Zwlekłam się z łóżka nie umiejąc i nie chcąc otwierać oczu do końca. Siadłam na kanapie obok niego. Wypiłam kilka łyków kawy i zapaliłam fajkę. Chwilę pogadaliśmy.
Włączyłam kompa, odsłoniłam zasłonki. Promienie jesiennego słońca oświetliły pokój. Od razu zrobiło się raźniej.

Masz rację Mróweczku, to może być dobry dzień. A wszystko zależy od nastawienia.
Kocham Cię!

Podziel się!

307 – smuteczek

Zalewa mnie tsunami smutku. Codziennie, od nowa. Subiektywnie mam wrażenie, że trwa to od miesięcy. W rzeczywistości znacznie krócej. Tendencje do zapominania innych stanów emocjonalnych wiecznie żywe.
Mam ochotę wyrzucić z siebie cały ten syf. Napisać, że chce mi się… ale nie, nie napiszę tego. Nie będę dawać satysfakcji chorej części mnie. Nie mam zamiaru patrzeć na te słowa, czytać ich.
Tak, wiem, Panie M. – mam wpływ na zachowanie, choć na sam smutek nie.
Dlatego byłam cały dzień aktywna. Czy to coś dało? Cóż…
Pierwsze poprawki w „Autoterapii” naniesione. Na pisanie czegoś nowego sił brak.
Ehh, szkoda gadać.

Podziel się!

303 – pod koniec i agresja

Codziennie piszę, dokładam cegiełki – nieduże, ale regularnie. Do napisania został ostatni rozdział „Autoterapii”. Kilka stron i zakończę kolejną książkę.

Wczoraj coś pisałam o agresji. Noc w śnie zwróciła syf. Koszmary. Jeden za drugim, każdy kończąc nagłym wybudzeniem dusznosciami i oblaniem gorącym potem.

Byłam w ubikacji, gdy jakiś facet z babką otworzyli z rozmachem drzwi. Nie wiem, kto to, ale we śnie ich znałam.
– Wezwaliśmy w nocy lekarza do ciebie! Myśleliśmy, że zapadłaś w śpiączkę! Nie dało się ciebie obudzić!
Z wkuwrem wybiegłam z kibla wprost do ogromnego salonu. Na kanapie siedział mój terapeuta, coś jedząc i pijąc. Nie odzywał się. Obserwował.
Kłóciłam się z każdym z rodziny po kolei. Bluzgałam, dochodziło do rękoczynów.
Matka nagrywała wszystko kamerką na laptopie.
– Nie wstyd pani, że będzie pani miała taki filmik w Ulubionych? – odezwał się nagle terapeuta.
– Nie chcę tego w Ulubionych! Nie chcę, żeby ktoś to widział. Wolałabym wysłać to do psychiatryka.
– Lepiej od razu na salę operacyjną. Żeby była podstawa do przeprowadzenia lobotomii – rzekł terapeuta patrząc na mnie z satysfakcją.
Ciotka wzięła mnie na bok.
– Za każdą minutę pobytu twojego terapeuty tutaj płacę dwa złote, a siedzi tu już cały dzień! Nie chcesz z nim porozmawiać, puścisz mnie z torbami!
Akcja się przeniosła.
Nie potrafiłam powstrzymać agresji. Kłóciłam się z nieżyjącą babcią. Wzięła paczkę moich tabletek na uspokojenie i wyrzuciła je do kosza. Wyjęłam je i rzuciłam się na nią z pięściami. Okładałam ją, tylko przez sekundę zastanawiając się, czy jej to nie zaszkodzi, biorąc pod uwagę fakt, że całe jej wnętrzności zaatakowane są przez nowotwór złośliwy. Mama próbowała mnie powstrzymać – i jej się dostało. Wszędzie krew, jęki i stęki.
Znów zerwałam się z łóżka, cała mokra, ledwie łapiąca oddech.

Skąd we mnie tyle złości i agresji… No skąd?

Podziel się!