293 – badania

Zaniepokojona powiększonym od dłuższego czasu węzłem chłonnym na szyi i dziwnie wyglądającym migdałkiem, odwiedziłam dziś laryngologia.
– No rzeczywiście tu jest mocno powiększony węzeł. I ten migdał nie za ciekawy. Proszę jeszcze dziś zrobić usg całej szyi i wrócić do mnie. Wygląda to niepokojąco. Może to być np. nowotwór tarczycy albo ślinianek.
Ciśnienie mi skończyło i na trzęsących się nogach poszłam na usg.
Lekarka wykonująca badanie:
– Węzeł chłonny jest bardzo powiększony. Na szczęście w tarczycy i śliniankach nie widać zmian. Choć tarczyca wielkościowo jest w dolnej granicy normy i jest zbyt ciemna. Trzeba dalszej diagnostyki. A z tym węzłem, to może być stan zapalny, ale też chłoniak albo białaczka. Proszę zrobić badania z krwi.
Jeszcze bardziej roztrzęsiona wróciłam do laryngologia. Obejrzała zdjęcia, opis.
– Niech się pani nie martwi, najprawdopodobniej to przewlekłe zapalenie. Proszę zrobić te badania krwi i iść do internisty. Skończy się prawdopodobnie na antybiotyku.
No żeż… Oni sumienia nie mają, tak strasząc ludzi.

Usg piersi w normie, żadnych niepokojących zmian.

Podziel się!

290 – bezsenne im bliżej, tym dalej

Wróciły problemy ze snem. Zasypiam normalnie, ale niezależnie od tego, czy położę się o 23:00, czy o 3:00, punkt 5:00 budzi mnie kaszel. Zastanawiam się, czy to psychosomatyka. Leżę do 7:00 lub 9:00 w łóżku, łudząc się, że jeszcze zasnę. Wstaję, wypijam kawę albo dwie i dosypiam jeszcze z godzinę na siedząco. Ta… nie ma to jak higiena snu.

Zostało mi do napisania sześć rozdziałów „Autoterapii”. Jak zwykle – im bliżej końca, tym gorzej się pisze, trudniej się skupić, pomysłów brakuje. I rozgrzebuję tak każdą sesję po kolei, pisząc jedną, dwie strony i przerzucając się na inny rozdział, bo:
– Z tamtym pójdzie mi lepiej, mam pomysł!
Ale gdy tylko przewinę dokument do pożądanej sesji, wszystko ucieka. A sens pisania tej książki jakoś się rozmywa. Cóż. Znam przecież te mechanizmy. I walczę z nimi z całych sił.

Obiecałam sobie: „Autoterapia” to na jakiś czas ostatnia książka autobiograficzna. Koniec z psychicznymi wiwisekcjami i babraniem się w objawach borderline. Czas na beletrystykę! I szczerą odpowiedź na pytanie, czy rzeczywiście mam szansę na aspirowanie do miana pisarki.

Podziel się!

284 – coś dobrego

A nie mówiłam? A nie mówiłam?!

Pozbierałam się i wstąpiły we mnie nowe siły.
Twarda babka jestem i żadnych psychiatryków nie potrzebuję. Już nie.

Cieszą małe rzeczy.
Kolejne strony „Autoterapii”. Miejsce 49. w Empik TOP100 tygodnia literatury obyczajowej (e-booki). Praca zawodowa.
Znów mam energię. Znów chce się żyć. I za namową terapeuty, dbam o robienie rzeczy dla siebie dobrych. Codziennie. Choćby był to kwadrans pisania książki – obojętnie której.

Róbcie dla siebie coś dobrego. Codziennie!

Podziel się!

272 – lorazepamowe ukojenie

W środę byłam u psychiatry. Dwanaście kilometrów z buta. Część drogi wzdłuż olbrzymiego parku. Towarzyszył mi Kaliber ze swoją Księgą Tajemniczą.

– Pani Anno, dlaczego na siłę wpycha się w pani w alternatywę: zabiję się albo nie zabiję się. Proszę spróbować po prostu żyć – zasugerował ostatnim razem.
Niezbyt to podziałało. Silne myśli samobójcze nie odpuszczały. Widział, w jakim jestem stanie. Więc nawet nie próbował, jak zazwyczaj, obracać tego w żart i mówić, że znów uciekam.
Głównym problemem było spanie. Trittico nie pomogło, ani Mirtor i Tisercin.
– A kwetiapinę pani brała?
– Tak, Ketrel.
– I jak?
– Bardzo źle się po nim czułam.
– A… (i tu zaczął sypać jak z rękawa nazwami substancji, których nie znałam).
Popatrzyłam na niego bezradnie.
– Pamiętam, że brałam kiedyś Mianserin.
– No to właśnie z tej grupy, i jak?
– Źle się czułam.
– Pani Anno, biorąc pod uwagę pani stan i sytuację… myślę, że na razie zawiesimy eksperymentowanie z nowymi lekami. Dam pani ten mocniejszy Lorafen.
Poczułam ulgę, że w końcu dał mi coś sprawdzonego.

Wczoraj poszło 5mg, w dawce podzielonej. Już dawno nie czułam się tak spokojna. Myśli samobójcze ustały. Nie pamiętam, kiedy ostatnio się tak wyspałam. Wstałam o 6:00, wypoczęta.

W przyszłym tygodniu terapeuta w końcu wraca z urlopu. Brakuje mi terapii. Nie mogę się doczekać wtorkowej sesji.

Podziel się!

271 – toksyczna miłość

Pięć minut do północy.
– Nie mam już koszmarów.
– To dobrze.
– Nie, bo zaczęłam je spisywać, żeby wykorzystać w książce.
To miał być żart. Wiem, moje poczucie humoru jest dziwaczne, nieśmieszne i nikt, poza mną, go nie rozumie.
Wybuchł. Nie wytrzymał.
Siedziałam bombardowana oskarżeniami. Jego frustracją. Brakiem wiary w moją zmianę.
Ciało skulone, nieruchome. Twarz skamieniała. I tylko potoki łez mogły sugerować, że nie jestem zimną suką.

– Ja nie chcę cię straszyć, nie mówię tego w złości – zaczął, gdy już się uspokoił – ale jestem na skraju wytrzymania. W końcu się spakuję i więcej mnie nie zobaczysz. Zniszczyłaś mnie. Zrobię, jak kiedyś Jerzy. Odetnę się od ciebie. Zniknę. Zabijasz mnie. Rozumiesz?
Nic. Tylko łzy.
– Jeśli nie zaczniesz zachowywać się jak człowiek, odejdę. Rozumiesz?
Cisza.
– No, rozumiesz?!
Ledwo widoczne skinienie głową.
– Przemyśl to sobie. Prześpij się z tym. Może jutro mi odpowiesz…

Podziel się!