269 – bezsenność senna

Dziś w nocy nie męczyły koszmary. Bo nie przyszedł sen. Mimo mirtazapiny łykniętej i oczyszczenia myśli z myśli niepotrzebnych, zbędnych.
Kawy siekiery chlane od rana. Śniadanie z rodzicami, jak za gówniarskich lat.
Potem wycieczka rowerowa z Mrówkiem. Lasy pachnące wiatrem. Brzozowy zagajnik i leniwe popołudnie na kocu, wśród mrówek, pająków i innych robaczków.
A mimo to, łzy w oczach, choć oczy suche. I z wszystkich gałęzi zwisające pętle. Czekające na szyję boga. Mój bosko-nieboski kark.
I śmichy-chichy przy stole, gdy kolejne knedle ze śliwkami znikały w brzuchach.
Jakby miał to być ostatni posiłek.
Natłok myśli i całkowita pustka. Łączą się całkowite skrajności w masę jednostajną. Martwą.
Czasem lepiej przemilczeć, nie napisać nic. Niż narazić się na śmieszność. Małość. Nijakość. Marność.

Podziel się!

268 – jagody, perseidy i kosmici

Wczoraj poszliśmy z Mrówkiem na jagody. Ja zbierałam, on kontemplował przyrodę i robił zdjęcia.
– Długo jeszcze?
– Chwila.
– Już minęło dużo chwil.
– No jeszcze chwilka, no – denerwowałam się.
– I bez jagód mi nie wracajcie! – śmiała się mama, gdy wychodziliśmy z domu. Chciałam uzbierać chociaż litr.
– Będzie na jagodzianki i pierogi – powtarzałam mu co chwilę, gdy mnie pospieszał.

W nocy obserwowaliśmy deszcz meteorów. Było zimno, ale chcieliśmy zapłacić tę cenę. Taki widok działa na wyobraźnię.

Mój umysł potrafi nawet takie miłe chwile zamienić w koszmary. Męczyły mnie całą noc. Zrywałam się co chwilę, zlana potem i nie mogąc złapać oddechu. Kosmici zasypywali Ziemię gradem meteorów, zabijając wszystkich, na których mi zależało.

Kolejna noc, która zmęczyła bardziej, niż pół dnia na rowerze i trzygodzinne zbieranie jagód.

Mówiąc do rodziców czy cioci, uśmiecham się, żywo opowiadam. I nie, nie odbieram tego jako udawanie. Wystarczy jednak, że się odwrócę lub zostanę na chwilę sama, a oczy robią się wilgotne. I w myślach tylko śmierć.

Idąc za radą terapeuty, postanowiłam spisywać koszmary i wykorzystać je w książce. Co chwilę jednak długopis zawisa nad kartką, w geście wyrażającym bezsensowność tej decyzji.

Znów powtarzam swoje motto:
Nie mam siły żyć. Naprawdę, nie mam siły…

Podziel się!

264 – leki nasenne nie na sen

Mirtazapina pozwala szybko zasnąć – brakowało mi tego w ostatnim czasie. Jednak zupełnie nie wpływa na jakość snu. Budzę się, jak się budziłam. Wstaję wcześnie, nie mogąc wytrzymać leżenia w łóżku.
Tisercin (o dziwo) zupełnie nie przyspiesza zaśnięcia. Potrafię po nim leżeć i cztery godziny.
– Nie bierz tego syfu, wariatko! – Mrówek się wkurzał za każdym razem, gdy sięgałam do słoiczka po dawkę lewomepromazyny. Ok. Odstawiłam.
Koszmary męczą, jak męczyły. Wciąż ten sam motyw – lasy, ruiny, jeziora i ucieczka przed służbami specjalnymi na usługach cholera wie kogo. Karabiny maszynowe, auta terenowe, dzikie zwierzęta atakujące kogo popadnie.
– Może to dobry motyw na napisanie książki? – terapeuta próbował rozładować moje negatywne emocje dotyczące snów.
Może…

Dlaczego znów tak bardzo ciągnie mnie do szpitala?

Podziel się!

262 – „… bo do pani trzeba mówić, jak do debila”

Apteka. Taki sklep, tylko z lekami. Czasem, jak za komuny, trzeba mieć kartkę uprawniającą do zakupu. Niektóre dobra bowiem są reglamentowane. Co jeszcze? No tak. Wszyscy sprzedawcy mają wykształcenie wyższe branżowe.
Wydawać by się mogło, że ten kapitalistyczny skrawek nieruchomości pozbawiony jest uprzedzeń i stereotypów.
A jednak.

Komunikacja przy realizacji recept na same antydepresanty zawsze jest sprawna.
– Dawkowanie znane?
– Znane.
– Proszę.
– Dziękuję.
Do widzenia.

Problem pojawia się, gdy pani/pan magister na świstku od psychiatry dostrzega neuroleptyk. W ich oczach, jak podejrzewam, staję się schizofrenikiem kiepsko osadzonym w rzeczywistości.
Nie mówię tu, o „podśmiechujkach”, niestosownych komentarzach, czy krzywych spojrzeniach – co to, to nie. Zmienia się jednak ich podejście do moich możliwości percepcyjnych. Biorą sobie do serca zasadę tłumaczenia „jak krowie na rowie”.
Tak było ostatnio.
Apteka całodobowa, piątek wieczór. Podałam receptę.
– Ale nie mamy Orivenu 150mg. Musiałabym zamówić. Byłby dopiero na poniedziałek, bo dziś wieczorem zaczyna się remont.
– Dobrze.
– Ale nie mam go na stanie.
– Nie szkodzi, wenlafaksynę mam zapisaną w dwóch dawkach. 150 i 75mg. Oriven 75mg jest?
– Tak.
– A Tisercin i Mirtor?
– Też.
– Super. Poproszę.
– Ale niech pani idzie do innej apteki.
– Czemu?
– Bo nie mam Orivenu 150mg.
No żeż zaraz mnie coś trafi.
– Wiem. Proszę go zamówić.
– Ale będzie dopiero na poniedziałek.
– Rozumiem. Ale mam ten lek w innej dawce, więc nie szkodzi.
– Może jednak pójdzie pani do innej apteki całodobowej? Na przykład… (tu padają adresy). Jeśli pani tu zrealizuje tę receptę, nie będzie pani miała tego leku.
Pięć minut mi tłumaczyła, że jeśli czegoś nie kupię, nie będę tego miała.

Nie lubię kupować neuroleptyków.

Podziel się!