980 – ten dzień się dopiero zaczął, a już chcę, żeby się skończył

Jak w tytule. Jest dziewiąta rano, a ja mam już totalnie dość tego dnia. Jest mi dziś bardzo źle. Zrzucam to na karby okresu, który właśnie dostałam. Hormony szaleją, chcąc wyciskać łzy z oczu. Mam ochotę pizdnąć robotą i iść spać w cholerę. Boli mnie brzuch i mam negatywne nastawienie do wszystkiego. Nawet nie chce mi się uzupełniać treści na zPogranicza.pl. Praca mi nie idzie, nie mogę się skupić. Jedyne, na co mam siłę, to użalanie się tutaj i skarżenie na swój ciężki los. Choć nawet pisanie tego wpisu idzie mi opornie.

Spryskałam się energetyzującą mgiełką do ciała o zapachu cytrusowym. Zawsze pobudzała mnie do działania. A dziś? Tylko mnie irytuje jej zapach.

A jednak świadomość tego, że nie jestem już w terapii, każe mi się trzymać w ryzach. Nie pozwala mi na dziecięce histerie i mienie wszystko w d.

Jak dobrze pójdzie, w pierwszej połowie lipca pojedziemy w końcu na kilkudniowy urlop. Pierwszy wyjazd nam nie wyszedł, bo wprowadzili lockdown i nasza rezerwacja została odwołana. Na drugi, czerwcowy, nie pojechaliśmy, bo byliśmy pokłóceni. Może teraz wreszcie się uda? Przyznam szczerze, że potrzebuję chwili dla siebie i wytchnienia od codziennych obowiązków. Jestem psychicznie przemęczona wszystkim.

Chce mi się płakać. Znów wchodzę w rolę ofiary. Jako że tym razem nikt mi nic nie zrobił, czuję ofiarą życia, tego okrutnego losu, co przejął moje zadanie i rzuca mi kłody pod nogi. To przejdzie, ja wiem. Wiem, że nie jestem skazana na wiecznie złe samopoczucie. Że wróci dobrostan i znów będzie chciało mi się żyć. Że nawet ten dzień nie musi być spisany na straty. Ale póki co, otula mnie smutek. I wiem, że to jest normalne. Że to nie świadczy o patologii. Tylko tak trudno sobie na to pozwolić.

Podziel się!

975 – nie mogę odpuścić, nie pozwolę sobie

Jest coraz gorzej. Do smutku doszło rozżalenie i poczucie beznadziei. Powiedziałabym, że również rezygnacja, ale na nią akurat sobie nie pozwalam. Nie dopuszczam możliwości pierdolnięcia wszystkim i pójścia spać. Choć na to właśnie mam największą ochotę. Ale nie, nie odpuszczę. Mam za dużo do zrobienia. I za dużo do stracenia.

Wydawało mi się, że zakończenie terapii już na mnie nie wpływa. Że pogodziłam się z nim, mogę odciąć grubą kreską to, co było i pójść dalej. Ale tak nie jest. Choć o tym w ogóle nie myślę, nie wspominam, nie nakręcam się myślami, to widać wpływ przerwania tej relacji na samopoczucie. A jednocześnie pilnuję się, by ten nastrój nie rzutował na to, jak jest w domu. Na moje podejście do Mrówka. Żeby się na nim nie odbijało to, że jest mi źle.

Stan psychiczny odbiera mi siły fizyczne. Nie chodzę, a snuję się. Powłóczę nogami, z ramionami opuszczonymi, ciągnącymi w kierunku ziemi.

Łudziłam się, że mogę odstawić leki. Ale na to jest chyba za wcześnie. Nie poradzę sobie bez nich. Zamierzam jeszcze raz napisać do doktora T. Może, jeśli mu obiecam, że więcej nie będę go zamęczać SMS-ami, zgodzi się mnie dalej prowadzić? Nie chcę szukać nowego psychiatry…

Nie mam siły pracować, a mimo wszystko codziennie siadam do komputera, włączam zawodowe programy i znak po znaku piszę kod. Może nie pracuję zbyt dużo, ale nie pozwalam sobie na całkowite odpuszczenie.

Chyba muszę się wspomóc benzo. I co? I nie mogę. A jak nie mogę, to przez nogę i dalej mogę. Nie mam wyjścia. Muszę żyć. I dawać z siebie wszystko.

Podziel się!

969 – na łeb się wali aż się zawali

Jest mi dziś wyjątkowo chujowo. Wstałam negatywnie nastawiona do wszystkiego. Wczoraj śniła mi się ostatnia sesja. Rozmawialiśmy z panem M. i nagle do gabinetu weszła jego żona, dzieci i jakiś kolega. Próbowałam dalej prowadzić dialog, ale terapeuta był rozkojarzony, a niespodziewani goście robili harmider. Kiedy wychodziłam z sesji, pan M. miał to gdzieś, był skupiony na swojej rodzinie. Dziwny sen.

Tak bardzo się boję, że zostanę sama. Że Mrówek odejdzie. Jesteśmy w konflikcie i obawiam się, co będzie dalej. Jeśli mnie zostawi, nie przeżyję tego. Nie dam rady udźwignąć dwóch takich strat w ciągu kilku dni… Nie wyobrażam sobie życia bez niego. I tak mi przykro, że on tego nie widzi.

Jest źle do tego stopnia, że musiałam wziąć benzo, choć nie brałam go nawet w dzień zakończenia terapii.

Co chwilę łzy stają mi w oczach. Czuję się okropnie słaba psychicznie. Brak dziś we mnie wiary, że poradzę sobie sama. Że dam radę żyć. Nie mówiąc już o życiu dobrym, szczęśliwym i spełnionym.

Chcę się położyć, zwinąć w kłębek i płakać. Ale to tak bezcelowe. Przecież wiem, że nikt nie przyjdzie i mnie nie pocieszy. Że nie usłyszę od nikogo „będzie dobrze, dasz sobie radę”.

Dodatkowo mam od dwóch tygodni ojca w szpitalu. Jest po dwóch operacjach. Bardzo się o niego martwię, bo nie ma poprawy.

Dlaczego wszystko musi mi się walić na łeb kilka dni po rozstaniu z panem M.?

Podziel się!

967 – jak się nie spieprzy, to się nie polepszy?

Cały weekend pisałam artykuł o trudnościach w relacjach społecznych i stygmatyzacji osób z pogranicznym zaburzeniem osobowości dla magazynu „Trening umiejętności społecznych”. Początkowo szło mi opornie, nie mogłam zacząć. Ale powoli powstawały kolejne zdania, a potem już poszło. Napisałam trzy czwarte, dwadzieścia pięć tysięcy znaków. Byłam bardzo zadowolona, że uda mi się go skończyć szybciej niż myślałam. I co? Oczywiście coś musiało się spierd… Zamknęłam plik, a po jego ponownym otwarciu okazało się, że wyczyściło mi całe formatowanie i ustawiło jakąś dziwną czcionkę. Nie byłoby w tym nic strasznego, w końcu ustawienie czcionki, rozmiaru, interlinii czy marginesów to chwila, ale na tym nie koniec. Wszystkie cytaty pisałam kursywą, która została wyczyszczona, więc nie wiem, co jest moim tekstem, a co cytatem. Mało tego, wypierdzieliło mi też wszystkie przypisy, także nie mam teraz pojęcia nie tylko, który fragment tekstu jest cytowany, ale i nie wiem, z jakiej książki i strony pochodzi… Super, nie? Ja nie wiem, czy zawsze wszystko musi iść jak po grudzie?

Cały czas mam wrażenie, że jutro normalnie idę na sesję. Nie umiem wyzbyć się jeszcze tego przeświadczenia. Jakbym nie chciała dopuścić do wiadomości, że to już definitywny koniec. Łapię się też wciąż na mówieniu do pana M. w myślach. Robiłam tak całe sześć lat i chyba szybko mi to nie przejdzie. Nastrój mam w porządku, ale zaczyna się pojawiać tęsknota. Myślę, że wraz z upływem czasu, przynajmniej przez jakiś okres, będzie tylko gorzej. Że tęsknota, poczucie straty i pewna pustka będą towarzyszyć mi jeszcze długo. Próbuję się nie zniechęcać i nie nakręcać. Zapewnić sobie przestrzeń dla pojawiających się emocji i ich zdrowego przeżycia. Choć dziś chce mi się płakać. Nie jest to podszyte rozpaczą, ale takim zwykłym, ludzkim smutkiem z powodu rozstania.

Podziel się!

958 – wolny weekend!

W tym tygodniu pracowałam tylko trzy dni, a wyrobiłam trzydzieści cztery godziny. Jestem umordowana. Ze skrajności w skrajność, hehe. Wczoraj chciałam wcześniej skończyć, ale wyszło, że siedziałam jedenaście godzin. Obiecałam sobie więc, że ten weekend w całości robię sobie wolny.
Wstałam dziś o 6:30 i zamierzam w pełni wykorzystać ten dzień. Mam plany i żywię nadzieję, że uda mi się je zrealizować.
Przede wszystkim muszę zająć się tekstem „Dwóch słów”. Za dwa tygodnie wysyłam go do wydawnictwa i chcę po raz ostatni go przeczytać i nanieść ostateczne poprawki. Premiera ma być na początku listopada. Już nie mogę się doczekać, jestem taka podekscytowana!
Oprócz tego dostałam listę tematów do nowego numeru magazynu „Trening umiejętności społecznych”. Ostatnio nie wysyłałam do nich żadnego tekstu, ale jeden z tematów wydaje mi się ciekawy i chciałabym coś napisać. Muszę najpierw poszukać materiałów, znaleźć i zamówić literaturę. Potem ułożyć plan, no i w końcu napisać. Termin oddania w pierwszym tygodniu czerwca. Mam nadzieję, że nic nie pokrzyżuje mi założeń (czytaj: kryzys).
Trzeba by jeszcze ogarnąć chałupę.
Ostatnio zrobiłam las w słoiku. W lesie zebrałam kawałki kory, kijki obrośnięte porostami. Jako że posesja rodziców sąsiaduje z lasem, nazbierałam różnego rodzaju mchy, mini bratki, skorupki ślimaków, kamyki. Dokupiłam mini paprotkę i malutki bluszcz. Jest przepiękny! Ale niestety walczę z plechą. Zamówiłam naturalny środek na pleśń i regularnie wietrzę słoik. Jest lepiej, ale problem jeszcze całkowicie nie zniknął.
Uwielbiam go obserwować. To mnie niesamowicie uspokaja. W ogóle natura sprawia, że się wyciszam i zaczynam doceniać życie. A szczególnie ukochałam sobie lasy i jeziora.

Dzisiaj kocham życie.

Podziel się!