164 – samobójczy wir

Choroby ciąg dalszy.

Niby wszystko jest w porządku. Między nami dobrze. Mamy zlecenie. A jednak…
Myśli samobójcze nie odstępują mnie na krok. Łażą za mną wszędzie. Jak pieprzony cień.
Myślę nad Majką. Jednocześnie mając łzy w oczach. Że nie dam rady jej napisać. Że jestem skazana na rzyganie sobą w książkach. Bo brak mi wyobraźni? A może skupienia? Że twórczość Mrówczyńskiej na zawsze pozostanie w elektronicznym eterze. Że nie wytatuują papieru moimi słowami. Że na pewno zaraz umrę. Że umrze Mrówek. I cisną się te łzy do oczu i cisną. A nie płyną.
Czy to reakcja na oddalenie od autoagresji? Jak nie ciąć to zabić. Taka logika?

W moich myślach śmiertelna cisza.

Podziel się!

163 – agrrrr….

Nienawidzę chorować. Dziś przespałam pierwszą noc w całości budząc się o… szesnastej.
Pieprzony kaszel męczy, a syrop wykrztuśny o ochydnym smaku bananowym, wciśnięty mi zamiast Flegaminy, której nie było, chyba nie działa.
Mrówek, kochana dusza, biega na zakupy, choć tak bardzo nie lubi. A ja grzeję dupę pod kocem, oddając się dobrej lekturze.
Skończyłam pierwszy tom sagi Pieśń lodu i ognia – „Gra o tron”. Mrówek obiecał mi sprezentować kolejne tomy.
Teraz sięgnęłam po bardziej wymagającą pozycję – „Próchno” Berenta.
Nie mam siły pisać. Nie mam ochoty na nic. Szarpana co chwilę atakami kaszlu, najchętniej cały czas bym spała.

Podziel się!