940 – Tja… Za długo było dobrze

No bo tak to już jest, prawda? Za długo nie może być dobrze, bo by mnie chyba zczyściło, jak po mleku z ogórkiem kiszonym. Mój umysł dobrego stanu zbyt długo nie wytrzyma. Byłoby w końcu nudno!

I tak od wczoraj znów jest płacz, poczucie bezsensu. Jest lorazepam, drzemki przez pół dnia i niemoc w pracy.

Udało mi się załatwić kilka spraw. Idę właśnie na pocztę wysłać pewne papiery do Urzędu Skarbowego, oświadczenie do SAiW Copyright Polska oraz podanie o wydanie kopii dokumentacji medycznej z poradni. Podanie do psychiatryka udało się wysłać mailem.

Z nowym psychiatrą jestem umówiona na konsultacje na 29 kwietnia, godzina 9:00. Będę się musiała pospieszyć, bo o 10:45 mam sesję.

Odpisal mi dziś drugi terapeuta CBT, do którego napisałam. Pracuje on z problemami, jakie opisałam. Umówiliśmy się na pierwsze konsultacje na poniedzielak rano. Niestety wtedy wyszło na jaw, że miał na myśli konsultacje online. Gdy odpisałam, że chodzi o tradycyjne spotkanie, zamilkł…

Czuję, że kolejny kryzys zbliża się wielkimi krokami. A ja nie mam na niego siły. Nie doszłam jeszcze do siebie po ostatnim. Dlaczego to wszystko musi się dziać? Czemu musi być takie trudne? Lubię stabilizację, znane sytuacje. A ostatnio same rewolucje. Naprawdę, tak zwyczajnie po ludzku, brak mi na to wszystko sił.

Podziel się!

918 – trzymaj głowę na powierzchni!

Kolejne dni mijają, jeden za drugim, zlewają się w jedno. Wstaję przed siódmą. Od razu siadam do książki i piszę do dziesiątej. Następnie włączam programy wykorzystywane w celach zarobkowych i pracuję do wieczora. Później szybkie zakupy, jakiś obiad. Potem film lub serial i spać. A rano znów od nowa.
Ale nie narzekam. Jestem wdzięczna organizmowi wspieranemu przez trzysta miligramów bupropionu i sto miligramów amisulprydu za to, że jakoś funkcjonuje. Że wystarcza mu pięć, sześć godzin snu, dzięki czemu mam czas na swoją pasję. A i umysł jest w ostatnim czasie łaskawy i nie gnębi mnie złym nastrojem ani kryzysem emocjonalnym.
Choć co jakiś czas zalewa mnie fala smutku, tęsknoty, pustki i poczucia straty, z całych sił próbuję utrzymać głowę na powierzchni. I owszem, czasem ochleję się tych emocji, ale mimo wszystko wciąż nie poszłam na dno.

Sroki odbudowują gniazdo na akacji, która rośnie koło naszego balkonu. W tym roku idzie im to opornie. Choć pracują codziennie od jakichś trzech tygodni, efektów jakoś nie widać. Czy to ta sama parka, która w zeszłym roku straciła jajo? Trudno stwierdzić, wszystkie wyglądają tak samo.

Nasz blok położony jest w stosunkowo niewielkiej odległości od rzeki. Od jakiegoś czasu na osiedlu słychać krzyk ptaków. Myślałam, że to rybitwy, ale nagrania znalezione na internecie obaliły tę tezę. To zdecydowanie odgłosy wydawane przez mewy. Doprawdy nie wiem, skąd się tu wzięły, bo mieszkamy daleko od morza. Niemniej jednak, zamykając oczy, można się poczuć jak nad Bałtykiem i chwilę pofantazjować, że jest się na wakacjach.

Wracając do pisania… pozwala mi ono na uporządkowanie sobie całej wiedzy, którą przekazał mi pan M. Sprawia, że przypominam sobie to, o czym zapomniałam. I tak sobie myślę, że gdyby nie te wszystkie notatki, to wszystko przepadłoby raz na zawsze w mojej niepamięci. A wtedy tak bardzo szkoda by mi było tych sześciu lat. Pisząc, cały czas się zastanawiam, czy mój były terapeuta przeczyta tę książkę. Choć w sumie na jego miejscu zeżarłaby mnie ciekawość, gdyby ktoś mnie opisał, a ja bym się z tym nie zapoznała. A jeśli przeczyta, to czy mu się spodoba? Czy uzna, że jest wartościowa? Że coś za sobą niesie? I nie, nie tworzę laurki dla niego. Po prostu uważam, że jest znakomitym specjalistą, który pomógł mi w znacznym stopniu, choć początkowo tego nie dostrzegałam. Dopiero nabierając dystansu zaczynam widzieć, ile dla mnie zrobił i jak zmieniłam się pod wpływem jego słów. Setek tysięcy słów, które wypowiedział przez te wszystkie lata po to, żebym nauczyła się żyć, przestała siebie zabijać i mogła zacząć doceniać to, co mam.

Tak więc ze wszystkich sił utrzymuję głowę na powierzchni i trwam. I staram się żyć, jakby miało nie być jutra, lecz dziś nie kończyłoby się nigdy.

Podziel się!

914 – coraz bliżej śmierci

Jutro ciocia zabiera Fizię. Jest mi bardzo przykro i smutno. Ten piesek wniósł nieco życia, radości i uśmiechu. Kiedy go zabranie, znów otoczy mnie martwa pustka.

Kiedyś napisałam, że żyję już tylko z rozpędu. Teraz nawet tego nie ma. Jedynym powodem, dla którego jeszcze oddycham, jest rodzina. Nie mogę zafundować im takiej traumy. Pan M. miał rację, musieliby z moim samobójstwem żyć do końca, myśleliby i śnili o nim. Nie mogę ich tak skrzywdzić. Pewnie wyrzucaliby sobie, że mi nie pomogli, że nie byli w stanie mnie zatrzymać. Więc żyję. I będę żyć tak długo, jak będę musiała.

Każdej nocy, gdy kładę się spać, jest mi lżej. Lżej ze świadomością, że znów jest jeden dzień mniej do śmierci. I końca cierpienia.

Podziel się!

910 – słomiana wdowa

W niedzielę rano Mrówek pojechał na urlop. I tak oto zostałam słomianą wdową. Ale ciocia przywiozła mi moją ulubioną Fizię, cobym nie była sama jak palec.

To dziwne, ale mam wrażenie, że rozmawiamy z Mrówkiem więcej i więcej mamy sobie do powiedzenia, odkąd nie ma go w domu. Nie świruję z powodu jego fizycznej nieobecności. Tłumaczę sobie, że ma prawo ode mnie odpocząć, nabrać sił i naładować baterie.

Właśnie mijają dwa tygodnie od zakończenia… Gdyby nie moja decyzja, siedziałabym teraz w gabinecie pana M. Jak sobie o tym pomyślę, to… Jednak zauważyłam, że pies bardzo dużo zmienia. Nie skupiam się tak na sobie i swoim bólu. Jestem pogodniejsza, jest we mnie więcej pozytywnych emocji. Czuję się odpowiedzialna za żywą istotę i muszę trzymać się w kupie, żeby się nią opiekować. Chciałabym taka być na co dzień.

Wczoraj udało mi się dokończyć pisanie pierwszego rozdziału „Walcząc o życie”, bo taki roboczy podtytuł nadałam wspomnieniom z terapii u pana M.

A tak się wczoraj relaksowałyśmy.

Podziel się!

891 – wracam do życia

Zsyłka na wieś i idący za nią czas ochronny dobiegają końca. Jutro wracam do domu. I do roboty.
Niestety, nie pracuję na etacie. Nie mogę wziąć L4 i mieć na wszystko wyjebane. Fakt posiadania firmy i goniące terminy zmuszają mnie do powrotu do codzienności i obowiązków z nią związanych. Choć nie mogę powiedzieć, że wszystko jest już we względnej normie.

Mrówek zgodził się, żebym wróciła.
Wczoraj przeprosiłam go za to, co po raz kolejny odpierdoliłam. Że naraziłam go na stres i inne negatywne emocje.
„Przecież nie pierwszy i nie ostatni raz” – odpowiedział.
I tak, ma rację. Z moimi kryzysami nie można się nudzić. Nigdy nie wiadomo, co zaraz odwalę. Ja i moje zmienne nastroje jesteśmy nieprzewidywalni. W jednej chwili wszystko jest w porządku, a w drugiej się wieszam.

Te nagłe kryzysy sprawiają, że nie czuję się bezpieczna sama ze sobą. Czuję zagrożenie życia, którego źródłem jestem ja sama.

Terapeuta uważa, że część mnie, która chce żyć, bardzo walczy z tą autodestrukcyjną, która pragnie mnie unicestwić. Nie mówię, że to nieprawda, bo w końcu wciąż żyję i podnoszę się z kolejnych kryzysów. Jednak często czuję, że ona przegrywa. Że się poddaje pod naporem tak wysokiego poziomu autodestrukcji.
Jest również zdania, że dobrze byłoby, gdybym jednak poszła do szpitala. Mimo że kryzys samobójczy minął, pozostawiając na polu bitwy tylko ten emocjonalny, hospitalizacja miałaby mi pomóc. Psychiatryk, do którego miałam zostać zawieziona, znajduje się kilkadziesiąt kilometrów od domu. Ten, w którym byłam trzy razy jest spalony. To przechowalnio-umieralnia, gdzie tylko faszerują lekami i mają cię w głębokim poważaniu.
Docierające do mnie informacje, że lekarze i psycholodzy interesują się tobą tylko wtedy, gdy jesteś młody i trafiasz na oddział po raz pierwszy czy drugi, okazały się być prawdą. Hospitalizacja sprzed roku dobitnie pokazała mi, że trafiając do psychiatryka po raz kolejny, nie jesteś już obiektem zainteresowania personelu. Te dwanaście miesięcy wcześniej ze wzruszeniem i zazdrością obserwowałam, jak jest traktowana koleżanka z oddziału, dwudziestojednolatka w trakcie diagnozy. Była ona w strefie zainteresowania personelu, który objawiał się choćby częstymi rozmowami z psychiatrą czy psychologiem. Z rozrzewnieniem patrzyłam na to, jak otaczają ją opieką, jak mnie te kilka lat wcześniej. A ja? Byłam pozostawiona sama sobie. Pięć minut poświęcone mi przez lekarza prowadzącego przy przyjęciu i jedna dłuższa rozmowa z psycholog, po blisko trzech tygodniach na oddziale to było wszystko, co mieli mi do zaoferowania. Psychiatrze nie chciało się mnie nawet osłuchać z powodu okropnego kaszlu. Mimo iż ordynator kazała mu się mną zainteresować, choć tylko w wymiarze somatycznym, on oddelegował do tego dwie stażystki. Chodząc codziennie korytarzami oddziału, ani razu na mnie spojrzał. Miał wyjebane. Ot, kolejna wariatka usiłująca się zabić – faszerować chemią, następny. Ale… dość tych wspomnień. To i tak niczego nie zmieni.

Kończę podręcznik dla terapeutów „Terapia schematów w zaburzeniu osobowości typu borderline”. Czytam go w ramach zapoznania się z terapiami poznawczo-behawioralnymi. Pan M. twierdzi, że powinnam taką przejść po tym, jak skończymy wspólną pracę. Że terapie behawioralne mają udowodnione działanie i są popularne na Zachodzie.
Przyznam szczerze, że ze wzruszeniem czytałam o tym, jak duży nacisk kładzie się w terapii schematów na relację terapeutyczną, opartą o dużą bliskość, zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. Zachłannie przyswajałam informacje o opiece, jaką terapeuta powinien objąć pacjenta. A potem doszłam do rozdziałów o tych wszystkich ćwiczeniach, tabelkach i odgrywanych scenkach, które to wypełniają sesje. I nie, to zdecydowanie nie dla mnie. Po prostu nie ma opcji, żebym robiła te durne ćwiczenia z terapeutą i już. Koniec tematu, nurt terapii odrzucony.

Czuję się małym, porzuconym i skrzywdzonym dzieckiem, które z głodu bliskości, opieki i poczucia bezpieczeństwa posunie się do wszystkiego, aby te potrzeby zaspokoić. Choć kilka dni temu uświadomiłam sobie, że relacja z panem M. nie musi być jedyną taką w moim życiu, wciąż coraz dobitniej czuję, że to nie czas na kończenie. Że ta porzucona i skrzywdzona kilkulatka we mnie potrzebuje ogromnej dawki poświęconej uwagi i opieki. I sama nie dam sobie z tym rady. Jestem na to za słaba, wciąż zbyt mocno zaburzona, aby samodzielnie zaspokoić jej potrzeby i otoczyć ją odpowiednią opieką, zapewnić poczucie bezpieczeństwa. I, choć wydawałaby się, że miałam już wystarczająco dużo czasu na oswojenie się z myślą o nieuchronnie zbliżającym się zakończeniu terapii, mam ochotę coraz głośniej krzyczeć:
– Panie M., nie opuszczaj mnie!
Coraz dobitniej czuję, że wyjdę z tej terapii pokiereszowana, z dojmującym poczuciem porzucenia. Bo to za wcześnie i nie mam tu na myśli długości trwania terapii, a jej postęp i etap, w których się znajduję. Sześć lat – wiem, że to długo. Ale biorąc pod uwagę fakt, że pozwoliłam sobie na zbliżenie się do terapeuty po jakichś trzech latach, wciąż obecny duży poziom lęku w relacji i fakt, że w dalszym ciągu nie potrafię się do końca otworzyć, bo paraliżuje mnie wspomniany lęk, a do tego wstyd, dystansowanie się i pewna sztywność uniemożliwiająca swobodną spontaniczność, jakoś dziwnie w moich oczach skraca jej długość. Czuję, że dopiero teraz powoli zaczynam być gotowa na prawdziwe otwieranie się i dopuszczanie terapeuty do tych ciemnych, przerażających miejsc w moim świecie wewnętrznym. Ale nie będzie ku temu okazji, bo mamy kończyć. Rozstać się i już nigdy nie spotkać. Pan M. mówi, że koniec terapii przeżywam jako śmierć. I ma rację. Dla mnie, to jak nagła śmierć rodzica dla małego dziecka. A może i obojga rodziców. Pozostawienie bezradnej i przerażonej dziewczynki samej w ogromnym i zagrażającym świecie, ze słowami, by radziła sobie sama. Niewykonalne.

Chce mi się płakać. Tak bardzo chce mi się płakać, że mam ochotę wyć do księżyca, że jeszcze nie potrafię zadbać o siebie sama. Że pan M. popełnia ogromny błąd. Ale może ma rację, a ja zwyczajnie dramatyzuję, próbując zrzucić z siebie odpowiedzialność za własne życie.

Podziel się!