880 – psychiatra

Widziałam się z psychiatrą. Kaputur na głowie, włosy na twarzy, na oczach okulary przeciwsłoneczne. Płakałam. Płakałam, że nie chcę dłużej żyć.

Chciał mnie zamknąć w szpitalu, ale zdecydowanie się nie zgodziłam. Usłyszałam, że to minie, jak zawsze. Jak każdy epizod depresji, także ten, który przechodzę teraz.

Skończyło się na nowym antydepresancie. Nie było go w żadnej aptece ani hurtowni. Cóż… Może i lepiej? Nie wolno go brać z sertraliną. A chciałam wziąć całą paczkę wraz z czterema paczkami sertraliny. Śmierć? Raczej pewna. Z konwulsjami i powolnym zdychaniem w męczarniach.

Trwam w oczekiwaniu na impuls, który raz na zawsze uwolni mnie z tak zwanego życia.

Podziel się!

878 – terapia borderline: burza po diagnozie

Na wczorajszej sesji się otworzyłam. Zadałam dwa pytania, z którymi nosiłam się bardzo długo.

Powiedziałam panu M., że zamierzam napisać czwartą część Młodego boga, wspomnienia z obecnej terapii. Zapytałam, czy ma coś przeciwko. Zaprzeczył.
– A czy pani miałaby coś przeciwko, żebym opowiadał o pani studentom na seminariach?
Zaprzeczyłam głową. Dlaczego miałabym się nie zgodzić?
Także z książką mamy dill. Ja piszę powieść, pan M. opowiada o mnie studentom.

Sprawy się bardzo skomplikowały, kiedy po kilku latach w końcu odważyłam się zadać pytanie o diagnozę. Przypomnę, że diagnozę borderline otrzymałam w 2014 roku, po blisko sześciu tygodniach pobytu na oddziale zamkniętym psychiatryka. Przyniosła mi ona ulgę, bo w końcu miałam czarno na białym, że te wszystkie problemy nie wynikają z mojego złego charakteru czy złej woli. Że jestem po prostu zaburzona i na niektóre swoje reakcje nie mam wpływu.
To właśnie z diagnozą pogranicznego zaburzenia osobowości zgłosiłam się do pana M. Nigdy jej nie kwestionował. Wraz z upływem czasu zapragnęłam dowiedzieć się, jaką diagnozę wystawiłby mi on. Mijały lata, a dla mnie było to pytanie nie do zadania. Aż do wczoraj. Jednak nie to spodziewałam się usłyszeć.
Pan M. zaczął mówić o chwiejności emocjonalnej z dużymi pokładami agresji. A u mnie w głowie natychmiastowa burza. Co tam burza! Nawałnica!

Po powrocie do domu, płakałam. Nie potrafiłam się otrząsnąć. Jakby ktoś odarł mnie z czegoś dla mnie ważnego.
Tak sobie myślę, że terapeuta dotknął czułego punktu. Takiego schowanego gdzieś głęboko. Dotarł do wepchniętych, zepchniętych w podświadomość bolesnych emocji. Stąd planowanie pokaleczenia ciała, gdy Mrówek pójdzie spać. Stąd również zaplanowanie powieszenia się, gdy wstanę rano, a mój partner będzie słodko spał.
Nie mogłam, nie chciałam dłużej wytrzymywać tego ogromnego cierpienia. W jednej chwili w swoich oczach stałam się oszustką i złym człowiekiem. Czując tak silny przymus zniszczenia czegoś dobrego, wypaliłam dwie tradycyjne fajki, choć od trzech tygodni nie miałam ich w ustach.

Minęła noc. Obudziłam się w neutralnym nastroju. Już nie chcę się ciąć ani zabijać. Choć wciąż łzy cisną mi się do oczu. Jednak najistotniejsza teraz jest dla mnie rozmowa z panem M. Chcę zrozumieć jego punkt widzenia i porozmawiać o tym, co się ze mną działo.

Podziel się!

873 – odwilż

W moim umyśle odwilż. Nastrój odtajał i nie wieje już tak bardzo chłodem.

Od tygodnia nie jestem na wortioksetynie, za to od czterech dni znów biorę sertralinę. Sen wrócił mi do normy, ponownie wstaję wcześnie, nie przysypiam. Znów mi się chce!

Muszę się pochwalić. Dziś jedenasty dzień, jak nie miałam fajki w ustach. Nie, nie zrezygnowałam zupełnie z palenia. Przerzuciłam się na IQOS’a.

Od maja schudłam dwanaście kilogramów. Wciąż długa droga przede mną, ale jest już o wiele lepiej niż było.

Nastrój też jakby lepszy. Chyba dzięki temu, że mam więcej siły. Pracuję, czytam, trochę piszę. Choć łapię się na tym, że dopada mnie bezsens i rezygnacja. Jest wszystko w porządku, czuję się dobrze i nagle jeb! Łzy prawie stają mi w oczach i wszystkiego się odechciewa. Walczę z tym. Tłumaczę sobie, że nie ma powodu do złego samopoczucia. Że to na pewno emocje, które dotyczą przeszłości. Pozwalam zalać się ich fali, po czym obserwuję, jak odpływają.

Gdzieś przeczytałam, że wypieranie emocji jest jak zbudowanie tamy na plaży. Stawia się ją w nadziei, że fala się nie przedrze. Jednak woda uderza o przeszkodę i przelewa się górą. Normalnie zalałaby plażę i zaraz potem odpłynęła. Tama jednak powoduje, że się zatrzymuje i nie może się cofnąć do morza. Coś w tym jest.

Podziel się!

871 – syndrom oczekiwania na sesję i na ostateczny koniec

Jutro rano sesja. Jak zwykle w piątki o 9:15 usiądę w fotelu i zacznę mówić. Jednak dziś… towarzyszy mi ogromny lęk. Taki, jaki pojawiał się przed spotkaniami, na których miałam opowiadać, że znów się niszczyłam. Lęk przed odrzuceniem.

Oprócz tego jest we mnie ocean smutku. Bezbrzeżna rozpacz. Całkowita rezygnacja. Poczucie bezsensu. Chciałabym się zwinąć w kulkę, nakryć kołdrą łącznie z głową i płakać. Płakać długo i żałośnie.

Wiem, że nałożył się na to PMS i fakt, że od czterech dni jestem bez antydepresanta. A mimo wszystko, te emocje są tak prawdziwe. Tak dojmujące.

Normalnie wzięłabym benzo. Ale tabletek brak od dłuższego czasu, a doktor nie odpisuje.

Czuję się naprawdę źle. Cierpienie daje się we znaki. Rozczulam się nad sobą i mam wrażenie, że wszystko wróciło. Jakbym nigdy się nie leczyła. Mogłabym zapić garść tabletek alkoholem. Albo chwycić żyletkę i urządzić sobie krwawy maraton. Póki co, powstrzymuję się. Jednak jestem coraz bliższa zrobienia sobie drinka z pozostałej po Sylwestrze wódki.

Nie chcę się tak czuć. To się zmieniło definitywnie. Kiedyś podsycałabym ten stan i próbowała wywołać myśli samobójcze. A dziś siedzę w pracy i próbuję skupić się na kodzie.

Po lewej stronie dopala się świeczka zapachowa. A ja… chciałabym jak ona, wkrótce zniknąć.Jej płomień jest tak spokojny. Hipnotyzuje. Jego gorąco potrafiłoby uszkodzić skórę. A mimo wszystko trzymam ręce z dala. Chyba cierpię wystarczająco, nie potrzeba mi dodatkowych bodźców bólowych.

Za oknem delikatnie prószy śnieg. Płatki spadają, jakby od niechcenia. Jeszcze nieświadome, że ich lot zakończy się roztopieniem w płytkich kałużach.

Już nie mam ochoty krzyczeć „panie M., uratuj mnie!”, a błagać „panie M., nie opuszczaj mnie”…

Muszę w końcu poruszyć temat zakończenia terapii. A na samą myśl robi mi się niedobrze. Ale muszę w końcu zadać pytanie „dlaczego?”. Panie M., dlaczego musimy kończyć już teraz? Skoro jest we mnie jeszcze tyle chaosu, tyle nierozwiązanych konfliktów wewnętrznych. Przecież nie dam sobie rady sama, szybko wrócę do tego, co było. I nie będzie to żadna pokazówka. Po prostu nie mam w sobie jeszcze na tyle siły, by się temu samej przeciwstawić. Potrzebuję wsparcia, motywowania i nieustannego wzmacniania. Jestem jak kilkulatka, której mama mówi „idź w świat, jesteś już duża, poradzisz sobie sama”. I momentalnie coś we mnie zaczyna wołać, że to gówno prawda!

Podziel się!

867 – poświąteczne pisanie

Święta, Święta i po Świętach, jak to mówią. Minęły mi spokojnie i leniwie. Dobre jedzenie, sporo spania, oglądanie filmów i seriali, pisanie i czytanie. Z Mrówkiem zgoda.

Wzięło mnie na pisanie. Od niedzieli plik „Guru” powiększył się o siedem stron A4 na komputerze. Bo robię eksperyment i piszę od razu na laptopie, pomijając etap pisania odręcznego.

Czytam też „Dzieci psychiatryka” Sary Romskiej i, nie powiem, ta lektura przyda mi się przy pisaniu najnowszej powieści.

Muszę się przygotować do wywiadów, ale na razie nie mogę się oderwać od „Guru”.

Od dwóch miesięcy jestem na wortioksetynie. Jednak nie jestem zadowolona. Nastrój mam ledwie neutralny, cały czas chce mi się spać, a przez ponad dwie godziny po połknięciu tabletki (mimo wmuszania w siebie śniadania i popijania dużą ilością wody) mam takie mdłości, że muszę się kłaść z obawy przed wymiotami. Chyba wrócę do sertraliny.

Dostałam również propozycję wydania „Granic obłędu”. Niestety, w wariancie współfinansowania, więc nie wiem, czy się zdecyduję. Cóż, minęły dwa miesiące od rozesłania propozycji wydawniczej, więc może ktoś jeszcze się odezwie…

Rok kończę urlopem i próbą odzyskania równowagi psychicznej. Złość i napięcie rozładowuję na postaciach thrillera.

Marzy mi się kilka dni w Amsterdamie. Albo na Sycylii. Ale co zrobić. Trzeba siedzieć na dupie w domu. I czekać aż to szaleństwo się skończy.

Podziel się!