917 – przedwiośnie, a w głowie listopad

Ostatnia sesja odbyła się szesnastego lutego. Dziś mija miesiąc od zakończenia terapii, a ja wciąż mam wrażenie, że pan M. gdzieś wyjechał. Że to tylko przerwa w terapii. Że niedługo się zobaczymy i znów będę mogła mu o wszystkim opowiedzieć. Chyba wciąż jestem na etapie zaprzeczenia w przeżywanej żałobie po stracie tej relacji. Jeszcze nie potrafię i nie chcę zaakceptować tego stanu rzeczy. Tęsknota miesza się z pustką, lecz razem nie tworzą niebezpiecznej mieszanki. Jest spokój. Czy pozorny?
Nieustannie łapię się na mówieniu w myślach do terapeuty. Robiłam tak zawsze, codziennie przez sześć lat. W swoim świecie wewnętrznym opowiadałam mu o wszystkim, zdawałam na bieżąco relacje ze wszystkiego, co się działo. Często to pomagało mi dotrwać do sesji.
Trapią mnie wątpliwości, co do tego, jak mnie odbierał. Czy męczyło go leczenie mnie? Nie byłam łatwą pacjentką. Przez lata musiał mi w kółko powtarzać te same rzeczy. Gdy o nich mówił, zgadzałam się z nim i przyjmowałam je, zazwyczaj bez zastrzeżeń. Ale kiedy wychodziłam z gabinetu, magicznie zapominałam o wszystkim i popełniałam wciąż i wciąż te same błędy. Ile można? Czy nie był zmęczony i znużony nieustannym tłuczeniem mi do głowy tego samego?
I ta jego odpowiedź na moją pożegnalną wiadomość. Czy była wyrazem ulgi, że więcej mnie nie zobaczy?
Chce mi się płakać, ale nie mam w sobie łez. Coś mnie zmroziło od środka.
Usunęłam jego numer, wszystkie SMS-y i czat na Whatsappie. To działania raczej symboliczne, bo ma podany telefon na swojej stronie internetowej. Ale wiedziałam, że mając jego numer, nie będę w stanie powstrzymać się przed napisaniem do niego, gdy poziom wewnętrznego cierpienia przekroczy moje możliwości wytrzymania go.
Do psychiatry też się nie odzywam. Rozumiem, jak bardzo musiałam go zmęczyć tymi wiadomościami, które wysyłałam pod koniec terapii. To człowiek o anielskiej cierpliwości i skoro napisał, że mam się z nim nie kontaktować poza poradnią, oznacza to, że musiałam naprawdę mocno przekroczyć jego granice. Zakaz kontaktu został zniesiony, ale nie chcę przeginać. Łatwiej jest mi się powstrzymywać przed ponownym przekroczeniem granic, nie kontaktując się z nim wcale. Zresztą, co miałabym napisać? A raczej, jak mógłby mi pomóc? Przepisując tabletki na żałobę? Takie nie istnieją. Poza tym, wiem, że muszę to przeżyć. Dać sobie czas na te wszystkie emocje i cały ból z tym związany. Ucieczka niczego nie zmieni, a wręcz na dłuższą metę pogorszy mój stan.
Trzymam się z dala od autoagresji i autodestrukcji. A i myśli o samozagładzie brak. Jest po prostu smutek i ból, cierpienie i umiarkowana rozpacz, ale bez konotacji samobójczych. Jest tęsknota, jest nostalgia, pustka po stracie i poczucie opuszczenia. Ale jest i postanowienie, że wyciągnę z tych sześciu lat, ile się da. Że zaopiekuję się sobą, wezmę odpowiedzialność za siebie i będę żyć najlepiej, jak potrafię.

Podziel się!

914 – coraz bliżej śmierci

Jutro ciocia zabiera Fizię. Jest mi bardzo przykro i smutno. Ten piesek wniósł nieco życia, radości i uśmiechu. Kiedy go zabranie, znów otoczy mnie martwa pustka.

Kiedyś napisałam, że żyję już tylko z rozpędu. Teraz nawet tego nie ma. Jedynym powodem, dla którego jeszcze oddycham, jest rodzina. Nie mogę zafundować im takiej traumy. Pan M. miał rację, musieliby z moim samobójstwem żyć do końca, myśleliby i śnili o nim. Nie mogę ich tak skrzywdzić. Pewnie wyrzucaliby sobie, że mi nie pomogli, że nie byli w stanie mnie zatrzymać. Więc żyję. I będę żyć tak długo, jak będę musiała.

Każdej nocy, gdy kładę się spać, jest mi lżej. Lżej ze świadomością, że znów jest jeden dzień mniej do śmierci. I końca cierpienia.

Podziel się!

913 – czas pierwszych podsumowań

Dziś mija dziewiętnaście dni od zakończenia terapii. Trochę się w tym czasie działo, dlatego postanowiłam zrobić małe podsumowanie – dla Waszej wiedzy i ku pamięci dla potomnych, hehe.

Wiele osób mówi mi, że terapia u pana M. nic mi nie dała, skoro jej zakończenie spowodowało u mnie kryzys samobójczy. Cóż, nie mogę i nie chcę się z nimi zgodzić. Owszem, z zewnątrz może nie wyglądało to za ciekawie. Jednak od środka było nieco inaczej. Ten samobójczy kryzys mógłby świadczyć, że nie udało mi się w ogóle przepracować tematu rozstań i problemu poczucia bycia opuszczonym. Ale tylko pozornie. Jakby na to nie patrzeć, szybko wygrzebałam się z tego samobójczego syfu. Stanęłam na nogi i dojrzale pozwoliłam sobie na naturalne przeżywanie żałoby po utracie ważnej relacji. Pozwalam sobie na tęsknotę, na smutek, a nawet łzy. I nie karzę siebie za to.
W pierwszym odruchu znów się okaleczałam i chlałam. Zgoda, był to powrót do tendencji, z którymi walczyłam przez sześć lat i można by uznać, że i na tym polu terapia zawiodła.
Myślę jednak, że ten kryzys wynikał z tego, że chwilowo straciłam z oczu to, co najważniejsze. Skupiłam się bowiem na stracie i na bólu z nią związanym, zamiast na tym, co dzięki tej relacji zyskałam. Pan M. wielokrotnie powtarzał, że chwiejność emocjonalna i impulsy pchające mnie w autodestrukcję będą mi towarzyszyć prawdopodobnie już do końca życia. I terapia nie ma na celu eliminacji tego, a nauczenie mnie, jak sobie z tym radzić, by tym tendencjom nie ulegać. Rozpacz po zakończeniu tej relacji terapeutycznej była jak klapki na oczach. W jednej chwili zapomniałam o wszystkim, czego nauczyłam się podczas tych ponad trzystu spotkań. Ale, jak zwykle, ogarnęłam się. Przypomniałam sobie, że tak naprawdę wszystko zależy ode mnie. No, może nie wszystko, ale na pewno to, jakie działania podejmę, jak będę się zachowywać w odpowiedzi na pojawiające się impulsy i ciągnące mnie w złą stronę tendencje.

Półtora tygodnia po ostatniej sesji, Mrówek wyjechał na tydzień, żeby odpocząć. W pierwszej chwili zareagowałam w typowy dla siebie sposób – zrobiłam dramę, wpadłam w panikę i przeżywałam to, jakby mnie opuszczał na zawsze i miał już nigdy nie wrócić do domu. Kiedy jednak emocje nieco opadły, zaczęłam myśleć racjonalnie. Uświadomiłam sobie, że po ostatnich wydarzeniach on po prostu potrzebuje pobyć sam, z dala ode mnie. Że potrzebuje odpoczynku, naładowania baterii i nabrania dystansu.
W efekcie cały tydzień minął mi bardzo szybko. Pracowałam, a w każdej wolnej chwili pisałam wspomnienia. Proces twórczy pochłonął mnie bez reszty. I owszem, pisanie zawsze mi bardzo pomagało, ale to przede wszystkim zasługa mojej woli, że trzymam się z dala od autodestrukcji i autoagresji. To nie tak, że nie robiłam nic głupiego, bo mi się nie chciało. Właśnie chodzi o to, że te impulsy się pojawiały – żeby się upić czy pociąć – ale ja im nie ulegałam. Ciągnęło mnie do tego, chwilami nawet bardzo, ale nie brałam takich zachowań w ogóle pod uwagę. I myślę, że to moje wielkie zwycięstwo. I myślę, że te sześć lat tłuczenia mi do głowy pewnych mądrości wiele dało. I że to tak naprawdę dopiero teraz zaczyna pracować. Kiedy zakończyłam leczenie i mogę liczyć już tylko na siebie. Myślę, że pan M. przez te wszystkie lata słowami wyposażył mnie w odpowiednie narzędzia. A teraz tylko ode mnie zależy, czy będę chciała i miała motywację, by z nich korzystać.

Szczerze? Bardzo żałuję, że nie mogę mu już o tym wszystkim opowiedzieć.

Podziel się!

911 – odrealnienie

Trudno mi dziś trzymać odpowiedni poziom kontaktu z rzeczywistością. Derealizacja i depersonalizacja zaglądają do mnie zza rogu. Nie wpadały w odwiedziny przez całe lata. Czasem tylko machając z ukrycia. Przez uchylone okno owiewa mnie zimny wiatr. Ale i on nie jest w stanie sprowadzić mnie na ziemię. Próbuję pracować i niby robota powoli idzie do przodu, ale nie mogę powiedzieć, że jestem na niej skupiona.

Fiźka śpi na posłanku przy biurku. Cichutko chrapie. Pokochałam tego psa.

Codziennie po pracy piszę wspomnienia. Myślałam, że emocjonalnie będzie to dużo trudniejsze. Okazało się jednak, że dominującą emocją podczas pisania jest nostalgia, a nie rozpacz, nie poczucie straty i opuszczenia. Dobrze robi mi ten proces twórczy. Pozwala uporać się z tym, co czułam po zakończeniu terapii. I po raz kolejny okazuje się, że pisanie to dla mnie najlepsza forma autoterapii. Coś czuję, że to będzie moja najlepsza książka autobiograficzna.

Dziś, co prawda, pojawiła się tęsknota za relacją z panem M. Dziś fakt jego odejścia z mojego życia daje mi w kość. Ale nie pociąga za sobą żadnych działań ani przymusów autodestrukcyjnych czy autoagresywnych. Łzy cisną mi się do oczu, ale czyż płacz nie jest zdrowy i oczyszczający? Wolno mi płakać i tęsknić, pozwoliłam sobie na to.

Brakuje mi Mrówka. Dzwoni codziennie kilka razy, przysyła zdjęcia, opowiada. Chcę, żeby był już w domu, ale czekam cierpliwie. Wiem, że potrzebuje tego wyjazdu i cieszę się, że jest mu tam dobrze.

Jest spokojnie. Smutno, lecz spokojnie.

Podziel się!

909 – niedoszłe wolne

Z powodu konserwacji instalacji elektrycznej, spółdzielnia zapowiedziała przerwę w dostępie do internetu dziś od ósmej rano do czasu, aż zakończą prace. Mrówek zaproponował, żebyśmy w takim razie pojechali do lasu. Pogoda piękna, słońce grzeje, żal siedzieć w domu. Ucieszyłam się na myśl o wolnym dniu spędzonym na łonie natury. I dupa. Prace konserwacyjne trwały godzinę i o dziewiątej wszystko z powrotem zaczęło działać.

Od rana siedziałam nad wspomnieniami z terapii, którym nadałam wstępny tytuł „Walcząc o życie”. W dwie godziny udało mi się napisać kilka zdań. Wiecie co, to chyba jest jeszcze zbyt świeże. Rany nie przestały krwawić. Tak bardzo boli mnie pisanie tej książki, że mam ochotę płakać. Ryczeć jak małe, porzucone dziecko, które rozpaczliwie krzyczy „Mamo! Mamo, gdzie jesteś?”, ale nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie doczeka się odpowiedzi. Że mama nie wróci. Że opuściła na zawsze. Na wieki wieków.

Tak bardzo brakuje mi pana M. Jestem roztrzęsiona. Jestem zdesperowana. Wewnętrznie niepogodzona z tym, co zaszło. I choć to ja przerwałam terapię, czuję się opuszczona i porzucona. Tak bardzo tęsknię za tą relacją. Za możliwością rozmowy, otrzymania opieki i zapewnienia poczucia bezpieczeństwa.

Opisuję początki terapii. Pierwszy miesiąc, pierwsze spotkania. I tak bardzo chciałabym cofnąć czas. Móc znów zaczynać. Być na początku drogi, którą dotarłam już do celu. Przepełnia mnie poczucie straty i braku czegoś arcyważnego. Czegoś, co dodawało mi sił i odwagi, by żyć.

Podziel się!