906 – terapia borderline: druga sesja, której nie ma i nie będzie

Siedziałabym teraz w gabinecie pana M. Miałabym jeszcze dziesięć minut na rozmowę, uzyskanie wsparcia, opieki, poczucia bezpieczeństwa i pomocy. Ale tak nie jest. I już nie będzie.

Szczerze? Mam ochotę napisać do terapeuty i prosić o możliwość powrotu. Tak bardzo brakuje mi naszych spotkań. Dopiero tydzień temu byłam na ostatniej sesji, a ja mam wrażenie, że minęły całe miesiące.

Zalewają mnie negatywne emocje. Gwałcę replay na „Hipotermii” Zeusa. Nie potrafię się otrząsnąć. A łzy wyglądają z oczu i nie chcą się cofnąć.

Dlaczego? Dlaczego to musi być tak trudne i dostarczać tylu cierpień? Ale bez obaw, nie pcham się w żadną autodestrukcję. Siedzę od prawie trzech godzin przed komputerem i nadrabiam zaległości w robocie.

Tylko ta dojmująca mieszanka smutku, rozpaczy, poczucia opuszczenia i cierpienia miesza mi w głowie. Ale nie mogę się poddać. Te blisko czterdzieści tysięcy złotych wydanych na terapię motywują, żeby jednak z niej skorzystać, wynieść z niej coś, co mnie uratuje…

Podziel się!

905 – szukanie pozytywów

Wróciłam do leków. Dziś pokornie łyknęłam antydepresant i neuroleptyk. Odstawiłam tabletki, bo pragnęłam sobie zaszkodzić. Ale przecież już nie chcę.

Pracuję od rana. Zapewniłam kontrahenta, że będę w tym tygodniu siedzieć tyle, ile będzie trzeba. Mam obsuwę z projektem i muszę nadrobić zaległości.

Na dworze tak pięknie. Słońce ogrzewa powietrze, które wpuszczam do pokoju przez uchylone okno. Ten zapach nadchodzącej wiosny… Cudny!

Muszę opracować plan na najbliższą przyszłość. Jednym z punktów będzie na pewno robienie ćwiczeń z tych wszystkich podręczników dla pacjentów, w które się zaopatrywałam przez ostatnie lata. Pan M. mnie do tego namawiał, ale jakoś nie potrafiłam się za to zabrać. Teraz jednak postanowiłam to nadrobić.

Staram się szukać pozytywów obecnej sytuacji.
Na pewno zaoszczędzę ponad tysiąc złotych miesięcznie, który wydawałam na terapię.
No i mogę spokojnie czekać na wiosnę! Moją ulubioną porę roku. W tym roku miała być przeklęta, kojarząca się z opuszczeniem, porzuceniem, zakończeniem terapii i rozstaniem. Ale tak nie będzie. Zatem można na nią czekać z takim utęsknieniem, jak co roku!

Próbuję też zmienić nastawienie do wyjazdu Mrówka. Tłumaczę sobie, że to tylko tydzień, a komu jak komu, ale jemu należy się odpoczynek. Jak zwykle w kryzysie, nie myślałam o nim i o tym, jaką krzywdę mu robię. Ile musi go kosztować moja autodestrukcja. Tak więc, życzę mu dobrej zabawy i nabrania dystansu do ostatnich wydarzeń. Niech nabierze sił podczas samotnych, pieszych wędrówek i wraca do domu wypoczęty.

Podziel się!

904 – pakt o nieagresji

Ostatnio głównie czułam. Targały mną, jak zwykle, skrajne emocje. Ale tak dłużej być nie może. Muszę zacząć myśleć. Kierować się racjonalnymi decyzjami, a nie płynąć bezwolnie na fali odczuć.

Gdzieś kiedyś uslyszalam o teorii, że terapia zaczyna tak naprawdę działać po jej zakończeniu. Dobrze byłoby wypróbować tę teorię w praktyce. Skorzystać z tego, czego nauczył mnie pan M., zamiast sabotować wszystko i być pokrzywdzonym, obrażonym na świat, dzieckiem.

Przecież to na pewno nie jest tak, że te sześć lat poszło się jebać. Że bez terapeuty nie jestem w stanie dać sobie rady. Czy naprawdę nie umiem o siebie zadbać, czy tak sobie tylko wmawiam?

Coś przecież musiało we mnie zostać z tych sesji. Z setek godzin rozmów i korektywnego doświadczania bliskości. Tylko teraz czas wziąć głęboki wdech, uspokoić emocje i zacząć żyć jak dorosły człowiek.

Zawarłam ze sobą pakt o nieagresji. I pragnę się go trzymać.

Podziel się!

903 – w rozkroku między życiem a umieraniem

Zaraz skończę trzydzieści cztery lata. Trudno mi uwierzyć, że tyle przeżyłam, ale nie o tym chciałam.
Od siedmiu lat jestem pod opieką specjalistów. Do tej pory wiecznie ktoś nade mną czuwał. Terapeuci, psychiatra. Nie to, że brali za mnie odpowiedzialność, bo przecież tylko ja sama o sobie decydowałam. Oni mogli jednie próbować mi pokazywać konsekwencje moich wyborów. A jednak czułam się dzięki temu bezpieczniej. Wiedziałam, że w każdej chwili mogę się zwrócić do kogoś o pomoc. Kogoś, kto profesjonalnie zajmuje się takimi osobami, jak ja.
Ale nie tylko specjaliści zawsze byli obok. Również Mrówek i rodzice z ciocią. A ja się denerwuję, buntuję się, że jestem po trzydziestce i cały czas czuję się pilnowana. Jak nie przez Mrówka, to przez rodzinę. Nie mogę zostać sama w domu, bo przecież nie wiadomo, co mi strzeli do głowy.

Za tydzień Mrówek wyjeżdża na wakacje. Sam. Chce przez siedem dni ode mnie odpocząć i się zregenerować. A ja mam tak złe przeczucia…

Dopiero straciłam terapeutę. Gdyby opuścił mnie teraz Mrówek, to…

W środę wizyta u pana T. Co prawda, już go przeprosiłam za to wszystko, przez co zabronił mi kontaktu z nim poza poradnią, ale stresuję się tym spotkaniem. Myślę, że on też ma mnie dość. Że profesjonalizm nie pozwala mu kazać mi spierdalać i szukać nowego lekarza. Ale nie ma do mnie już cierpliwości. Jak wszyscy zresztą.

Całe moje życie, cała ta pozorna stabilność chwieje się w posadach. Praca również nie jest pewna. Niby od półtora roku mam firmę, ale posiadanie tylko jednego, stałego kontrahenta, którego załatwił mi Mrówek, sprawia, że wszystko może się zawalić w ciągu jednej chwili. Wystarczy, że były szef, a obecny kontrahent będzie zmuszony znaleźć kogoś na moje miejsce, w przypadku chociażby mojej hospitalizacji. Nie będę miała dokąd wracać. Zamknę firmę i zostanę na lodzie, bez środków do życia. Sama umiem sobie znaleźć tylko podłą fizyczną robotę za podłe pieniądze, które nie wystarczą nawet na opłaty. W jednej, za umowę o pracę i najniższą krajową, musiałam znosić mobbing. W drugiej miałam śmieciówkę, harowanie na kuchni po dziesięć godzin lub więcej i wieczne pretensje szefa, że coś nie jest zrobione, choć nie należało to do moich obowiązków.

Mam trzydzieści cztery lata i jestem na rozstaju. Rozkrokiem stoję jedną nogą mocna osadzona w życiu, a druga utknęła mi autodestrukcji i śmierci. I tak szarpię się sama ze sobą od ponad dwóch dekad. Bez nadziei na to, że kiedyś powiem „w końcu jest normalnie”.

Podziel się!

902 – bezpieczny smutek

Pan M. przygotowywał mnie na rozstanie. Przynajmniej próbował. Powtarzał, że po zakończeniu na początku nastąpi pogorszenie. Ale że to minie. Przecież jak każdy kryzys w moim życiu, no nie? I nadszedł. Z natężeniem huraganu, zamiatając wszystko, łącznie ze mną i każdym objawem racjonalnego myślenia. To takie typowe. A mimo wszystko, kiedy następuje pogorszenie, wydaje mi się, że nigdy tak źle się nie czułam. I że nigdy nie poczuję się lepiej. Każdy kryzys jest tym najgorszym, który ma mnie unicestwić.

Ale jednak zawsze przychodzi opamiętanie. Zdaje się, że znowu jestem racjonalna. Cierpiąca i smutna, niepotrafiąca się wciąż pogodzić z rozstaniem i zniknięciem pana M. z mojego życia. Ale chyba znów bezpieczna z samą sobą. Niezagrażająca sobie i nieczyhająca na własne życie.

Otoczył mnie bezpieczny, spokojny smutek. Nieodbierający chęci i sił do pisania, dzięki któremu przeżyję tę terapię jeszcze raz. Smutek zapewniający przestrzeń do zdrowego przeżycia żałoby po stracie tej relacji.

Podziel się!